Jedwabne nici, odcinek 3, Lekcja nadziei

I Pożegnanie z Europą, Rozdział 1 Podróż w nieznane, 

Co w tym odcinku:
Madeleine przerywa milczenie. Wśród obcych ludzi, w obcym języku, wypowiada słowa, które dotąd tłumiła. Jej historia porusza rozmówców, ale też odsłania bolesną prawdę o samotności i porzuceniu.  Madeleine niespodziewanie otrzymuje propozycję, która może odmienić jej podróż. Czy wśród obcych znajdzie przyjaciół?

Madeleine doznała niewytłumaczalnego przypływu energii. Zapragnęła wyrzucić z siebie wątpliwości, niepewność, to, co ją dręczyło. Postawić pytania, których nie ważyła się dotąd zadawać. Ujawnić sprawy, o których musiała milczeć. W tej krótkiej chwili pojęła, że skoro jest zdana tylko na siebie, to może się zachowywać tak, jak uważa za stosowne. Nie musi ukrywać swojej prawdziwej tożsamości. Nie musi ciągle myśleć o tym, że jej niewłaściwe zachowanie może kogoś skompromitować. Skompromitować może tylko samą siebie. Było to bolesne, ale wyzwalające. Poczuła się w tym momencie, wśród tych obcych ludzi, niespodziewanie wolna, wolna od niewidzialnych więzów, które do tej ją pory krępowały.

−     Nic nie szkodzi. Jest przecież wojna. Żołnierze i cywile umierają ­– usłyszała samą siebie.

−     Nie chcę wymuszać na pani opowieści o bolesnych sprawach.

−     Czasami boleśniejsze jest to, co się przemilcza, niż to, o czym się otwarcie rozmawia – odpowiedziała hardo i rozejrzała się po sali, jakby sprawdzając reakcję na własne słowa.

Zarejestruj się i dołącz do naszej społeczności

Obecni popatrzyli po sobie zaskoczeni stwierdzeniem, które bardziej pasowało do dojrzałej, doświadczonej kobiety niż do młodej dziewczyny, ta zaś siedziała wyprostowana z podniesioną głową, wpatrując się gdzieś przed siebie i wyczekując dalszych pytań. Była gotowa na nie odpowiedzieć.

−     Moi rodzice zginęli w październiku w powstaniu w Warszawie – powiedziała nagle cicho Madeleine.

−     Jest pani Żydówką? − zapytała równie cicho pani Amiguet.

−     Nie, jestem Polką, katoliczką.

−     Ach, teraz rozumiem, skąd ten akcent w pani francuskim − zawyrokował głośno pan Amiguet.

−     Nie przesadzaj, mój drogi, słyszy się, że pani nie jest urodzoną Francuzką, ale mówi znakomicie po francusku. Poza tym trudno stwierdzić na podstawie akcentu, skąd pani pochodzi, mademoiselle − wtrąciła się pani Amiguet.

−     Jak się pani dostała na statek? − zagadnął Joseph Howard.

−     Przez ostatnie pięć lat mieszkałam we Francji u wujostwa. Najpierw w Paryżu, potem w Aix w Prowansji. Bilet na statek załatwił wuj. Dla ciotki i dla mnie.

−     To ta dama, która panią odprowadzała do portu? − zapytał kapitan.

−     Tak. – Ogarnął ją wstyd, że musi otwarcie przyznać się do bycia porzuconą w ostatniej chwili. Przyłapała się na tym i postanowiła, że głośno wypowie ten bolesny fakt.

−     Moja ciotka zdecydowała się pozostać bez wyraźnego powodu.

−     Wie pani, w życiu nie opuszcza się nikogo bez powodu. Być może nie mogła go pani podać. Jestem pewna, że to się z czasem wyjaśni − powiedziała pani Amiguet ze zrozumieniem w głosie.

−     To musi być dla pani przygnębiające uczucie − kontynuowała Szwajcarka. − Wyobrażam sobie, jak się pani czuje w tej sytuacji, opuszczona, niepotrzebna. Niech się pani nie poddaje tym uczuciom. Jest pani na to za młoda.

Madeleine popatrzyła wielkimi oczami na panią Amiguet. Ta obca kobieta doskonale rozumiała jej stan ducha. Jak to było możliwe?

−     Muszę żyć pogodzona z tym stanem rzeczy − stwierdziła stanowczo i próbowała tym zakończyć swoje opowiadanie.

Rozmówcy rozpoznali tym razem jej intencje i zmienili temat. Jednak Joseph Howard nadal był zainteresowany celem podroży Madeleine.

−     Bangkok to miasto z ograniczonymi możliwościami dla samotnej kobiety. Gdzie zamierza się pani zatrzymać?

Pytanie Howarda z lekka ją poirytowało. Miała wrażenie, że opowiedziała obcym ludziom swoje życie, a ten nastawał na jeszcze więcej.

−     Zatrzymam się we francuskiej ambasadzie, u przyjaciela mojego wuja − odpowiedziała chłodno.

−     Joseph, zostawmy naszą młodą damę w spokoju − uciął kapitan.

Madeleine

Marynarz Jerome zajrzał do kajuty i zapytał, czy może podać kawę. Goście przenieśli się ponownie do foteli.

−     Chciałbym poinformować państwa o rozkładzie dnia na naszym statku – znów zagadnął kapitan.

–     Śniadanie i lunch możecie sobie zamówić do kajuty. Kolację, proponuję, żebyśmy jedli wspólnie. Poza tym codziennie staram się, na ile mi obowiązki pozwalają, o piątej po południu pić herbatę. Państwa towarzystwo będzie bardzo mile widziane. Niestety, nie mogę nic więcej zaproponować. No, być może moja biblioteczka byłaby interesująca. Ale wszystkie książki są po angielsku. No i Jerome, który nas obsługiwał, jest także do państwa dyspozycji.

–     Pańska propozycja wspólnych kolacji jest bardzo uprzejma. Myślę, że będziemy z niej skwapliwie korzystać. Niewykluczone, że chociaż jesteśmy Szwajcarami, oboje z małżonką zostaniemy też amatorami angielskiej herbaty – z kurtuazją odpowiedział pan Amiguet. – Jak często jest pan informowany, kapitanie, o stanie działań wojennych?

–     Mniej więcej co dwa, trzy dni dostaję informacje – kapitan Smithson odpowiedział zwięźle. Nie chciał dalej rozwijać tego niewygodnego dla siebie tematu, ale pan Amiguet nie ustępował.

–     Czy może pan, kapitanie, potwierdzić, że niemieckie łodzie podwodne czyhają na statki wojenne i handlowe przy wejściu do Kanału Sueskiego?

Kapitan próbował zapanować nad wyrazem twarzy: „Skąd, do diabła, ten Szwajcar wiedział o czymś takim?” – pomyślał.

–     Nie, nie mogę tego potwierdzić. To jest dla mnie nowa i mało prawdopodobna informacja – odpowiedział głośno, starając się zachować zimną krew. – Myślę, że mój armator nie wysłałby mnie w aż tak niebezpieczną trasę z ładunkiem, który jest pilnie oczekiwany przez armię brytyjską. To byłoby przecież niesłychane ryzyko.

–     Ależ, kapitanie, jest wojna. Ileż to żołnierzy wysyła się na śmierć z myślą: jak wygracie i się ocalicie, to dobrze dla was, jeżeli nie, to przyjdą inni, nowi, i oni załatwią tę sprawę. A jak i ci nie dopną swego, to na pewno dokona tego trzecia albo czwarta tura. Liczy się tylko cel, a reszta to tylko kwestia liczby ofiar – ciągnął z brutalną szczerością pan Amiguet.

–     Monsieur Amiguet, pan jest brutalnym cynikiem – powiedział twardo kapitan. Miał nadzieję, że przez to stwierdzenie zmusi Szwajcara do wycofania się z dyskusji. Ten nie dawał jednak za wygraną.

–     Kapitanie Smithson, niech pan nie próbuje być moralistą. Wojny nie można postrzegać w kategoriach moralnych. Pan wie tak samo dokładnie jak ja, że to nie jest cynizm, tylko realizm.

Joseph Howard, który przysłuchiwał się rozmowie, westchnął głęboko. Jean-Jacques Amiguet spojrzał na niego i się roześmiał.

–     Widzi pan, kapitanie, sumienie gryzie pana pierwszego oficera. Pan nie powiedział nam wszystkiego – kontynuował Amiguet. – Więc? Jak wygląda prawda?

Smithson nadal próbował zachować informacje o ryzyku dla siebie.

–     Pan wyciąga fałszywe wnioski. Myślę, że powinniśmy zakończyć tę dyskusję. Nie chcę być nieuprzejmy, monsieur Amiguet, ale skąd pan może wiedzieć cokolwiek o wojnie? Pan, który mieszka w neutralnej Szwajcarii.

–     A skąd pan bierze swoją wiedzę o wydarzeniach wojennych, będąc cały czas na statku? – kontynuował nieustępliwie pan Amiguet.

–     Otrzymuję regularnie informacje!

–     Ja też! Czy chce pan porównywać wiarygodność naszych źródeł? – Szwajcar należał do gatunku racjonalistów obdarzonych ostrym zmysłem obserwacji i solidną porcją sceptycyzmu. Był zdania, że prawdę usłyszy od rozmówcy, tylko prowokując go werbalnie. Chciał też pokazać kapitanowi, że nie jest pierwszym lepszym cywilnym pasażerem, tylko dobrze poinformowaną osobą, z którą należy się liczyć i której nie da się zbyć zdawkowym stwierdzeniem. Właściwie nie chodziło mu o grożące niebezpieczeństwo, bo przecież wiedział o łodziach podwodnych i sam zdecydował się na tę podróż. Chciał jedynie zaznaczyć swoją pozycję w stosunku do kapitana.

Smithson wyczuł, z kim ma do czynienia, i w lot pojął, że musi wykonać teraz jakiś gest porozumienia, żeby definitywnie zakończyć rozmowę.

–     Monsieur Amiguet, obiecuję, że skoro tylko otrzymam ostrzeżenie, poinformuję państwa. Być może będziemy zmuszeni przeczekać w jakimś porcie. Proszę jednak nie rozpowszechniać naszej rozmowy wśród załogi.

–     Dobrze. Może pan liczyć na moją dyskrecję – zakończył nagle polubownie Amiguet.

Madeleine odetchnęła głęboko, ciesząc się w duchu z zakończenia tej tyrady. W milczeniu zastanawiała się, czemu miał służyć napastliwy ton pana Amigueta.

Podręcznik do angielskiego

–     Dlaczego właściwie nie rozmawiamy po angielsku? – zapytała ze sztuczną wesołością w głosie pani Amiguet, próbując zmienić kierunek rozmowy. – To byłoby przecież znakomite ćwiczenie przed naszym pobytem w Azji!

–     Doskonały pomysł, madame Amiguet – zawtórował równie sztucznie Joseph Howard.

Madeleine struchlała.

„No tak, jak zaczną rozmawiać po angielsku, to koniec − przemknęło jej przez myśl. – Będę musiała poszukać towarzystwa Jeromego albo kucharza”.

–     Och, mademoiselle Gaudet nie mówi po angielsku – zauważył Howard.

„Jeszcze jedno upokorzenie” – pomyślała.

Madame Amiguet znowu przyszła jej z pomocą.

–     Mister Howard, czy nie byłoby sensownym zadaniem uczenie mademoiselle Gaudet angielskiego w czasie naszej podróży? – zapytała Szwajcarka. – Przecież w Bangkoku szybciej się człowiek porozumie po angielsku niż po francusku. My, Europejczycy, nigdy nie opanujemy syjamskiego.

–     Madame Amiguet, jestem pani zdania. To byłoby zadanie, które na pewno przyniosłoby korzyść mademoiselle Gaudet, a my mielibyśmy doskonałe zajęcie na te nudne dni na morzu – podchwycił pierwszy oficer i spojrzał na Madeleine.

–     Madame Amiguet, monsieur Howard, nie wiem, czy wypada mi przyjąć tę propozycję – odpowiedziała Madeleine bardziej z uprzejmości niż z przekonania. Nie miała odwagi pokazać, jak bardzo ucieszył ją ten pomysł. Nie dlatego, żeby specjalnie ceniła angielski albo była w stanie określić jego przydatność w swoim obecnym położeniu. Uważała, że nie zasługuje na uwagę tych ludzi.

–     Podejrzewam, że nawet znajdę w swojej biblioteczce podręcznik. Przed laty próbowałem nauczyć angielskiego Chińczyka z Singapuru. Był wtedy naszym kucharzem – ponownie włączył się do rozmowy kapitan, jakby całkowicie zapomniał o konfrontacji ze Szwajcarem.

–     No to postanowione – przypieczętowała dyskusję pani Amiguet.

–     Kiedy zaczynamy? Jutro po śniadaniu? Co pani na to, mademoiselle? – Howard popatrzył jej w oczy i w napięciu oczekiwał odpowiedzi.

–     Zgoda, monsieur Howard! – odpowiedziała ucieszona.

–     Madame Amiguet i ja czekamy jutro na panią – oświadczył zadowolony i dotknął mimo woli jej ręki.

–     Ale proszę nie oczekiwać ode mnie zbyt wiele. Naprawdę nie znam ani słowa.

–     Jeżeli cokolwiek okaże się bardzo niezrozumiałe, będę panią wspierać po francusku – zapewniła madame Amiguet.

Madeleine poczuła się jak uskrzydlona.

–     Madame Amiguet, monsieur Howard, nie wiem, jak mam państwu dziękować!

–     Na dziękowanie jeszcze za wcześnie – stwierdziła rezolutnie madame Amiguet.

–     My z madame Amiguet również obiecujemy sobie, że spędzimy interesująco czas, ucząc panią angielskiego, mademoiselle. Nieprawdaż, madame?

 – Ależ naturalnie, monsieur Howard – przytaknęła Szwajcarka.

Co w następnym odcinku:

Zofia patrzy w lustro, ubrana w suknię ślubną. Czeka. Ale czy czeka na miłość… czy na potwierdzenie wyboru?

Inne odcinki powieści i teksty Katarzyny Poznakow znajdziesz tutaj

Książka „Jedwabne nici” tutaj

E-book „Jedwabne nici” tutaj     

Zarejestruj się i dołącz do naszej społeczności

Powiązane Artykuły

Komentarze

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *