Jedwabne nici, odcinek 12, Zapięty guzik, rozpięta dusza

I Pożegnanie z Europą,

Rozdział 2 Jedwabne nici,

Magdalena,

Co w tym odcinku:

Magdalena próbuje wyjść z domu — dosłownie i symbolicznie. Między matczynym „Magdusiu, kochaneczko” a spojrzeniem Janusza pod płotem „stodoły”, między skokami po kocich łbach a rozmową o Stendhalu, rodzi się potrzeba wolności. W mieszkaniu u Zuzy, wśród obrazów, figurek Buddy i jedwabnych sukien, przyjaciółki snują marzenia o podróżach i życiu poza scenariuszem.

Zarejestruj się i opisuj swoje podróże

Aktualne wycieczki (link afiliacyjny Wakacje.pl)

Lato-2026

Magdalena stała w przedpokoju, krytycznie kontrolując swoje odbicie w lustrze. Lekkim ruchem ręki wygładziła jakąś niewidoczną fałdę na bluzce. Zdawała się zadowolona ze swojego wyglądu. Zawiązała jeszcze na koniec buty i zbierała się do wyjścia, kiedy matka zatrzymała ją przy drzwiach.

−     Magdusiu, kochaneczko, twoje usta się błyszczą. Tak nie możesz iść do szkoły.

−     Mamo, to tylko wazelina. Usta mi wysychają.

−     Zetrzyj to – podała jej chusteczkę. – Ten guzik przy bluzce też proszę zapiąć. Ty zapominasz, że idziesz do szkoły, a nie do kabaretu. I w ogóle jak ty się do mnie zwracasz: „mamo”?

−     Mamo – powtórzyła z naciskiem – nie jestem dzieckiem.

−     Magdusiu, kochaneczko, mówiłam ci to już sto razy. Panienka w twoim wieku musi być przede wszystkim skromna.

−     Wiem, wiem, ale do panienki nie mówi się: „Magdusiu, kochaneczko”, jak do dziecka. Jestem Magda albo Magdalena.

−     Jaka Magda? Dobrze, idź już, bo się spóźnisz.

Magdalena szła Miodową w stronę Podwala. Był pogodny poranek, miała trochę czasu, więc postanowiła pójść w stronę placu Zamkowego, żeby przez Rynek Starego Miasta dojść do Barbakanu. Podążając uliczką od placu Zamkowego, oddawała się ulubionemu zajęciu − wskakiwaniu na palcach na co drugi uliczny koci łeb. Udany skok liczył się tylko wtedy, gdy po skoku zachowała równowagę i nie musiała się zatrzymywać. Utrudnieniem w utrzymaniu równowagi była teczka wypchana książkami i zeszytami. Przyciskała ją mocno do siebie, bo majtająca torba już nieraz wylądowała na bruku. Nie przepadała za kpiącymi uwagami przechodniów, kiedy zbierała rzeczy z ulicy, poza tym mógł ją zobaczyć ktoś znajomy i donieść rodzicom, a wtedy musiałaby się nasłuchać morałów. Zauważyła, że ulica była pusta, zaprzestała skoków i sięgnęła do kieszeni. Wyciągnęła malutkie pudełeczko z egzotycznym wzorkiem wypełnione wazeliną i posmarowała usta oraz rozpięła guzik bluzki. Ruszyła dalej normalnym krokiem.

Koło Barbakanu czekała na nią Zuza, najlepsza przyjaciółka. Chodziły do tej samej szkoły, były w jednej klasie, dzieliły tę samą ławkę. Z Zuzą, a właściwie z Zuzanną, bo tak zwracali się do niej rodzice, mogła o wszystkim porozmawiać. O nudnej szkole, o konserwatywnych rodzicach, o planach na przyszłość i o miłości.

Najtańsze oferty do Egiptu

Najpopularniejsze hotele w Egipcie Najtańsze oferty do Egiptu

−     Cześć, panno Zuzanno!

−     Cześć, panno Magdaleno!

−     To pudełeczko od ciebie się przydało. Popatrz, mam w nim wazelinę.

−     Niech panna Magdalena się koncentruje – zaczęła manierycznie Zuza. – Zaraz będzie „stodoła”.

„Stodołą” nazywały męską szkołę, obok której codziennie przechodziły, specjalnie nadrabiając drogi. Na placu szkolnym panował gwar, młodsze roczniki urządzały gonitwy, nic sobie nie robiąc ze wzbijającego się w powietrze kurzu. Starsi uczniowie ćwiczyli się w zachowywaniu dystansu do małolatów. Po pierwsze przestrzennego − stali oddaleni w grupkach koło płotu, żeby pył nie osiadł na ich śnieżnobiałych koszulach albo jakiś rozbiegany dzieciak nie wpadł na jednego z nich. Wyrostek zostałby za to na pewno ukarany, ale dodatkowo istniało ryzyko ubrudzenia się przez kontakt z zakurzonym i przepoconym indywiduum. Po drugie nastoletni kawalerowie byli też zdystansowani werbalnie – z zasady nie zaszczycali rozmową niedorostków.

Najpopularniejsze hotele w Egipcie

Magdalena i Zuzanna, przechodząc wzdłuż płotu, chciały sprawiać wrażenie niezainteresowanych tym, co się działo na podwórzu szkolnym. W rzeczywistości szukały wzrokiem obiektów swoich zainteresowań. Wiedziały, że trzeba ich wypatrywać gdzieś koło płotu. Magdalena próbowała odnaleźć Janusza. Zuza wypatrywała Romka.

−     Widzę go – burknęła Zuza, jak brzuchomówca, nie otwierając ust.

−     Ja mojego nie widzę. Zaczekaj – Magdalena zatrzymała Zuzę. – Muszę zawiązać sznurówkę, bo się rozwiązała.

−     Magda, nie wygłupiaj się – burczała dalej Zuza. − To wygląda na celowe zatrzymanie. – Pociągnęła przyjaciółkę za ramię, nie pozwalając jej zawiązać buta.

−     Widzisz Janusza? – Magdalena pełna nadziei nie dawała za wygraną.

−     Tak, właśnie wyszedł ze szkoły. Idzie do Romka.

Wreszcie go dostrzegła. Zatrzymała się jednak na chwilę. Chciała na niego popatrzeć i chciała, żeby on ją też zobaczył. Przyciągała jego spojrzenie wzrokiem. W końcu uporczywe wpatrywanie się Magdy zadziałało i ich spojrzenia się spotkały. To wystarczyło na całodzienną porcję marzeń o Januszu.

−     Zuza, masz rację – ocknęła się jak z transu. − Idziemy, bo jeszcze pomyślą, że specjalnie z ich powodu przechodzimy obok „stodoły”.

Szkoła była dla Magdaleny i Zuzy nudnym obowiązkiem. Rozumiały, że jest to faza w życiu, przez którą każdy musi przejść. Po szkole będą dorosłe i będą mogły robić, co zechcą. Przepadały za lekcjami polskiego, kiedy omawiano literaturę. Magda dodatkowo lubiła lekcje rysunku, kiedy klasa wychodziła w plener. Najbardziej pociągały je dyskusje o literaturze romantycznej. Czuły się spokrewnione z bohaterami lorda Byrona. Z samotnym, zbuntowanym Giaurem, idącym pod prąd z niezłomną wiarą w swoje ideały. Byron, tak jak i jego bohaterowie, był uwikłany w nieszczęśliwą miłość i skazany na tragiczny koniec. Zmarł przecież młodo. Mickiewicz stanowczo im się nie podobał. Dziady kojarzyły się ze świętem zmarłych i polityką. Żaden z tych tematów nie zachęcał. Magda znalazła kiedyś w gabinecie ojca Pustelnię parmeńską Stendhala, pewnie pozostałość po madame Menieure, w wydaniu polskim i francuskim. Z pasją i dociekliwością badaczek literatury przyjaciółki studiowały najpierw polski fragment powieści i porównywały go z francuskim. Były zdania, że każda wersja wywołuje inne uczucia.

Aktualne wycieczki (link afiliacyjny Wakacje.pl)

Najlepsze oferty Last Minute

−     Zapytamy panią profesor Snopkowską, czy nasze odczucie jest słuszne?

−     Panno Magdaleno – Zuza parodiowała piskliwym głosem nauczycielkę − czy Stendhal jest lekturą szkolną?

−     Zuza, no jasne, że nie.

−     No to zakończmy tę dyskusję – piszczała dalej Zuza.

−     Przestań, mówię poważnie.

−     Co cię tak gryzie?

−     Mnie się wydaje, że miłość Fabrycego i Klelii w wydaniu francuskim jest opisana bardziej realistycznie. W polskim wszystko jest nieostre, jak za woalką. Poza tym spotkania Fabrycego jako biskupa z dawną ukochaną w oryginale są tragicznym przypadkiem losu, w polskim tłumaczeniu odbiera się to jako grzech bez zrozumienia dla sytuacji.

−     Absolutnie się z tobą zgadzam. Tylko co ty chcesz przez to powiedzieć? Że polski tłumacz jest zaściankowym prowincjuszem, który nie potrafi rozdzielić religii i tragizmu losu ludzkiego?

−     Tak, właśnie tak.

−     Panno Magdaleno, nie podejrzewałam u panny takiej naiwności…

−     Zuza…

−     Przecież nikt ci tego nie potwierdzi. W najlepszym wypadku usłyszysz, że jesteś jeszcze za młoda, żeby tę powieść zrozumieć.

Przyjaciółki w mieszkaniu Zuzy

Po szkole Magdalena chętnie spędzała popołudnia z Zuzą w mieszkaniu jej rodziców. Był to obszerny, nowocześnie urządzony apartament o specjalnej atmosferze. Czuła się jak w innym świecie. Wszędzie wisiały obrazy, ale nie były to realistyczne sceny polowań czy pejzaże z lasem brzozowym jak u Recków. Tutaj dominowały ekspresjonistyczne i kubistyczne dzieła o niezwykłej intensywności form i kolorów. Poza tym wszędzie stały pamiątki po wielu podróżach. Uwagę przykuwały egzotyczne maski z Bali – dla kosmologicznej równowagi powieszono wizerunek dobrego ducha Baronga oraz Randy, czarownicy odpowiedzialnej za wszelkie zło. Obydwie maski posiadały wypukłe oczy, które wyglądały jakby miały za chwilę wypaść z orbit, do tego szczerzyły krótkie zęby, szerokie jak łopaty. Mimo wnikliwych obserwacji nigdy nie udawało się Magdzie rozróżnić w ich twarzach dobra i zła.

Figurki Buddy były łatwiejsze do rozszyfrowania. Zuza wyjaśniła jej, że Budda uformowany jako gruby jegomość siedzący po turecku pochodził na pewno z Chin, bo dla Chińczyków obfitość ciała oznacza dobrobyt. Za to szczupły Budda z długimi kończynami był z pewnością indyjskiego pochodzenia, bo takie jego przedstawienie bardziej pasowało do tamtejszych ideałów piękna. Największe wrażenie robiły na Magdzie zdjęcia z Rzymu, Brukseli czy Nowego Jorku – każde przedstawiało jakąś wspaniałą budowlę i eleganckich ludzi. Ojciec Zuzy był pianistą i dużo podróżował. U siostry Zuzy, Karoliny, też stwierdzono talent muzyczny i jej życie przebiegało na przygotowywaniu się do wielkiej kariery pianistycznej. Matka Zuzy była zajęta podtrzymywaniem kontaktów, których pielęgnowanie było przy tej pozycji towarzyskiej bezwzględnym obowiązkiem. U Zuzy nie stwierdzono żadnych specjalnych talentów, dlatego też posłano ją do solidnej szkoły żeńskiej. Przeznaczone jej było dobre zamążpójście i urodzenie dzieci. Taką samą przyszłość planowano dla Magdaleny. To podobieństwo zbliżało je do siebie. Ich przyjaźń bardziej spajał jednak fakt, że obydwie nie miały ochoty na ułożone z góry życie i zupełnie inaczej wyobrażały sobie przyszłość.

−     Zuza, wiesz, jak skończę szkołę, to chciałabym pojechać w podróż dookoła świata.

−     Magda, skąd weźmiesz na to pieniądze? Przecież nie możesz rodzicielom zakomunikować: „Skończyłam szkołę, dajcie mi pieniądze na rozbijanie się”.

−     Ale ja się tutaj duszę. Chciałabym stąd wyfrunąć, coś zobaczyć, przeżyć coś nowego.

−     Tak, tak, ale najpierw musisz się nauczyć gotować, szyć, zachowywać przy stole. Sama nie wiem po co. Czy twoja matka zajmuje się kuchnią?

−     Nigdy w życiu. Ma przecież kucharkę.

−     Moja tak samo. Jak wyjdę za mąż, to też będę miała kucharkę w domu.

−     Zuza, chcesz wyjść za mąż?

−     Sama nie wiem. Jak widzę, jak moja matka tańczy koło ojca, to mi przechodzi ochota. Ale jak nie wyjdziesz za mąż, to skąd weźmiesz pieniądze na wszystko?

−     Musisz pracować.

−     Pracować? Jako kto?

−     Chcesz przecież zostać pisarką.

−     No, to nie jest takie łatwe.

−     Zuza, ty masz talent. Twój dziennik jest znakomity, a z powiedzonek wszyscy tarzają się ze śmiechu. „Gęsta kupa w wadze szali powoduje mrok na sali” – wygłosiła poważnym głosem, z trudem powstrzymując śmiech.

−     Myślisz, że to wystarczy? Sama mówiłaś, że to absurdalne.

−     Panno Zuzanno, nie podejrzewałam u panny takiej naiwności – próbowała naśladować przyjaciółkę. – Na absurdzie można zarobić. Sama widziałam w księgarni książkę z takimi aforyzmami.

−     No dobrze, tobie też mogę powiedzieć: Magda, twoje rysunki są dobre. Ale co z tego?

−     Nie wiem, ale nigdy nie zrezygnuję ze swoich marzeń. Chcę być wolna, chcę zobaczyć cały świat i robić to, co chcę. Dlatego myślę, że muszę jakoś wykorzystać swoje zdolności, ale jak, to pokaże czas.

Rozmowę egzystencjalną przerwał dzwonek do drzwi. Przyjaciółki zerwały się z kanapy i szybko usiadły przy stole, pozorując odrabianie lekcji. Po chwili do pokoju weszła matka Zuzy. Była to atrakcyjna kobieta w średnim wieku, która swoją urodą na pewno zwracała uwagę. Z drugiej strony jej wyszukana, nieco sztywna elegancja onieśmielała. Matka Zuzy była świadoma tego efektu i zadowolona, że nie każdy miał odwagę z nią rozmawiać. Sam ton jej głos w kontaktach z ludźmi sygnalizował, czy jest zainteresowana konwersacją – w ten sposób przyzwalała na ewentualne zbliżenie się do siebie.

−     A, panna Magdalena, witam, witam. − Dzisiaj ton głosu matki Zuzy był raczej chłodny.

Dziewczyna, nie zwracając na to uwagi, wstała od stołu i grzecznie dygnęła na powitanie. Matka Zuzy rozejrzała się po pokoju i dostrzegła kolorowe gazety rozrzucone na kanapie.

−     Hm, panienki, pewnie pogaduszki. A co z nauką?

−     Mamo, powtarzamy lekcje – Zuza wskazała na rozłożone na stole książki.

−     Czy widziałaś suknie Karoliny na koncert? – matka Zuzy zmieniła nagle temat.

−     Nie, nie widziałam – odpowiedziała sucho Zuza, pojmując, że zapytanie matki o odrabianie lekcji było tylko zwrotem grzecznościowym.

−     Ach, tak, przynieśli je dzisiaj rano. Byłaś już w szkole – uświadomiła sobie. − Chodźcie moje panny ze mną. Coś wam pokażę – zapowiedziała takim głosem, jakby miała wyjawić jakąś wielką tajemnicę. Przeszły do pokoju siostry, gdzie na drzwiach szafy wisiały dwie suknie. Matka Zuzy wzięła wieszak z jedną z nich.

−     W tej sukni Karolina wyjdzie na scenę. A w tej pójdzie na przyjęcie po występie. Czy nie są piękne? – zapytała głosem nieznoszącym sprzeciwu. − Tylko satyna i jedwab. Wszystko szyte jedwabnymi nićmi. – Głaskała je delikatnie. − Obydwie z salonu Ady Sobniewskiej.

Magdalena szturchnęła dyskretnie Zuzę, a ta popatrzyła na nią pytająco.

−     Karolina z tym talentem i urodą. I do tego w tych sukniach. To będzie niezapomniany wieczór – ciągnęła dalej rozmarzona matka Zuzy. – Wy, moje panny – zmieniła nagle ton głosu, jakby wyrwana z innego świata − musicie jeszcze poczekać na taki moment. Najpierw musicie znaleźć odpowiedniego kandydata na męża − zakończyła z wyższością zamężnej kobiety.

Aktualne oferty (link afiliacyjny ceneo)

Zasady dobrego wychowania, które im wpajano, nie pozwalały na podjęcie dyskusji, milcząco zatem odbierały peany dotyczące Karoliny. Jasne było, że stoją w drugim szeregu, a przywileje i przyjemności należą się tym na przodzie. Grzecznie wróciły do pokoju Zuzy.

−     O co ci chodziło? – nawiązała do szturchnięcia Zuza.

−     O Sobniewską. Historia z okresu, kiedy byłam dzieckiem. Mam ciotkę we Francji, która miała romans z mężem Sobniewskiej.

−     Co ty powiesz? Moi rodzice znają oboje bardzo dobrze. I jak się to skończyło? − z zaciekawieniem wypytywała Magdę. Zuza uwielbiała wszelkie miłosne historie, a nawet w tajemnicy przed rodziną napisała kilka romantycznych opowiadań. W każdym z nich kochanków spotykał tragiczny los, nad którym podczas czytania obie z Magdą wylewały wiadra łez.

−     Ciotka wyjechała z tego powodu do Francji, żeby uniknąć skandalu.

−     Ale mąż Sobniewskiej nadal z nią jest. − Zuza próbowała zrozumieć skandalu.

−     Nie wiem dokładnie, jak się to potoczyło – Magda zamilkła na chwilę. − To jest tajemnica rodzinna. Ciotka Janina projektowała i szyła dla Sobniewskiej. To był wielki wstyd, bo przecież nie wypada, żeby panna z naszej sfery pracowała jako krawcowa. No i te jedwabne nici. Ciotka Janina zawsze twierdziła, że są najlepsze. Pamiętam, jak mówiła, że silne związki między ludźmi to są jak niewidzialne jedwabne nici. Jak już raz powstaną, to nie należy ich rozrywać.

−     Nici czy związków? – zapytała Zuza dla jasności.

−     Ani jednego, ani drugiego, bo w obu przypadkach boli.

−     Co porabia ta ciotka we Francji?

−     Nie wiem dokładnie. Mieszka w Paryżu. Wyszła za mąż za jakiegoś Francuza. Zawsze ją lubiłam, bo traktowała mnie inaczej niż rodzice. Pamiętam ją jako niekonwencjonalną, odważną osobę…

−     Dlaczego jej nie odwiedzisz? – przerwała Zuza.

−     O Boże, jesteś genialna!

Co w następnym odcinku:

„Dlaczego jej nie odwiedzisz?” – rzuca Zuza mimochodem. W oczach Magdaleny pojawia się błysk. W tym momencie nie chodzi już o podróż do ciotki Janeczki. Chodzi o pierwszy krok. A pierwszy krok — jak wiadomo — może zmienić wszystko.

Inne odcinki powieści i teksty Katarzyny Poznakow znajdziesz tutaj

Książka „Jedwabne nici” tutaj

E-book „Jedwabne nici” tutaj   

Zarejestruj się i opisuj swoje podróże

Powiązane Artykuły

Komentarze

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *