Jedwabne nici, odcinek 21, Gorzki smak nadziei

I Pożegnanie z Europą,

Rozdział 3 Zapach lawendy, 

Co w tym odcinku:

Paryż jeszcze się broni pozorami normalności, ale wojna już stoi w progu. Wystarczy jeden seans filmowy, by Madeleine zobaczyła, jak daleko sięga płomień, który ogarnia jej dawny dom. W świecie, który właśnie się rozpada, rodzą się nowe lęki, pytania — i pierwsze, nieśmiałe drżenia serca.

Zarejestruj się i opisuj swoje podróże

W poniedziałek Madeleine poszła z ciotką do salonu. Madame Gaudet przydzieliła jej zadanie na zapleczu, gdzie przygotowywała pakunki do wysyłki i włączała regularnie co godzinę radio, żeby usłyszeć nowe wiadomości. Séverine i Marie przypatrywały się jej najpierw ze zdziwieniem, a po wyjaśnieniach madame Jeanine – z politowaniem. Po południu radio podało, że Wielka Brytania i Francja wypowiedziały wojnę Niemcom jako wyraz solidarności z napadniętą Polską. W pierwszej chwili pomyślała, że to koniec konfliktu, że okaże się to sygnałem, że może wrócić do domu. Ciotka i wuj odarli ją ze złudzeń, że ta wiadomość cokolwiek oznacza. Wojna nadal trwała. Postanowiła pisać regularnie listy, jeden na tydzień. Wuj wypowiadał się sceptycznie odnośnie do tego, czy w stanie wojny poczta w ogóle dotrze do Warszawy. Madeleine mimo to nie pozwalała sobie zabrać tej nikłej nadziei, że któregoś dnia dostanie odpowiedź, a może nawet telegram z upragnioną wiadomością, że może wrócić do domu.

Aktualne wycieczki (link afiliacyjny Wakacje.pl)

Lato-2026

Dni mijały w oczekiwaniu, że coś się zmieni. Ten czas wypełniała pracą w salonie przy projektowaniu ubrań i szyciu. Chętnie też pomagała ciotce w pracach domowych. Praca była lekarstwem na przytłaczające uczucie bezsilności. Mówiła sobie, że nie może stracić nadziei, że nie może poddać się obezwładniającemu uczuciu braku wiary w to, co przyniesie przyszłość. Wiedziała, że jest przecież na początku życia, że musi myśleć o przyszłości. Nie potrafiła jej jednak nadać jakiegokolwiek kształtu. Wszystkie marzenia, z którymi chciała wrócić do Warszawy, gdzieś przepadły, jakby ich w ogóle nie było. Z uporem maniaczki każdego tygodnia pisała listy. Wuj dopytywał się, co opisuje. Przyznawała, że jej korespondencja przypomina raczej dziennik. Było bez znaczenia, co opisuje – i tak nie wiedziała, który list dojdzie. Ważne było, żeby otrzymać odpowiedź, że z rodziną wszystko w porządku, że może kupić bilet na pociąg do domu. Czas płynął, zbliżało się Boże Narodzenie. Madeleine wyznaczyła sobie Gwiazdkę jako wewnętrzną cezurę. Jeżeli nie spędzi świąt w domu, w Polsce, to pogodzi się z sytuacją, przyjmie do wiadomości, że powrót to sprawa odleglejszej przyszłości.

Wojna w Europie powoli wpłynęła na nastrój w Paryżu. Do salonu ciotki przychodziło coraz mniej klientek. Ciotka tłumaczyła sobie, że to przejściowe, ciągle liczyła na poprawę. Zamówień do szycia nie oddawała już innym krawcowym, tylko szyła sama, przy łatwiejszych przypadkach angażowała również Madeleine. Coraz częściej nosiła się z zamiarem zwolnienia swoich sklepowych. Pod koniec każdego miesiąca, kiedy robiła bilans przychodów i rozchodów, widziała z całą jaskrawością, że powinna to zrobić. Przesuwała jednak decyzję z miesiąca na miesiąc, licząc na to, że może coś się zmieni. Nie okazywała zwątpienia, żeby nie pogrążać w smutku Madeleine i personelu.

Pewnego dnia zaproponowała siostrzenicy, żeby wybrały się do kina. Trzeba w końcu przewietrzyć mózg, zająć się innymi myślami. Wybrały się na romans z silnym postanowieniem oddania się miłym rozważaniom o filmowym szczęściu. Odczuwały, że inni widzowie przyszli tutaj w podobnym celu. Seans rozpoczął się kroniką aktualnych wydarzeń, na które składało się kilka bieżących informacji uchwyconych okiem kamery. Nagle na ekranie zaczęły przesuwać się obrazy wojny. Pokazywane były miasta w Europie, a w nich wojska niemieckie odbierające akt kapitulacji jednego kraju po drugim. Przypatrując się tym wydarzeniom na celuloidzie, Madeleine uświadomiła sobie, że widzi obraz Warszawy. Rozpoznała Plac Zamkowy i złapała ciotkę kurczowo za ramię.

reklama

−     To Zamek Królewski płonie. Nasz dom oddalony jest o kilka kroków. O, Boże, co się tam dzieje! – zaszokowana wydusiła z siebie.

−     Psst! – odezwał się karcąco siedzący obok mężczyzna.

Patrzyła jeszcze chwilę aż relacja z Warszawy została zakończona.

−     Wychodzę – zawyrokowała i podniosła się z miejsca. – Nie mogę po tym patrzeć na żaden film miłosny.

W paryskim bistrze

Ciotka, widocznie też poruszona kroniką, wyszła razem z nią. Szły w milczeniu, nie mogąc wydobyć z siebie żadnego słowa. Weszły do bistra przy ulicy Cambon, żeby zebrać myśli, i ciotka zamówiła absynt.

−     Co to było? Czy to możliwe? – Magdalena nie mogła dojść do siebie.

−     Wygląda na to, że tak – stwierdziła chłodno ciotka.

−     Ciociu, dlaczego nic więcej nie mówisz? – rozpaczliwie szarpała rękaw jej swetra, jakby w ten sposób miała otrzymać odpowiedź.

−     Co mam mówić? Że mnie to strasznie boli? Przyniesie ci to ulgę, jak to powiem? – ciotka przemówiła nagle podniesionym głosem. – Ty prawdopodobnie straciłaś rodziców, brata, ja chyba siostrę i rodziców. Czy to chciałaś usłyszeć?

−     Nie wiem. Może oni jakoś przeżyli. Będę nadal pisać listy – spekulowała Madeleine, targana sprzecznymi myślami o tym, co dalej.

−     Wiesz, co to jest? Myślenie życzeniowe – ciotka mówiła nadal głośno. – Tak bardzo pragniesz, żeby coś się wydarzyło, że przestajesz brać pod uwagę fakty.

−     Ciociu, czy wierzysz, że mama, tato, Romek, babcia, dziadek, że oni wszyscy zginęli? – zapytała niedowierzająco.

−     Nie wiem, naprawdę nie wiem.

−     No widzisz! Może przyjdzie któregoś dnia odpowiedź z Warszawy – Magda szukała jakiegoś źdźbła nadziei, którego mogłaby się chwycić.

−     To chwalebne, że nie tracisz nadziei – ciotka Jeanine pogłaskała jej dłoń opartą o kant stołu. − Ten płonący Zamek Królewski został nakręcony wcześniej, pewnie jesienią. Na filmie widziałam jeszcze liście na drzewach. Teraz jest grudzień, a ciągle nie mamy żadnej wiadomości. Nie wiem, czy twoje listy coś dają.

Zarejestruj się i opisuj swoje podróże

−     Ciociu, proszę cię, nie mów tak – Madeleine odezwała się trzęsącym głosem. – Odbierasz mi wszelką nadzieję. Nie wiem, co począć. Chciałam zrobić maturę, studiować malarstwo i projektowanie. I co z tego wyszło? Wojna. Utraciłam najbliższych, nie mogę wrócić do moich ojczystych stron i nie mam żadnych perspektywy na przyszłość.

−     Myślisz, że mi jest łatwiej? To, co zbudowałam żmudną pracą, powoli się rozpada.

Magdalena spojrzała na nią uważnie. Do tej pory nie słyszała, żeby ciotka narzekała na cokolwiek.

−     Nie widzisz, co się wokół nas dzieje? – kontynuowała. − Mam coraz mniej klientek. Nie oddaję szycia na zewnątrz, bo za mało zarabiam, żeby to sfinansować. Dlatego szyję sama, a ty mi pomagasz. Marie i Séverine też muszę zwolnić. Czekam tylko, żeby nadeszła wiosna. W zimie jest trudniej szukać pracy – zakończyła smutno.

−     Ale masz męża, on zapewni ci byt – Madeleine próbowała bagatelizować, żeby podtrzymać ciotkę na duchu.

−     Tak ci się tylko wydaje. Jego interesy też idą źle. A co z tobą? Kto tobie zapewni byt?

−     Ze mną? − zabolało ją to pytanie. Uświadomiła sobie po raz pierwszy, że nie jest oczywiste, że wuj François miałby łożyć na jej utrzymanie, w końcu nie był jej rodziną. Nie miał wobec niej żadnych zobowiązań. Poczuła się jak niepotrzebny mebel, który stoi w kącie i tylko zabiera miejsce.

−     Pójdę pracować – odpowiedziała hardo.

−     Kto cię przyjmie? Widzisz, że sama muszę zwolnić moje dziewczyny. Ale nie martw się – uspokoiła ją nieoczekiwanie ciotka. − Znajdziesz u mnie dom. Nie chcę jednak, żebyś miała zbyt wygórowane wymagania, żebyś mnie zarzucała pretensjami, że chcesz to czy tamto, a ja nie będę mogła ci tego zaoferować. Na przykład dalszego kształcenia. Nie mam na to pieniędzy. Od wuja François też nie mogę ich wymagać.

reklama

−     Dziękuję, to, co mi zapewniasz teraz, zupełnie wystarczy – wydusiła z siebie przytłoczona bezpośredniością jej słów.

„Wdzięczność” − pomyślała. − Musi być wdzięczna, a tak bardzo tego nie znosi. Postanowiła, że uwolni się przede wszystkim od tego uczucia.

−     Ważne, żebyśmy się rozumiały – ciągnęła ciotka. − Twoje życie będzie się toczyć tutaj. Na razie nie widzę szansy na powrót do Polski, chociaż sytuacja we Francji też się pogarsza. Zobaczysz, ta wojna wkrótce przyjdzie i do nas. − Zamilkła, a Madeleine też się nie odezwała, bo widziała, że ciotka była tak samo bezradna jak ona i to przynosiło jej niewytłumaczalną ulgę. Dopiła kieliszek absyntu i otrząsnęła się ze wstrętem. Jakież to gorzkie! Czyżby miała wzdragać się na ten smak po raz ostatni?

Sytuacja w Paryżu faktycznie stawała się z dnia na dzień coraz gorsza. Wszyscy przeczuwali, że wkroczenie wojsk niemieckich jest tylko kwestią czasu. Jeanine Gaudet zwolniła w końcu Marie i Séverine, by samej obsługiwać nieliczne klientki. Madeleine pomagała jej, szyjąc i roznosząc ubrania. Wuj François nauczył ją prowadzenia samochodu, w ten sposób mogła obierać zamówione tkaniny i docierać do najdalej mieszkających klientek.

Spotkanie przed pałacykiem

Któregoś dnia otrzymała polecenie dostarczenia gotowych ubrań madame de Mauvoisan. Ciotka podała jej adres i poinstruowała ją, jak ma się zachowywać, jak ma się zwracać do napotkanych ludzi, jakie ma dawać odpowiedzi. Pałacyk państwa de Mauvoisan mieścił się niedaleko Ogrodu Luksemburskiego. Był chłodny, wiosenny dzień i padał lekki deszcz. Gdyby nie pogoda, musiałaby dojść tam pieszo. Dzisiaj Madeleine delikatnie złożyła uszyte ubrania do samochodu, tak żeby ich nie zmoczyć i nie pognieść. Szybko przejechała drogę z salonu do pałacyku i zaparkowała przed wejściem. Przyłapała się na myślach o Dominiku. Czy może go tu spotkać? Położyła dłonie na kolanach, żeby opanować ich drżenie. Wysiadła wreszcie i otworzyła duży parasol dla ochrony przed deszczem. Zadzwoniła do drzwi i ukazał się służący.

−     Mademoiselle sobie życzy? – usłyszała wyniosły głos kamerdynera.

−     Przynoszę suknię i kostiumy dla madame de Mauvoisan – odpowiedziała onieśmielona.

−     Dla której madame de Mauvoisan?

Zatkało ją. Co powiedzieć, żeby nie wypaść nieuprzejmie? Przecież nie może powiedzieć: „dla tej starej kobiety o lasce”.

−     No, dla tej pani… – bąkała.

−     Bernadette de Mauvoisan czy Mylene de Mauvoisan? − służący zadawał coraz trudniejsze pytania.

Zmarszczyła bezradnie czoło, usiłując sobie przypomnieć, jak miała na imię madame de Mauvoisan. Służący z upodobaniem przyglądał się jej wysiłkom.

−     Czy ten samochód należy do mademoiselle? – wskazał szpiczastym palcem w stronę auta.

−     Tak – odpowiedziała cicho zawstydzona, jakby zajechała przed pałac wozem drabiniastym.

−     Służbie i dostawcom nie wolno parkować przed pałacem. Samochód trzeba postawić przy tylnym wejściu. Wejście dla dostawców też jest z tyłu domu – wycedził z wyższością.

−     To co mam zrobić? Zaparkować samochód za domem i poszukać tego drugiego wejścia?

−     Tak – kategorycznie odpowiedział służący, czekając aż się oddali.

Madeleine miała dosyć tej upokarzającej rozmowy i zdecydowała zapakować ubrania do samochodu. Podenerwowana sytuacją niezdarnie usiłowała uchronić suknie przed deszczem, kiedy nagle przed nią pojawił się Dominik de Mauvoisan. Madeleine zamarła.

−     Jean-Jacques, mamy jakiś problem? – zapytał badawczo służącego.

−     Nie, mademoiselle szuka wejścia dla dostawców. Przyniosła ubrania dla madame de Mauvoisan – odpowiedział służący całkowicie innym tonem głosu.

−     Skoro już tutaj trafiła, to można odebrać te ubrania – stwierdził po prostu Dominik.

−     Mademoiselle nie wie, dla której madame de Mauvoisan jest przeznaczona ta garderoba – tłumaczył się służący.

−     Jean-Jacques, nie bądź śmieszny. Przecież widać, że to ubrania dla mojej babki, a nie dla mojej matki. Przywołaj pokojówkę, żeby zabrała te ubrania.

Służący oddalił się po pokojówkę, a Dominik poprosił Madeleine do holu.

−     My się znamy, prawda? – zagadnął.

−     Niedokładnie… – odpowiedziała niepewnie, nie wiedząc, czy powinna się cieszyć z tego spotkania.

−     Tak, ma pani rację, mademoiselle. Nie zostaliśmy sobie przedstawieni. Ale spotkaliśmy się w salonie krawcowej mojej babki, prawda?

Odebrał od niej ubrania i położył je na stojącą opodal komodę. Ujął jej dłoń i zbliżył do ust, spojrzał głęboko w oczy. Madeleine nie potrafiła odpowiedzieć tak samo przenikliwym spojrzeniem i spuściła wzrok.

−     Cieszę, że znowu mademoiselle widzę. Takich niebieskich oczu się nie zapomina – uniósł jej podbródek tak, żeby móc popatrzeć jej prosto w oczy.

Jean-Jacques pojawił się z powrotem z pokojówką, która krótko dygnęła i bez słowa zabrała ubrania z komody.

−     Do zobaczenia – Dominik ponownie uścisnął rękę Madeleine.

Ich niebieskie oczy znowu się spotkały.

Co w następnym odcinku:

Dominik puścił jej dłoń, ale Madeleine wciąż czuła ciepło jego dotyku. Nie wiedziała, że za chwilę wróci do świata, w którym nic nie jest pewne — ani praca, ani dom, ani przyszłość. A jednak coś w niej drgnęło, jakby los właśnie uchylił przed nią nowe drzwi.

Inne odcinki powieści i teksty Katarzyny Poznakow znajdziesz tutaj

Książka „Jedwabne nici” tutaj

E-book „Jedwabne nici” tutaj 

Zarejestruj się i opisuj swoje podróże

Powiązane Artykuły

Komentarze

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *