Jedwabne nici, odcinek 15, Jedwabne nici

I Pożegnanie z Europą,

Rozdział 2 Jedwabne nici,

Magdalena,

Co w tym odcinku:

Bal karnawałowy, który miał być początkiem czegoś pięknego, kończy się ciszą i wstydem. Magdalena próbuje odnaleźć siebie po rozczarowaniu miłosnym. Gdy rodzice niespodziewanie proponują jej wakacyjny wyjazd do Francji do ciotki Janeczki, pojawia się światełko nadziei — szansa na nowy początek. W dniu wyjazdu na dworcu Magdalena zaciska dłoń na szpulce jedwabnych nici — symbolu więzi z domem.

Zarejestruj się i opisuj swoje podróże

Sala balowa była bogato udekorowana, chociaż wyglądało na to, że ozdoby były pozostałością po poprzednim kliencie wynajmującym salę. Wszędzie wisiały grube girlandy przypominające kiście dojrzałych winogron, przez nie zaś przewieszono na kształt sklepienia serpentyny, nad którym górował brokatowy napis „Witaj, Nowy Roku 1939!”. Dekoracja minionego balu sylwestrowego była znacznie bardziej błyszcząca i wykwintna niż stroje balujących młodych ludzi. Jedyną karnawałową fanaberią, na jaką pozwoliło grono pedagogiczne, były niewielkie papierowe kapelusiki z gumką pod brodę i maseczki. Uczennice szkoły żeńskiej siedziały smętnie nad lemoniadą i ciastkami po jednej stronie sali, a po drugiej kawalerowie ze szkoły męskiej. Szacowne grono profesorskie zajmowało miejsce pod ścianą pośrodku sali, rozdzielając panny i kawalerów. Orkiestra emerytowanych wojskowych przygrywała jakieś staromodne melodie. Po parkiecie przesuwało się kilka par, powoli i z zachowaniem stosownej odległości między tancerzami.

reklama

Magdalena i Zuza siedziały przy stole z koleżankami z klasy. Rozmawiały głośno i żywo gestykulując, żeby pokryć zdenerwowanie. Trzeba było jeszcze omówić z chłopakami ostatnie szczegóły – kto i kiedy wychodzi – żeby nie wzbudzić podejrzeń nauczycieli. Jedyną szansę stwarzał taniec, a obaj kawalerowie, zajęci rozmową z kolegami, trwali przy stole jak ociosane pieńki. W końcu Romek, jakby przypomniał sobie, że ma coś jeszcze do załatwienia, podszedł do Zuzy i poprosił ją do tańca. Magdalena czekała na próżno na Janusza. Wyczekująco spoglądała w jego stronę. Kilka razy skrzyżowały się ich spojrzenia. Orkiestra przestała na moment grać i Romek odprowadził Zuzę na miejsce.

−     Magda, za kwadrans ruszamy do mnie. Panowie wyruszą w pół godziny po nas – szepnęła podekscytowana.

−     Mam dosyć. Idę do domu – stwierdziła Magda ciągle niepewna czy całe przedsięwzięcie wypali.

−     Co ty? Co się stało?

−     Dlaczego Janusz nie poprosił mnie do tańca? – płaczliwym głosem dochodziła Magda.

−     Daj spokój. Czy to ważne, żeby zatańczyć tutaj na tej stypie? U mnie zatańczymy coś nowoczesnego, charlestona, cza-czę – Zuza dzielnie podtrzymywała przyjaciółkę na duchu.

Wyszły z balu, nie wzbudzając niczyjego zainteresowania. Padał gęsty śnieg i z trudem brnęły przez zasypane ulice. Umęczone zmaganiem się z zaspami dotarły wreszcie do domu Zuzy i padły bez słowa w ośnieżonych ubraniach na foteliki w przedpokoju. Pierwsza ocknęła się Magda, zerwała się na równe nogi i strzepywała pozostałości śniegu z wykwintnej tapicerki.

−     Magda, daj spokój, zachowujesz się jak nudna pani domu – zauważyła rzeczowo Zuza. − Idź do salonu, przyniosę coś na rozgrzanie.

Wróciła za chwilę, niosąc na tacy koniak i kieliszki.

−     No, Magda, za udany wieczór! – podała jej napełniony kieliszek. Wypiły po łyku.

−     Brr, wstrętne – otrząsnęła się Magda.

−     Panno Magdaleno, proszę przyjąć do wiadomości, że to jest alkohol, a nie bita śmietana.

−     A tobie smakuje? – zapytała niedowierzająco Magda.

−     Nie, ale jak wszyscy piją i się zachwycają, to coś musi w tym być – stwierdziła rezolutnie Zuza.

Włączyła gramofon i z wprawą zaczęły tańczyć charlestona. Opróżnienie następnych kieliszków nie sprawiało już więcej kłopotów. Tańce przerwał dzwonek do drzwi.

−     To oni! – zawołała podniecona Zuza.

Odruchowo poprawiły fryzury i obciągnęły bluzki, a Zuza po chwili wprowadziła ich do salonu.

−     Czy panna Zuzanna jest pewna, że rodzice się nie pojawią? – zaczął Janusz.

−     Nie musimy być oficjalni. Jestem Zuza, a to Magda. Co do moich rodziców, to są w Brukseli. Wrócą dopiero pojutrze. Czego się panowie napiją? Koniaku? − napełniła kieliszki i wzniosła toast za nowy rok.

−     Zuza, jest koniec stycznia, a ty wznosisz toast za nowy rok?

−     Magda, to bez znaczenia. Trzeba szybko żyć, bo życie jest jak kurza grzęda: krótkie, pochyłe i zasrane.

Zamiast oczekiwanego aplauzu i salw śmiechu ujrzała tylko blade, wykrzywione uśmiechy i do tego słabe:

− Na zdrowie.

Zuza nie dawała za wygraną i nastawiła charlestona. Zaczęli tańczyć, ale bez entuzjazmu. Kiedy muzyka ucichła, Zuza ponownie napełniła kieliszki.

−     Czy wy jesteście na stypie? Czemu nic nie mówicie? – Zuza znowu starała się rozruszać towarzystwo.

−     O czym mamy rozmawiać? – zapytał nieśmiało Romek.

−     O miłości! – zawołała podchmielona Zuza.

−     Zuza… − zaczęła Magdalena niepewnie.

−     Co „Zuza”? Przecież ty też chcesz rozmawiać o miłości.

−     Co ty chcesz wiedzieć o miłości? – nurtowało ośmielonego Romka.

−     Wszystko! – krzyknęła Zuza, teatralnie wyrzucając ramiona w powietrze.

−     Ładnie tutaj – odezwał się nagle Janusz. − Magda, pokażesz mi mieszkanie?

Spojrzała na niego pytająco.

−     No, chodź – pociągnął ją za sobą.

Kiedy zostali sami, Janusz od razu dotknął jej piersi.

−     Janusz, co ty?

Nie odpowiedział, tylko otworzył drzwi jakiegoś pomieszczenia i wciągnął ją do środka. Była to sypialnia rodziców Zuzy. W pokoju było ciemno, jedynie światło latarni wpadało przez okna. Przytrzymał ją chwilę, po czym pchnął ją lekko na łóżko.

−     Janusz, nie chcę żebyś pomyślał… – bąkała porażona własną niepewnością.

−     Magda, nic nie myślę – całował ją gorączkowo.

Leżała wyprostowana, wpatrując się uporczywie w sufit, jakby szukała tam wskazówki, co robić. Janusz nie przestawał jej całować. Rozum nakazywał jej bronić się, odepchnąć intruza, lecz sparaliżowane ciało nie było w stanie wypełnić żadnego rozkazu mózgu. Zaczął rozpinać bluzkę i nie mogąc sobie poradzić, szarpnął. W ciemności usłyszała, jak guziki potoczyły się po podłodze. Nerwowo wyciągnął halkę ze spódnicy. Obsunął ramiączka, obciągnął biustonosz i uwolnił jej piersi. Teraz poczuła jego ciało na sobie. Jego ręka zawędrowała między uda. Ucisnął jej dziewicze miejsce i to podziałało na nią orzeźwiająco. Nareszcie wróciły siły. Gwałtownym ruchem odrzuciła go i Janusz opadł na plecy. W poświacie latarni zobaczyła obnażony tors, zsunięte spodnie i jego męskość.

−     Jak mogłeś… − Magdalena z niesmakiem odwróciła się od niego.

Jego krótki okrzyk uniemożliwił dokończenie zdania.

−     Magda, masz jakąś chusteczkę? – wyrzucił zdyszany.

−     Chusteczkę? – zapytała zdumiona. − Do czego ci potrzebna chusteczka? Chciałam ci powiedzieć, że jesteś niewychowany. To było czyste chamstwo.

−     Magda, proszę cię, daj mi chusteczkę, inaczej zrobię plamy na narzucie. – Zdawał się mieć w tej chwili inny problem.

−     Muszę pójść po chusteczkę do salonu. Mam ją w torebce.

−     Proszę cię, pospiesz się – ponaglił ją.

Niewzruszona jego prośbą doprowadzała garderobę do porządku, oglądając z zatroskaniem bluzkę.

−     Jak ty możesz jeszcze czegoś ode mnie wymagać? Brakuje mi dwóch guzików przy bluzce. Co ja powiem w domu? Zachowałeś się jak dzikus.

−     Magda… czekam – wydusił z siebie prosząco Janusz.

Jego nalegania w końcu podziałały i z obrażoną miną ruszyła do salonu. Kiedy otworzyła drzwi, stanęła oniemiała na progu. Zuza leżała z gołym biustem na kanapie, a Romek próbował zdjąć z niej spódnicę.

−     Hm… chciałam tylko moją torebkę – wyjąkała zakłopotana.

−     Weź torebkę i wyjdź stąd – zakomenderowała trzeźwo Zuza.

−     Zuza, idę do domu – zakomunikowała rozczarowana Zuzą, Januszem i wszystkim, co się wydarzyło.

−     Idź. Serwus! Do jutra! – rzuciła Zuza. Magda wróciła do Janusza i podała mu chusteczkę, nie patrząc, do czego jej używa. Zabierała się do wyjścia, kiedy Janusz zaproponował, że ją odprowadzi.

Powrót do domu

Szli powoli przez ośnieżoną Warszawę, nie odzywając się do siebie. Nie wiedzieli, o czym rozmawiać. Magda robiła w myślach Januszowi wyrzuty, że potraktował ją jak panienkę lekkich obyczajów. Nie miała jednak odwagi z nim o tym rozmawiać, bo przecież to ona napisała do niego list z zaproszeniem. Zastanawiała się, czy może tym sprowokowała go do takiego traktowania.

−     Janusz, czy ty mnie kochasz? – przerwała nagle milczenie.

−     Dlaczego o to pytasz? – popatrzył na nią zdziwiony.

−     Tam w sypialni… Myślałam, że robisz to z miłości.

−     Chciałaś tego. To zaproszenie do Zuzy. Myślałem… – tłumaczył.

−     Nie, nie chciałam tego – przerwała.

−     To o co tobie chodzi? − złapał ją za ramię i zatrzymał na chwilę.

−     O nic. Nie rozumiesz tego! – wyrwała mu się i szła dalej.

Znowu zapadło milczenie. Kiedy doszli do rogu Miodowej, Magdalena się zatrzymała.

−     Dobranoc. Dalej pójdę sama – stwierdziła chłodno i ruszyła szybkim krokiem do domu, nie odwracając się za siebie. Ocierała lecące łzy. Musiała pogodzić się z tym, że miłość, o której marzyła, nie istniała.

Magda poszła popołudniu nad Wisłę, zabierając ze sobą blok i saszetkę pełną ołówków i węgli. W ostatnim czasie robiła to prawie codziennie. Znalazła na nadbrzeżu miejsce, skąd mogła obserwować wierzby i rzekę. Nie było lepszego zajęcia niż przyglądanie się okolicy. Dookoła panowała cisza i spokój, ale nie było to nudne czy smutne, bo ten sam krajobraz wyglądał każdego dnia inaczej, o innych kolorach, innym nastroju. Nad Wisłą czuła się dobrze, bo mogła rysować i marzyć. Marzyć o tym, żeby spotkać kogoś, kto ją oczaruje, o tym, żeby wyjechać i zobaczyć wielki świat, o tym, żeby w jej życiu wreszcie coś się wydarzyło. I zapomnieć. Zapomnieć o nieudanej próbie romantycznej miłości. Ciągle widziała siebie leżącą sztywno jak patyk w łóżku rodziców Zuzy i Janusza manipulującego przy genitaliach. To było takie siermiężne, biologiczne, pozbawione wszelkiej delikatności. Męczyła samą siebie, rozważając na wszelkie możliwe sposoby, dlaczego nie zauważyła, że zainteresowanie Janusza nie było żadnym wielkim uczuciem. Czyżby to właśnie było myślenie życzeniowe? Chciała, żeby darzył ją uczuciem, więc była przekonana, że tak jest. Konfrontacja z rzeczywistością okazała się niestety zimnym prysznicem. Brakowało jej Zuzy, z którą mogłaby o tym porozmawiać, ta jednak nie miała teraz czasu, bo spotykała się z Romkiem. Magdalena wpatrywała się w szary nurt rzeki i odbite w nim promienie słabego marcowego słońca, zwiastujące nadchodzącą wiosnę. Nasunęło się jej wspomnienie niedawnej rozmowy rodziców, którzy rozważali, czy może posłać ją po szkole na dalsze kształcenie. Odebrała to jako iskrę nadziei. Wiedziała, że wszystko rozstrzygnie się w tym roku, bo w następnym kończy szkołę. Przez chwilę zastanowiła się, czy możliwa wojna z Niemcami, o której trąbiły gazety, mogłaby przekreślić jej plany. Ale chyba nie, bo ojciec uspokajał, że to, co mówią gazety, pokazuje tylko nastroje ulicy. Polska ma układy z silnymi sojusznikami, na których można liczyć w przypadku wojny. Niemcy zastanowią się na pewno dwa razy, zanim zdecydują się na taki krok.

Zmarznięta wróciła do domu, gdzie służąca od razu zatrzymała ją w drzwiach, zapowiadając, że rodzice oczekują jej w gabinecie. Magdalena zastała oboje z poważnymi minami. Na ołowianych nogach zbliżyła się do fotela, myśląc ze strachem, czy aby historia u Zuzy nie wyszła na jaw.

−     Ciocia Janeczka nawiązała ze mną kontakt. Chciałaby, żeby ktoś z rodziny ją odwiedził – zaczęła matka.

−     I kto pojedzie? – zapytała, oddychając z ulgą, że chodzi o coś innego.

−     Ty!

−     Ja? Dlaczego ja, a nie Romek? − złapała się kurczowo komody.

−     Magdusiu, kochaneczko, nie cieszysz się!? Ciocia Janeczka jest twoją matką chrzestną. Nie miała szansy być przy twojej pierwszej komunii ani przy bierzmowaniu. Teraz chce ci to wynagrodzić.

−     Podszkolisz język. Zobaczysz Francję – argumentował ojciec.

−     Kiedy miałabym pojechać? − decyzja rodziców zaczęła docierać do Magdy.

−     W czerwcu. Po zakończeniu roku szkolnego. Na całe wakacje – dodał ojciec.

−     Tato, a co zrobimy, jak wybuchnie wojna, o której wszyscy mówią? – zapytała z obawą Magda.

−     Moja droga, mówiłem ci już kilka razy, że nie ma się czego bać. To jest tylko takie polityczne wywijanie szabelką. My mamy umowy i układy z Niemcami i z sojusznikami. Nie tak szybko któraś strona odważy się złamać prawo międzynarodowe. W najgorszym przypadku byłabyś we Francji, u naszego dobrego sojusznika. Zapewniam cię, że pierwszego września pójdziesz jak zwykle na rozpoczęcie roku szkolnego − utwierdzał wszystkich w przekonaniu ojciec.

Magdalena uspokojona usiadła nareszcie w fotelu. Tak oto wyglądała chwila szczęścia. Od dziecka cały czas skrycie marzyła o tym, żeby zobaczyć fioletowe pola lawendy w Prowansji, nie wierząc, że istnieje realna szansa na spełnienie tych marzeń. Po chwili zerwała się, podbiegła do matki i ucałowała ją w policzek. Potem wycisnęła całusa na policzku ojca, a na koniec wykonała piruet szczęścia.

 reklama

W pokoju Magdy panował rozgardiasz. Wszędzie leżały rozłożone walizki i torby podróżne, a na łóżku piętrzyła się sterta ubrań. Zofia sprawdzała z córką ich stan, przeglądając sukienki i spódnice. Nagle wzięła do ręki białą bluzkę.

−     Magdusiu, brakuje dwóch guzików. O, tutaj jest nawet dziura. Co ty robiłaś z tą bluzką? Podaj mi jedwabne nici. Spróbuję to zreperować.

Magdalena spojrzała na bluzkę i uśmiechnęła się do siebie. Czym było tamto rozczarowanie wobec obecnego szczęścia? − pomyślała.

−     Mamo, pierwszy raz wyjeżdżam na dłużej bez ciebie, taty, Romka. Tak dziwnie się czuję. – Magda próbowała wysłowić nieznane uczucie, które ją ogarniało.

−     To normalne, córuniu. Stajesz się dorosła. Kiedyś opuścisz dom. To jest pierwsza próba − matka pogłaskała ją czule po głowie.

−     Nie musimy się żegnać, prawda?

−     Nie, nie musimy się żegnać. Przecież ty wrócisz. Zapakuję ci jedwabne nici i tutaj nasze zdjęcie z Bożego Narodzenia u dziadków. Pamiętasz, co ciocia Janeczka zawsze mówiła?

−…że łączą nas silne niewidzialne nici, tak silne jak te jedwabne – zacytowała z pamięci słowa ciotki.

−     Jak popatrzysz na moje jedwabne nici, to sobie nas przypomnisz i będzie ci lżej – pocieszała ją matka.

−     Tak, zapakuj je koniecznie – stwierdziła z przekonaniem Magda.

W drodze do wielkiego świata

Nadszedł dzień odjazdu i Reckowie z synem odprowadzili Magdę na dworzec. Pociąg stał już na peronie, a lokomotywa syczała i wyrzucała z siebie parę. Drzwi wagonów były otwarte, pasażerowie zajmowali miejsca, bagażowi wnosili walizki podróżnych. Wszędzie było pełno ludzi. Odprowadzający wykrzykiwali ostatnie ostrzeżenia, rady i pozdrowienia. Magdalena obserwowała całe to zamieszanie z okien pociągu. Jak przez mgłę docierało do niej to, co mówili rodzice i Romek. Czuła się nieobecna. Denerwowało ją to i próbowała się skupić, głęboko nabierając powietrza. Zamiast skupienia poczuła woń spalonego węgla i pary wodnej pomieszany z intensywnym zapachem jakichś kwiatów. Rozejrzała się dookoła. W sąsiednim przedziale posłaniec podawał przez okno jakiejś damie kosz pełen lilii. Nagle zorientowała się, że pociąg ruszył. Nerwowo odszukała wzrokiem rodziców. Widziała ich i Romka machających na pożegnanie. Włożyła rękę do kieszeni i zacisnęła ją mocno na szpulce jedwabnych nici.

Zarejestruj się i opisuj swoje podróże

Co w następnym odcinku:

Pociąg już ruszył. Magdalena nie zdążyła pomachać. Włożyła rękę do kieszeni i zacisnęła na szpulce jedwabnych nici. Nie wiedziała jeszcze, że te nici będą jedynym, co połączy ją z domem, gdy świat zacznie się rozpadać. A wrzesień był już blisko…

Inne odcinki powieści i teksty Katarzyny Poznakow znajdziesz tutaj

Książka „Jedwabne nici” tutaj

E-book „Jedwabne nici” tutaj   

Zarejestruj się i opisuj swoje podróże

Powiązane Artykuły

Komentarze

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *