Jedwabne nici, odcinek 22, Teatr, w którym wszystko może się zdarzyć

I Pożegnanie z Europą,

Rozdział 3 Zapach lawendy,

Co w tym odcinku: Madeleine próbuje skupić się na codzienności, lecz echo spotkania z Dominikiem de Mauvoisan nie daje jej spokoju. Tymczasem w teatrze Populaire chaos prób odsłania charaktery, ambicje i sekrety, które wkrótce splączą się z jej własnym losem.

Wieczorem przy kolacji Madeleine z trudem śledziła rozmowę wujostwa. Wuj mówił coś o wyjeździe do Bretanii, że musi pilnować interesów na miejscu. Dyskutowali o jakimś teatrze, a Madeleine, nieobecna duchem, widziała przed sobą Dominika de Mauvoisan. „Takich niebieskich oczu się nie zapomina”, „Do zobaczenia” – dzwoniło jej w uszach. „On adoruje tylko panny ze swojej sfery” – powiedziała kiedyś ciotka. A więc była to tylko uprzejmość. A może jednak coś więcej?

Zarejestruj się i opisuj swoje podróże

−     Madeleine, jesteś jakaś inna – przyjrzała się jej uważnie ciotka. – Czy coś się stało?

−     Nie, nie… ten służący u madame de Mauvoisan był nieuprzejmy. Wywyższał się jakby był… nie wiem kim.

−     Nie przejmuj się – wtrącił chłodno wuj François. – Służący bogatych ludzi myślą, że jeśli będą równie nieuprzejmi, jak ich państwo, to wzbudzą szacunek u innych.

Ciotka była świadoma, że wysyłając ją do madame de Mauvoisan, może sprowokować przypadkowe spotkanie Madeleine z Dominikiem i dlatego konsekwentnie drążyła dalej.

−     To był tylko służący? Spotkałaś jeszcze kogoś?

−     Nie, nie… Jestem zmęczona. Pójdę do pokoju, muszę napisać list do domu – chciała się koniecznie wymigać od rozmowy i pospiesznie opuściła kuchnię.

−     Mam nadzieję, że nic nie wyniknie między nią a młodym de Mauvoisanem – zaczęła nagle ciotka. − Jeszcze w lecie stara de Mauvoisan była u mnie w salonie z wnukiem, Dominikiem. Myślę, że Madeleine mu się spodobała i on jej też.

−     To dlaczego ją do niej wysłałaś? – dochodził wuj.

−     Wytłumaczyłam jej, że takie miłości są bez sensu. Myślałam, że zrozumiała.

−     Zostaw ją w spokoju – pogłaskał czule jej rękę. − Co się ma wydarzyć, to się wydarzy.

−     Nie, François, nie chcę, żeby cierpiała, przeżywszy takie rozczarowanie jak ja. Gdybym nie poznała ciebie, jak by się to wszystko potoczyło?

−     Takie rozczarowania są częścią życia. Nie uchronisz jej przed tym. Tak jak nikt nie był w stanie uchronić ciebie – tłumaczył wyrozumiale.

−     François, mów, co chcesz. Jesteś mężczyzną. Kobiety ponoszą większe konsekwencje takich historii. Przecież nie mamy dzieci – w jej głosie zabrzmiała niespodziewana nuta zgorzknienia.

−     Kochanie – wuj François przemawiał do niej łagodnie – nie musisz robić sobie żadnych wyrzutów. Bez dzieci też jesteśmy szczęśliwi.

Zatroskane wujostwo

Dzień zaczął się od tego, że Madeleine i ciotka Jeanine miały pojechać po nowe zlecenie. Wsiadły do samochodu i madame Gaudet, jadąc powoli przez Pola Elizejskie, wyjaśniała zlecenie. Ona będzie pytać i mierzyć, a Madeleine ma notować wszelkie informacje dotyczące kostiumu, zapisywać wymiary. Z powodu coraz gorszej sytuacji ciotka została bez pracy. Na szczęście znowu pomógł jej wuj François. Skorzystał ze swoich kontaktów i polecił ją znajomemu, z którym handlował winem, a który przypadkowo był także właścicielem teatru. W tych czasach szycie kostiumów u drogich krawców było zbyt wielkim luksusem. Zlecenie Jeanine Gaudet polegało na dwóch zadaniach: uszyć dobre kostiumy i nie żądać wygórowanej ceny.

Dojechały do teatru Populaire, weszły do niepozornego budynku i od razu skierowały się na widownię. Właśnie trwała próba, na scenie dwie aktorki i aktor ćwiczyli swoje kwestie. Reżyser, otoczony przez kilka osób, coraz to przerywał obsadzie i dawał wskazówki. Madeleine z ciotką usiadły z tyłu, żeby nie przeszkadzać. Z zaciekawieniem przyglądały się wydarzeniom na scenie. Uwagę Madeleine przyciągnęła osoba reżysera. Pierre de Burre był mężczyzną w średnim wieku, wysokim i bardzo szczupłym, prawie kościstym, o ostrych rysach twarzy. Miał zdumiewającą fryzurę – długie czarne włosy zaczesane do tyłu i starannie posmarowane pomadą. Był w czarnym garniturze, białej koszuli z niezwykle długimi mankietami wyglądającymi z rękawów marynarki i bez krawata. Za to wokół szyi nosił owinięty amarantowy jedwabny szalik. Sposób, w jaki rozmawiał z aktorami, zdawał się jej nie mniej teatralny niż gesty ich samych. Kiedy po udzieleniu wskazówki aktor powtarzał swój tekst i nie odgrywał roli tak, jak de Burre sobie tego życzył, reżyser zrywał się z miejsca, rzucał scenopis przed siebie i wykrzykiwał, że ma do czynienia z idiotami i że idzie do domu.

Ten rytuał powtarzał się co kilka minut. Siedząca nieopodal asystentka zbierała cierpliwie z podłogi kartki scenopisu i układała je według kolejności. Madeleine zaskoczyło i przestraszyło jego zachowanie, ale tylko za pierwszym i drugim razem, następne wybuchy histerycznego reżysera przyprawiały ją o śmiech. Obok de Burrego siedziała kobieta, która w przeciwieństwie do niego sprawiała wrażenie spokojnej i opanowanej. Prawie cały czas milczała z wyjątkiem chwil, kiedy coś krótko szeptała reżyserowi na ucho; wstawała wtedy z miejsca, podchodziła do sceny i robiła zdjęcie. Jej powierzchowność silnie kontrastowała z wyglądem Pierre’a de Burrego. Micheline Scholl była kobietą, u której trudno było znaleźć ślady typowej piękności – niewysoka i krępa, z okrągłą twarzą osadzoną na grubej, silnej szyi. Arystokratyczne rysy twarzy de Burrego wyraźnie odróżniały się od raczej pospolitej twarzy Scholl. Do tego kobieta ubrana była w coś, co przypominało raczej mundur i niekorzystnie podkreślało jej przyciężką figurę. Mimo tego intrygowała. Było w niej coś, co automatycznie budziło szacunek. Madeleine zauważyła, że wszyscy obecni zachowywali się w stosunku do niej z pewną uniżonością.

Młody mężczyzna z plikiem papierów podszedł do Madeleine i ciotki, żeby ustalić, co je sprowadza. Stwierdził, że przyszły za wcześnie, obiecał ustalić z reżyserem konkretny termin i wrócił tam, skąd przyszedł.

−     Doskonały powód, żeby zrobić przerwę – wykrzyknął głośno Pierre de Burre, wymachując w ich stronę. – Zawołaj te krawcowe.

Co którego świata należę?

W garderobie oprócz aktorów, dla których miały być uszyte kostiumy, pojawił się reżyser i całe towarzystwo z widowni. Jeanine Gaudet poprosiła o szkice sceny i kostiumów, żeby się zorientować, o jaką garderobę chodzi. De Burre zaczął wylewnie tłumaczyć treść sztuki oraz swoje wyobrażenie kostiumów. Nie miał żadnych szkiców, jego wyjaśnienia trwały długo, a Jeanine nadal nie wiedziała, co konkretnie ma uszyć. Zaproponowała, żeby omówić kostiumy dla każdego aktora z osobna.

−     Ale to potrwa do wieczora…– przejął się de Burre.

−     Dobrze, mam propozycję. Porozmawiam sama z aktorami, zrobię szkice i pokażę panu. Zacznę z szyciem, kiedy je pan zaakceptuje.

−     Brawo, madame Gaudet! – zawołała Micheline Scholl. – W końcu jakaś konkretna decyzja w całym tym przedsięwzięciu.

Obecni uśmiechnęli się porozumiewawczo.

−     Co chcesz przez to powiedzieć, moja droga? – de Burre poczuł się dotknięty, jakby Scholl nadepnęła mu na odcisk.

−     Chcę powiedzieć, że w tym chaosie jest to pierwszy konkretny krok, który zbliża nas do premiery – odpowiedziała bezczelnie Scholl.

De Burre głośno przełknął ślinę, a w garderobie zapadła martwa cisza. Nikt nie miał odwagi mieszać się w dyskusję, ale on odebrał milczenie obecnych jako poparcie dla siebie.

−     No widzisz, Micheline? Znowu twoja wybujała emocjonalność wzięła górę nad racjonalnym postępowaniem – De Burre próbował mieć ostatnie zdanie w tej potyczce. − Takie dyskusje też nie posuwają nas do przodu.

−     Pozwólmy zatem paniom krawcowym zająć się ich pracą – zaproponowała Scholl, niespodziewanie wycofując się.

Co w następnym odcinku: W teatrze każdy gra swoją rolę. Tylko Madeleine nie wie jeszcze, że jest częścią większej sztuki.

Inne odcinki powieści i teksty Katarzyny Poznakow znajdziesz tutaj

Książka „Jedwabne nici” tutaj

E-book „Jedwabne nici” tutaj 

Zarejestruj się i opisuj swoje podróże

Powiązane Artykuły

Komentarze

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *