Jedwabne nici, odcinek 7, Madame Menieure i fioletowe pola

I Pożegnanie z Europą, Rozdział 2 Jedwabne nici,

Janina, 

Co w tym odcinku: Do domu Recków wkracza Madame Menieure — francuska guwernantka, która ma ukształtować dzieci na obywateli świata. Czy Francja naprawdę jest lepsza od Polski? Emocje dorosłych są głośne i dramatyczne. A decyzja matki, żeby zorganizować przyjęcie, brzmi jak początek planu, który ma zmienić losy rodziny.

Jak dzieci tylko trochę podrosły, w domu pojawiła się madame, francuska guwernantka. Zofia Reck mawiała, że póki rodzina ma pieniądze, to ona będzie pilnowała, żeby jej dzieci odebrały solidne wychowanie. Uważała, że do dobrego tonu należy, żeby dzieci wychowywać w duchu kulturalnym, cokolwiek to znaczyło, i umożliwić im kontakt z wysoką kulturą światową. W jej oczach Francja, jej język i kultura były największym osiągnięciem cywilizacji europejskiej. Kontakt z tą kulturą miał uczynić z jej dzieci ludzi obytych, bez problemu poruszających się na parkiecie świata, miał je wyzwolić z polskiego prowincjonalizmu, którym Zofia szczerze pogardzała, choć zapytana, czym właściwie jest, również nie potrafiłaby odpowiedzieć.

Madame Menieure przypadło chwalebne zadanie uformowania dwojga polskich dzikusów na światowców. Madame była kobietą niezamężną, lekko po czterdziestce. Wysoka, chuda, o pociągłej twarzy, zawsze z tym samym małym kokiem, sprawiała wrażenie osoby surowej. Jej dystyngowana garderoba podkreślała to wrażenie. Jeżeli komuś jednak udało się nawiązać rozmowę z Madame, co było niełatwe i rzadkie, musiał stwierdzić, że była to osoba z wyrafinowanym poczuciem humoru­ i niepozbawiona wdzięku. Te cechy podobały się szczególnie Zofii Reck, która uważała madame za wcielenie francuskiej elegancji: powściągliwość, za którą ukryty był spory ładunek uczuć, humoru, galanterii i kokieterii. Nawet nudne popielate kostiumiki i sweterki Madame były dla Zofii przejawem dobrego stylu.

Tak jak Madame wzbudzała pozytywne odczucia u większości kobiet, tak była z niechęcią odbierana przez mężczyzn. Stanisław Reck nie przepadał za nią. W dyskusji z żoną na pytanie o powody jego niechęci do guwernantki padała ciągle ta sama, dość mglista, ale bulwersująca Zofię odpowiedź, że Madame to typ kobiety-wampira żywiącego się krwią mężczyzn. Na pytanie, dlaczego pozwala jej w takim razie zajmować się dziećmi, odpowiadał, że jej wampiryzm nie dotyczy dzieci. Zofia nic z tego nie rozumiała, ale wolała dalej nie drążyć, żeby nie wejść na teren dyskusji o namiętnościach i zakazanych związkach.

Magdalena lubiła Madame Menieure. Lekcje francuskiego były co prawda nudne, lecz kiedy Madame zaczynała opowiadać o literaturze, o jej bohaterach, o pięknych krajobrazach i sztuce, rekompensowała tym nudę gramatyki francuskiej. Te opowieści przenosiły ją w krainę marzeń.

Zarejestruj się i dołącz do naszej społeczności

Pewnego razu Madame pokazywała w książce obrazy Moneta i van Gogha. Były to skromne kolorowe reprodukcje. Bujne ogrody Moneta, stawy z liliami wodnymi. Fioletowe i żółte pola Prowansji namalowane przez van Gogha. Magdalena była jak w transie.

−     Madame, czy te obrazy ukazują prawdziwe miejsca?

−     Tak, tak. Dlaczego pytasz, ma chère?

−     No bo te kolory… Nie widziałam u nas takich kolorów w ogrodzie u babci. I w ogóle nigdzie.

−     Tak widzieli te krajobrazy Monet i van Gogh.

−     Ale czy one są prawdziwe?

−     Ależ oczywiście, ma chère!

Magdalena zamyśliła się.

−     U nas nie ma takich kolorów. Jest zielono w lecie, a potem w zimie jest szaro.

−     Ależ, Madeleine – zaoponowała Francuzka – takiej świeżej zieleni jak tutaj w lasach nie zobaczysz u nas. U nas jest wszystko prawie spalone słońcem. Takie piękne złote łany zboża uginające się pod podmuchem wiatru, to też tylko w Polsce.

−     Ale fioletowych pól się u nas nie znajdzie – upierała się Magdalena.

−     Tak, to prawda. Te fioletowe pola to lawenda.

−     Lawenda? Czy to jest to samo, co mama i babcia wkładają do szaf przeciwko molom?

−     Tak, to jest to samo.

−     Ale przecież to śmierdzi, a nie pachnie.

−     W Prowansji pola lawendy pachną. Ten zapach ma w sobie coś odświeżającego, coś rozjaśniającego. Nie potrafię sobie wyobrazić Prowansji bez lawendy.

−     Madame, Prowansja musi być naprawdę piękna – westchnęła dziewczynka.

−     Tak, ma chère, znakomicie to czujesz. Pochodzę z Paryża, ale uważam, że Prowansja jest najpiękniejszą częścią Francji, nawet najpiękniejszą częścią świata.

−     Jest ładniejsza od Warszawy?

−     Ach, nie da się ich porównać. Prowansja to łagodne pagórki pokryte lasami, intensywne zapachy, lawendy i innych ziół, winnice na każdym kroku. No i klimat. Jest znacznie cieplej niż w Paryżu i cieplej niż w Warszawie. W Prowansji nie ma takiej zimy jak w Polsce.

−     Jak to? To tam nie ma śniegu?

−     Bardzo rzadko i tylko w górach. W grudniu, na Boże Narodzenie, zamiast śniegu pada najczęściej deszcz.

−     Mimo wszystko podoba mi się Prowansja – stwierdziła na zakończenie Magdalena.

−     Jak będziesz duża, to musisz koniecznie się tam wybrać. Nie tylko do Prowansji. Musisz pojechać do Francji, do Paryża. Paryż jest stolicą świata. Tam jest wieża Eiffla, Pola Elizejskie, katedra Notre-Dame, Sekwana. Tam są największe domy mody, najwspanialsze muzea, najlepsze restauracje, najbardziej eleganccy ludzie. Kobiety noszą takie piękne suknie i kapelusze – wyliczała rozmarzona Madame.

−     To Paryż jest też ładniejszy od Warszawy – padło rozczarowane stwierdzenie.

−     Madeleine, ma chère, Paryż jest nie tylko ładniejszy od Warszawy. Paryż jest najpiękniejszym miastem na świecie.

−     Madame, dlaczego to tak jest, że Paryż i Prowansja są o wiele piękniejsze od Polski? Przecież sama Madame powiedziała, że u nas też może być pięknie.

−     W Polsce bywa pięknie. We Francji pięknie jest zawsze.

−     Nie rozumiem.

−     Polska nie ma tak wielkiej przeszłości i kultury jak Francja. Tylko niewielka część polskiej kultury jest interesująca dla świata. We Francji wszystko ma od razu wymiar światowy.

−     To Francja jest lepsza od Polski?

−     Tak, ma chère. To jest niepodważalny fakt.

Magdalena, odrabiając lekcje z francuskiego, zastanawiała się nad tym, co to znaczy, że „Francja jest lepsza od Polski”. Sama to powiedziała, ale tak naprawdę to nie rozumiała tego. Chętnie oglądała albumy pokazujące inne kraje, ale czy były one lepsze niż jej ojczyzna? I niby w czym? Czy da się to w ogóle jakoś zmierzyć? „Chyba tak – rozważała. – Ale trzeba by było tam pojechać i zobaczyć te kraje. Może zapytać o to Madame Menieure? Nie, lepiej nie, bo ona na pewno opowie o tym mamie”. Magda głęboko westchnęła, żałując, że ciocia Janeczka się nie pokazuje, bo ona z pewnością znałaby odpowiedź.

Tajemnice i zabawy w Ogrodzie Saskim

Na codziennym spacerze po Ogrodzie Saskim dzieci jak zwykle biegały po trawnikach i robiły, co chciały. Madame Meunieure zajęta lekturą powieści Stendhala zwracała na nie tylko powierzchowną uwagę. Naraz odłożyła książkę i utkwiła spojrzenie gdzieś w przestrzeni. Nie wiadomo skąd pojawił się mężczyzna, podszedł do niej, pocałował ją na powitanie w rękę i od razu rozpoczął rozmowę. Sprawiali wrażenie, że dobrze się znają. Magdalena podeszła bliżej, żeby usłyszeć, o czym rozmawiają, niestety, mówili po francusku. Mimo intensywnych lekcji gramatyki nie mogła ich zrozumieć. Tylko pojedyncze słowa: „dziękuję”, „nie chcę”, „list”. Mężczyzna wyjął z kieszeni kopertę, a Madame skwapliwie schowała ją do torebki. Zamienili jeszcze tylko kilka słów i nieznajomy się oddalił. Madame wróciła do powieści, a dzieci dalej biegały po parku. Nagle zaczął padać deszcz. Magdalena i Romuald natychmiast przybiegli do guwernantki. Byli nauczeni, że kiedy pada deszcz, należy od razu udać się gdzieś pod dach, żeby nie przemoczyć ubrania i się nie przeziębić. Posłusznie przycupnęli na ławce w oczekiwaniu, że lada chwila dostaną swoje parasolki i ruszą do domu. Madame wręczyła im je, lecz nie wydała polecenia powrotu.

−     Nie idziemy do domu? – zapytał zdziwiony chłopczyk.

−     Nie pada przecież zbyt mocno – bagatelizowała guwernantka. – Myślę, że zaraz przejdzie. Poczekamy chwilę. Możecie jeszcze się pobawić.

Rodzeństwo spojrzało po sobie. To było coś nowego. Ruszyli z parasolkami do szaleńczej gonitwy po trawnikach. Biegali po alejkach, wskakiwali w tworzące się kałuże, rozpryskując wodę na wszystkie strony. Taka okazja do szaleństwa zdarzała się rzadko. Trzeba było ją wykorzystać. Madame niewzruszenie siedziała na ławce, trzymała parasolkę i zdawała się pogrążona w lekturze.

Przy wejściu do parku od strony Krakowskiego Przedmieścia pojawiła się ciotka Janeczka. Dzieci podbiegły do niej w radosnych podskokach.

−     Ach, ciociu. Co ciocia tutaj robi? Dlaczego ciocia do nas nie przychodzi? – wykrzykiwali jedno przez drugie.

−     Gdzie jest Madame? – zapytała chłodno ciotka, machinalnie odwzajemniając uściski.

Zaprowadzili ją do guwernantki, kobiety przywitały się zdawkowo. Dzieci stały w oczekiwaniu, że usłyszą dalszą rozmowę.

−     No, cóż to? Nie macie więcej ochoty na zabawy?

−     Ale przecież pada deszcz… – rozpoczęła Magdalena.

−     Jaki deszcz? Przecież trochę tylko kropi. Idźcie się jeszcze pobawić – nakazała Madame.

−     Ciociu… – dziewczynka próbowała znaleźć wsparcie u ciotki Janeczki, łapiąc ją za rękę.

Ciotka uśmiechnęła się blado i uwolniła się z uchwytu.

−     Madeleine, ma chère, proszę iść się pobawić z bratem – rozkazała Francuzka.

Magdalena rozczarowana zachowaniem ciotki posłusznie oddaliła się z Romkiem, ale z daleka przyglądała się kobietom. Rozmawiały dość głośno, znowu po francusku, intensywnie gestykulując. Madame w końcu wyjęła kopertę z torebki i wręczyła ją ciotce Janeczce. Ta nerwowo ją otworzyła. Szybko przebiegła wzrokiem po linijkach tekstu. Po chwili, jakby wyrwana z transu, zerwała się z ławki i pożegnawszy Madame, oddaliła w stronę Krakowskiego Przedmieścia.

Dorośli planują…

Wieczorem po kolacji rodzice z Madame przeszli do gabinetu. Kiedy Magdalena przekradała się z kuchni do swojego pokoju z zabronionym kawałkiem ciasta wyłudzonym od Stefanii, przez uchylone drzwi dobiegły ją fragmenty rozmowy. Matka ostrym, piskliwym głosem wypytywała o coś Francuzkę. Dziewczynka znała ten ton, znaczył on, że matka była zdenerwowana, a to nie wróżyło nic dobrego. Zaciekawiona nachyliła się w stronę drzwi, żeby lepiej śledzić rozmowę. Przysłuchiwała się chwilę i stwierdziła, że matka pytała o dzisiejsze spotkanie w parku.

Zarejestruj się i dołącz do naszej społeczności

Przestraszyła się. Czuła, że należało to do tajemnicy, która łączyła ją z ciotką Janeczką. Magdalena usłyszała Madame zapewniającą matkę, że spotkanie w parku było przypadkowe. Guwernantka nic nie wspomniała o obcym mężczyźnie i o liście.

Magdalena pojęła w lot, że Madame kłamie. Ale dlaczego? Czyżby też znała tajemnicę ciotki? Czy jest po jej stronie i nie mówi prawdy? W tej sytuacji jedno było pewne. Całą historię wygadał Romek, ten maluch, nic nierozumiejący ze spraw dorosłych – wnioskowała Magdalena. Uspokoiło ją trochę, że właściwie nic nie wyszło na jaw. Podsłuchując dalej, rozumiała, że matka nie jest zadowolona z tych niewiele mówiących informacji. Dziewczynka zlizywała beznamiętnie lukier z ciasta i chciała już pójść do swojego pokoju, kiedy dobiegł ją krzyk matki.

−     Stasieńku drogi, musimy ratować Janeczkę! To się źle skończy! – głos Zofii nabrał histerycznego tonu.

−     Ale z czego ty chcesz Janeczkę ratować? Przecież my nic konkretnego nie wiemy – odezwał się po raz pierwszy ojciec, jakby dotąd nieobecny przy rozmowie.

−     Czy ty uważasz, że mamy czekać aż ona przyjdzie do domu z nieślubną ciążą!? – matka nie dawała za wygraną. – Musimy coś zrobić, zanim będzie za późno. To jest nasz obowiązek!

W gabinecie zapadła cisza, jakby obecnym nagle przeszła ochota do rozmowy.

Magdalena przykleiła się plecami do ściany i nerwowo obgryzała ciasto. „Ciąża”, „nieślubna ciąża” – dudniło jej w uszach. Te słowa należały do zakazanych, matka nie pozwalała ich używać i zadawać na ich temat żadnych pytań. To znaczyło, że z ciocią Janeczką jest naprawdę źle. A może nie? Przecież ojciec powiedział, że nic nie wiadomo. Poczuła się bezsilna, po policzkach potoczyły się łzy.

−     Stasieńku drogi, czy ty nie masz jakichś nieżonatych kolegów w ministerstwie? Na przykład ten pan Juliusz Raszyński, którego poznaliśmy u Kossowskich… – usłyszała matkę po dłuższej chwili milczenia w gabinecie.

−     Zosieńko… − zaczął niepewnie Stanisław.

−     Wiem, co zrobimy – przerwała mu stanowczo żona. − Urządzimy przyjęcie na moje imieniny.      

Co w następnym odcinku:

W samym sercu Warszawy w eleganckim salonie tajemniczy pakunek ujawnia talent, o którym nikt nie miał pojęcia. Czy Zofia pogodzi się z tym, że Janeczka nie jest tylko „panną z dobrego domu”?

Inne odcinki powieści i teksty Katarzyny Poznakow znajdziesz tutaj

Książka „Jedwabne nici” tutaj

E-book „Jedwabne nici” tutaj    

Zarejestruj się i dołącz do naszej społeczności

Powiązane Artykuły

Komentarze

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *