Jedwabne nici, odcinek 13, Zimowe światło, zimne cienie
I Pożegnanie z Europą,
Rozdział 2 Jedwabne nici,
Magdalena,
Co w tym odcinku:
Święta w Wirach miały być powrotem do rodzinnych rytuałów i ciepła wspomnień. Magdalena, z blokiem rysunkowym w dłoni, próbuje uchwycić zimowy pejzaż i odnaleźć w nim coś znajomego. Ale za drzwiami dworku kryją się rozmowy, które nie powinny dotrzeć do jej uszu — rozmowy o niej samej, o jej przyszłości. Czy talent i wrażliwość wystarczą, by przebić się przez mur rodzinnych oczekiwań?
Zarejestruj się i opisuj swoje podróże
Aktualne wycieczki (link afiliacyjny Wakacje.pl)
Znowu nastała zima. Spadł śnieg, ale nie utrzymał się długo i po kilku dniach przeobraził się w brudną miazgę. Wszystko wokół było szare: domy, ulice, drzewa. Nad Wisłą pnie bezlistnych wierzb wyglądały jak maczugi, na które ktoś nasadził wiotkie pręty chyboczące się we wszystkie strony. Za to w domu było ciepło i kolorowo – zbliżały się święta Bożego Narodzenia. Od kilku lat Reckowie nie spędzali ich w Miłosnej u dziadków Podrazów. Historia ciotki Janiny, fakt, że nie utrzymywała kontaktów z rodziną, wpływał na atmosferę. Zniknął beztroski śmiech i żarty. Wszyscy nosili w sobie poczucie winy, że nie pomogli Janinie w trudnej sytuacji, a zarzuty były jedynym, co mieli wtedy do zaoferowania. Rodzina uważała, że Janina zachowała się odpowiednio, wyjeżdżając z kraju – w ten sposób uniknięto publicznego skandalu – popełniła jednak grzech nieprzestrzegania reguł, dlatego nie mogła liczyć na poparcie. Mimo to bolało rodzinę, że pozostawiła ją bez wsparcia. Odpłaciła im się za to milczeniem.
Wyjazd na święta do dziadków Recków był jak wyprawa za morze. Mieszkali w Wielkopolsce, najpierw trzeba więc było dostać się pociągiem do Poznania, a stamtąd dojechać jeszcze do Wirów położonych kilkanaście kilometrów za miastem.
Aktualne wycieczki (link afiliacyjny Wakacje.pl)
Na dworcu w Poznaniu powitał ich wuj Zenon, wysoki szpakowaty mężczyzna o zamaszystych ruchach. Magdalena oceniła, że postarzał się od czasu, kiedy widzieli się ostatni raz.
− Witajcie, ojciec nie mógł przyjechać, bo dopatruje jakiegoś krowiego porodu – powitał gości bez zdawkowych ceregieli.
− Zenonie, jak możesz się tak wyrażać? – żachnęła się Zofia.
− To przecież nic nowego. Wiesz, że ojciec musi być przy wszystkim. – Zenon jakby nie zrozumiał uwagi bratowej.
− Dobrze już, dobrze. Jak jedziemy? – dowiadywał się Stanisław, próbując nie dopuścić do dalszej rozmowy między bratem a żoną. Dobrze wiedział, że Zofia źle znosiła bezpośredni sposób wyrażania się szwagra.
− Zofia z dziećmi do samochodu. Ty ze mną do powozu. Bagaż też weźmiemy.
− Też chciałbym pojechać powozem… – odezwał się Romuald.
− Syneczku, przeziębisz się – oponowała matka.
− Mamo, nie jestem dzieckiem.
− Dobrze, ty pojedziesz z nami – zadecydował wuj Zenon. – Paniom włożymy za to do samochodu ze dwie walizki.
Podróż do Wirów, gdzie mieszkali dziadkowie, była drogą wśród rozległych pól z lasami brzozowymi ciągnącymi się na horyzoncie. Wokół leżało trochę śniegu i blade grudniowe słońce prześwitywało zza chmur. Magdalena przyglądała się okolicy, rozpoznając, że pejzaże w domu przedstawiały tę właśnie scenerię. Ojciec pewnie chciał, żeby przypominały mu rodzinne strony.
− Podoba mi się tutejszy zimowy nastrój – przyznała Magdalena.
− Ależ, co ty, Magdusiu, kochaneczko!? Tutaj wszystko jest dokładnie poukładane jak w pudełku. Nawet drzewa rosną równiej niż w Miłosnej.
Magdalena uśmiechnęła się, przyznając, że to trafne spostrzeżenie i dalej wpatrywała się w krajobraz.
Szofer podjechał przed dom, gdzie na ganku przed dworkiem czekali już dziadek, babcia, ciotka Paulina, żona wuja Zenona, kuzynka Maria i kuzynowie Bogusław i Zbigniew. Powitaniom nie było końca, lecz kiedy ustały objęcia i pocałunki, babcia Antonina od razu zagoniła wszystkich do roboty.
Przygotowania do Wigilii wyglądały podobnie jak u dziadków w Miłosnej. Babcia z synowymi i kucharką przygotowywały świąteczne potrawy. Wuj Zenon z synami ustawiał choinkę, a Magdalena z kuzynką Marią dostały zadanie udekorowania jej.
− Tato, choinka stoi krzywo! Jak dziewczyny powieszą bombki, to ona się przewróci – krzyczał Bogusław.
− Boguś, co ty mówisz!? – I już wuj poprawiał ustawienie drzewka.
Kuzynki przebierały wśród ozdób, dyskutując, która bombka jest ładniejsza i gdzie należy ją powiesić. Magdalena, patrząc na dużo młodszą Marysię, przypomniała sobie siebie, ciotkę Janinę, z którą jako dziecko ubierała choinkę u dziadków w Miłosnej, i tamtą ciepłą, nieskrępowaną atmosferę świąteczną. Tutaj z wujem Zenonem i kuzynami czuła się podobnie. Widziała teraz wyraźnie, że wuj Zenon był inny niż ojciec − bardziej przystępny, rozmowny i z większym poczuciem humoru. „Dlatego pewnie tak dobrze rozumiał się z ciotką Janeczką” − pomyślała.
W Wigilię pod wieczór młodociana część rodziny wypatrywała w oknach pierwszej gwiazdy na niebie, niechybnego sygnału do rozpoczęcia obrzędu. Boguś dojrzał Gwiazdę Polarną i Reckowie zgodnie przystąpili do stołu. Kolacja zaczęła się modlitwą, dzieleniem opłatka i składaniem życzeń. Kiedy usiedli do stołu, rozpoczęło się spożywanie dwunastu potraw, które według babci Antoniny odpowiadały dwunastu miesiącom roku.
− Co słychać u Janeczki? – wypalił nagle wuj Zenon, przerywając nabożne wigilijne milczenie.
Zofia prawie zakrztusiła się rybą.
− Nie wiem. Janeczka nie utrzymuje kontaktu z rodziną – wydusiła z siebie, niezdarnie ukrywając zakłopotanie.
− Nie uważacie, że rodzina jest winna temu, że ona się nie odzywa? – drążył dalej, nic sobie nie robiąc ze zmieszania bratowej.
− Zenku, to nie jest twoja sprawa. Nie masz prawa się wtrącać – babcia Antonina próbowała zakończyć dyskusję.
− Mamo…
− Nie, Zenku, nie przy Wigilii – ucięła seniorka rodu.
Reckowie jakby całkowicie stracili ochotę na rozmowę – jedli w milczeniu kolejne potrawy, wpatrując się tępo w talerze. Kiedy ciotka Paulina nagle zaproponowała, żeby pójść do salonu i zobaczyć prezenty pod choinką, wszyscy odetchnęli z ulgą.
W pierwszy dzień świąt obudziły Magdalenę promienie zimowego wschodu słońca. Wygramoliła się spod ciężkiej puchowej kołdry i podeszła do okna. Przed nią rozpościerał się widok na pola pokryte śniegiem i daleko na horyzoncie las, ten sam pejzaż, który uchwyciła w drodze do Wirów. Postanowiła wyjść z domu i ubrała się po cichu, żeby nikogo nie obudzić. Wzięła ze sobą blok i ołówek.
Aktualne wycieczki (link afiliacyjny Wakacje.pl)
Najpopularniejsze hotele w Egipcie

Na dworze mroźne powietrze buchnęło do nosa i ust, zakaszlała, a z oczu popłynęły łzy. Otarła je rękawem i spojrzała na dom. Po raz pierwszy zauważyła, że był to dworek, z tryptykiem i kolumnami przy wejściu, który pozornie zdawał się parterowym budynkiem, bo pokój na piętrze, który zajmowała, był prawie niewidoczny z zewnątrz. Ruszyła przez pola w stronę lasu, żeby uchwycić na papierze widok wschodu słońca. Chwilę szukała odpowiedniego miejsca aż w końcu znalazła pieniek na skraju lasu, usiadła i zaczęła rysować. Zajęta nie zauważyła mężczyzny, który się do niej zbliżył.
− Frohe Weihnachten, Fräulein Reck[1]! − Magdalena zaskoczona drgnęła całym ciałem.
− Dzień dobry – odpowiedziała.
Nieznajomy mężczyzna popatrzył na szkic.
− Schön, schön. Sie können gut zeichnen[2].
Dopiero kiedy wróciła do domu, zauważyła, że długo zabawiła pod lasem, bo cała rodzina siedziała już przy świątecznym śniadaniu.
− Magdusiu, kochaneczko, gdzie ty się podziewałaś? – karcąco zapytała Zofia.
− Chciałam narysować wschód słońca nad lasem – tłumaczyła się przepraszająco. Rzuciła płaszcz na jakieś krzesło i szybko usiadła przy stole.
− Wuju Zenonie − zaczęła, nabierając sobie świątecznej szynki − jak rysowałam, to podszedł do mnie, sądząc po ubraniu, jakiś chłop i zagadnął mnie po niemiecku. Miałam wrażenie, że znał moje nazwisko. Czy wuj wie, kto to był?
− To pewnie jeden z naszych parobków.
− Niemiec?
− Tak, to są Niemcy, którzy tutaj zostali po tysiąc dziewięćset osiemnastym roku, od kiedy Wielkopolska znowu należy do Polski. Przedtem w czasie zaborów byli tu Niemcy.
− I nikomu to nie przeszkadza? – zapytała z zaciekawieniem.
− A co ma przeszkadzać? Jak solidnie pracują, to wystarczy.
− To wuj rozmawia z nimi po polsku czy po niemiecku? – Temat wyraźnie ją interesował.
− Po niemiecku. W Wielkopolsce wielu Polaków zna niemiecki.
− Tato, ty też? – zwróciła się do ojca.
− Trochę już zapomniałem. W Warszawie nie potrzebuję niemieckiego – wyjaśnił trochę przepraszającym tonem.
− Nasza wieś Wiry ma swój niemiecki odpowiednik: „Wierau”, a i nazwisko Reck przecież też jest niemieckie – ciągnął wuj Zenon. – Nasi przodkowie byli Niemcami, którzy się spolonizowali. Prawdziwe polskie nazwisko to Podraza. Rodzina twojej mamy to rdzenni Polacy.
− Też nazywam się Reck, ale czuję się Polką.
Wuj uśmiechnął się, bo wydało mu się, że Magdalena przypomina Janeczkę.
− No widzisz – zakończył, głaszcząc ją po ojcowsku. − Nieważne jak się nazywasz, ważne, kim się czujesz.
Po śniadaniu Magda siedziała jeszcze w salonie i wykańczała rysunek. Usiłowała odtworzyć w myślach wschód słońca i zastanawiała się, który z odcieni żółci najbardziej oddawałby nastrój bladego grudniowego poranka. Z koncentracji wyrwał ją głuchy stukot okiennic. Za oknem rozszalała się zimowa zawieja. Wiatr zdawał się wdzierać we wszystkie szpary w oknach, a bombki na choince kołysały się rytmicznie. Poczuła chłód i przeniosła się przed kominek, żeby rozgrzać stopy. Babcia Antonina zauważyła ją skuloną i przyniosła jej znakomitą gorącą herbatę z anyżem i wanilią. Wnuczka uśmiechnęła się i z wdzięcznością ucałowała ją w policzek. Po jakimś czasie, rozgrzana herbatą, postanowiła wyruszyć do dziadkowego gabinetu na poszukiwanie interesującej lektury.
Przez uchylone drzwi usłyszała głosy ojca i dziadka. Chciała odejść, żeby im nie przeszkadzać, kiedy zorientowała się, że rozmawiają o niej.
− Nie wiem, co mam zrobić z Magdaleną. Ona jest utalentowana w rysunku, ma umiejętność przestrzennego myślenia. – Ojciec mówił cicho, głosem pełnym troski.
− Co zamierzasz? Ona chodzi do szkoły żeńskiej. Uczy się wszystkiego, czego jej w życiu potrzeba: gotowania, szycia.
− Myślę, że to dla niej za mało. Tato, czy ty naprawdę widziałeś, jak ona rysuje? – Nagle ojciec jakby się ożywił.
− Tak, ale czy to znaczy, że chcesz z niej zrobić artystkę-malarkę? Oszalałeś?
− Nie, ale mogłaby pójść na uniwersytet, na przykład na architekturę.
− Kobieta architekt? – prychnął dziadek – Staszku, gdzie ty żyjesz? Czy chcesz, żeby doszło do takiego skandalu, jak przed laty z Janeczką?
− Żyjemy przecież w dwudziestym wieku, świat się rozwija. Poza tym nie rozumiem, co ma jedno z drugim wspólnego.
− Janeczka miała za dużo wolności. Ty też chcesz, żeby twoja córka sama decydowała o swoim życiu. A my nie rodzimy się po to, żeby zachłystywać się wolnością, tylko po to, żeby wypełniać swoje zadania, tak jak na przykład ty czy ja, w roli męża czy ojca, i to jest bardzo ważne. To daje ciągłość rodzinie, społeczeństwu.
− Ale ja nie chcę unieszczęśliwiać swojej córki! – ojciec rozpaczliwie próbował przebić się z jakimś argumentem i znaleźć poparcie u dziadka.
− Synu, daj sobie spokój z tymi romantycznymi fanaberiami. Zwróć też uwagę, że dalsze kształcenie będzie drogo kosztować. Sądzisz, że ma to sens? Wydałeś już sporo pieniędzy na francuską guwernantkę. Ale dajmy na to, że poślesz Magdę na uniwersytet i wykształcisz na architekta. Jak ona wyjdzie za mąż i urodzi dzieci, myślisz, że mąż pozwoli jej pracować? Czy Magda będzie wtedy szczęśliwa?
Stanisław zamilkł, nie znał odpowiedzi.
− Nie wiem, ale raczej nie… – powiedział zrezygnowany.
− Widzisz, ta inwestycja w dalsze wykształcenie Magdy się nie opłaca − westchnął ciężko dziadek. − Ty musisz inwestować w Romka. On musi kiedyś zapewnić byt swojej rodzinie. Będzie miał na sobie większą odpowiedzialność niż Magda.
W gabinecie zapadła cisza. Magdalena usłyszała, jak dziadek stukał fajką, żeby napełnić ją tytoniem. Oparła się ciężko plecami o ścianę, nie wiedząc, co myśleć. Była zaskoczona tym, że ojciec dostrzegał jej zdolności i tak dzielnie się za nią wstawiał. Myślała do tej pory, że go w ogóle nie interesuje. Może go źle oceniała? Oddychała, nerwowo chwytając powietrze. Położyła rękę na twarzy, żeby nie zdradzić swojej obecności. „Więc tak wygląda prawda” – skonstatowała rozczarowana. Dziadek wystarczająco klarownie wyjaśnił, że żadna inwestycja w jej kształcenie się nie opłaca, bo jest dziewczyną. Poczuła się jakby zdradzona, a po policzkach popłynęły łzy. Stała chwilę z kompletną pustką w głowie. „Muszę stąd uciec!” – pomyślała nagle. Czuła, że to niemożliwe, żeby cały świat myślał tak samo, na pewno gdzie indziej jest inaczej. Otarła łzy i zapukała do drzwi.
− Czy mogę wejść i poszukać jakiejś książki do czytania? – zapytała, próbując nadać głosowi normalne brzmienie.
– Ależ naturalnie, moja droga – dziadek pogłaskał ją czule po ramieniu.
[1] Wesołych Świąt, panienko Reck!
[2] Ładnie, ładnie. Potrafi panienka ładnie rysować.
Co w następnym odcinku:
Dziadek był nieświadomy, że jego słowa właśnie roztrzaskały coś w niej na kawałki. Magdalena w środku już wiedziała – coś się skończyło. Nie była już tą samą dziewczyną, która przyjechała na święta. A może dopiero teraz zaczęła być sobą?

Inne odcinki powieści i teksty Katarzyny Poznakow znajdziesz tutaj
Książka „Jedwabne nici” tutaj
E-book „Jedwabne nici” tutaj
Zarejestruj się i opisuj swoje podróże
Aktualne wycieczki (link afiliacyjny Wakacje.pl)

Komentarze