Jedwabne nici, odcinek 30, „Orientalna wyprawa”

I Pożegnanie z Europą,

Rozdział 4 Pożegnanie z Europą, 

Co w tym odcinku: Madeleine i pani Amiguet wyprawiają się na ląd, gdzie dziewczyna po raz pierwszy przekroczy bramy Orientu. Wreszcie dostaje szansę, by pokazać, co naprawdę potrafi — i szybko okazuje się, że jej determinacja potrafi zaskoczyć nawet kapitana. Gdy maszyna Singer trafia na pokład, pojawia się pytanie jak szyć dla dwunastu marynarzy, nie łamiąc zasad dobrego wychowania.

Po przybiciu do Port Saidu kapitan poinformował, że naprawa statku potrwa tylko dwa dni, po czym od razu wyruszą przez Kanał Sueski w stronę Morza Czerwonego; pasażerowie i załoga mogli wyjść na ląd. Pani Amiguet, znająca Orient, bezzwłocznie zaproponowała Madeleine, żeby udała się z nią i mężem na bazar w Port Saidzie.

Wchodzącemu na bazar najpierw objawiała się masywna brama, która wyglądała jak wejście do fortu z fantazyjnymi wieżyczkami i łukami. Lazurowa fasada była pokryta bogatą dekoracją. Ktoś zadał sobie dużo trudu, misternie cyzelując splątane arabeski. Samo wejście miało kształt powiększonej dziurki od klucza, a jego przekroczenie miało w sobie coś z wyjawienia tajemnicy. „Tak pewnie opisała to Szeherezada w Tysiącu i jednej nocy” − pomyślała Madeleine. Bazar za bramą był długą kolorową ulicą wypełnioną pokrzykiwaniami targujących się handlarzy. Madeleine i pani Amiguet przechadzały się, oglądając towary na straganach. Stoiska z dywanami wyglądały jak wystawa sztuki – sprzedawcy rozwiesili swój towar tuż pod dachem i na ścianach sklepu do samej ziemi. Różnorodne wzory, kolory i materiały mieniły się w oczach. Pomiędzy straganami, idealnie wtopione w pejzaż, mieściły się małe herbaciarnie, gdzie oprócz napitku można było rozkoszować się fajką wodną. Mijając dalsze stragany, Madeleine z rozmarzeniem oglądała usypane różnobarwne góry przypraw. Żółty szafran, czerwony sumak, zielony kardamon. Pani Amiguet ze znawstwem tłumaczyła, do czego są używane. Koriander – arabska pietruszka, kumin – arabski kminek, zatar − podobny w smaku do tymianku. Chciała kupić je wszystkie, rozsądek i pani Amiguet powstrzymywały ją przed tym. Kiedy przeszły do stoisk z materiałami, musiała na chwilę usiąść, żeby opanować natłok wrażeń. Nie mogła się napatrzeć – garderoby w tak intensywnych kolorach nikt we Francji nie nosił. Tkaniny przetykane prawdziwym złotem, ciężkie i monumentalne, nadawały się tylko na ubrania dla szejka czy emira. Jej uwagę przykuła cienka bawełna.

−     Ta bawełna doskonale nadawałaby się na letnie bluzki w tropiki – stwierdziła, oglądając materiał.

−     Masz dobre oko, Madeleine. Egipska bawełna jest powszechnie znana z dobrej jakości. Problem polega na tym, że nie znajdziesz tutaj krawca − zauważyła smętnie pani Amiguet.

−     Sama potrafiłabym uszyć taką bluzkę, ale maszyny do szycia też tutaj nie znajdę. Poza tym pewnie byłaby droga, nie mam na to pieniędzy.

−     Potrafisz szyć? – Szwajcarka nagle się ożywiła.

−     Tak − przytaknęła Madeleine i stwierdziła rzeczowo: − moja ciotka, u której mieszkałam w Paryżu, miała salon krawiecki. Pomagałam jej.

−     No to na pewno sobie poradzisz w Bangkoku − pokiwała z uznaniem głową jej towarzyszka.

−     Tak pani myśli? – dziewczyna popatrzyła na nią z niedowierzaniem.

−     Madeleine, czy potrafiłabyś uszyć proste koszule dla załogi Count of Essex? – zaczęła pani Amiguet, mając wyraźnie w głowie jakiś pomysł.

−     Gdybym miała maszynę, materiał i nici…

−     Znakomicie! – odparła Szwajcarka, klepiąc ją z zadowoleniem po ramieniu.

−     Madame Amiguet, co pani chce zrobić?

−     Najpierw musimy się napić herbaty z moim mężem – odpowiedziała tajemniczo.

Port Said – brama do Orientu

We trójkę usiedli przed herbaciarnią na skórzanych pufach. Właściciel, nie pytając o nic, postawił przed nimi na stoliku niewielkie szklaneczki i od razu napełnił je miętową herbatą o pięknym złocistobrązowym kolorze. Pojedyncze liście mięty opadły na dno. Płyn był tak gorący, że Madeleine z trudem utrzymywała szklaneczkę w palcach. Herbata była bardzo słodka, pani Amiguet stwierdziła, że to typowe w krajach arabskich. Madeleine spostrzegła, że byli w tym miejscu jedynymi Europejczykami, poza nią i panią Amiguet nie było też tutaj żadnej kobiety, tylko mężczyźni wygodnie rozłożeni w niskich skórzanych fotelach, popijający lepką herbatę i palący fajki wodne. Pani Amiguet bez specjalnego wstępu wyjawiła mężowi pomysł zakupu maszyny do szycia, jakby chodziło o nabycie zwykłego dzbanka do herbaty. Początkowo pan Amiguet odniósł się sceptycznie do tej idei, nie pojmował, po co Madeleine miała szyć koszule dla marynarzy. Żona cierpliwie tłumaczyła, że mają oni tylko zimowe ubrania, że im dalej na południe, tym gorętszy jest klimat i że się intensywnie pocą, więc wszędzie na statku panuje nieprzyjemny zapach. Jest to o wiele bardziej higieniczne, jeżeli załoga ma ubranie na zmianę; przecież wyrobnikom na plantacji też dają raz w roku nowe koszule. Przy takich argumentach kapitan zgodzi się zapłacić za maszynę. Pan Amiguet po dłuższej dyskusji zdawał się przekonany o celowości przedsięwzięcia, widział w nim też szansę na polepszenie napiętych stosunków ze Smithsonem.

Zajął go problem, gdzie można byłoby kupić maszynę do szycia. Wiedział, że musi jej szukać nie na arabskim bazarze, tylko w dzielnicy żydowskiej. Zasugerował, żeby od razu udać się na poszukiwanie; obecność Madeleine była konieczna, bo tylko ona potrafiła ocenić, czy maszyna działa. Madeleine, zaskoczona, że pan Amiguet tak lekko potraktował temat pieniędzy, jeszcze raz do niego wróciła. „Może się przecież zdarzyć, że kapitan nie zechce zapłacić” – mówiła. Była zdania, że najpierw muszą mieć potwierdzenie od kapitana, a potem starać się o maszynę. Ten argument w ogóle nie docierał do pana Amigueta – jego zdaniem ważniejsze było znaleźć maszynę, a pieniądze też się wtedy znajdą. Pani Amiguet uspokajała zamartwiającą się dziewczynę, że nie musi się przejmować finansami. Madeleine przemknęła myśl, że w tym leży różnica między biednymi i bogatymi. Biedny najpierw się stara o pieniądze, a później kupuje towar. Bogaty nie ma tego problemu, dlatego szuka tego, co go interesuje, a potem po prostu płaci. Regulując rachunek za herbaty, pan Amiguet wypytywał właściciela, gdzie można byłoby zakupić maszynę. Arab potwierdził, że muszą udać się do dzielnicy żydowskiej, opuścili więc bazar i udali się w stronę meczetu, gdzie wzięli powóz, który miał ich zawieźć do celu.

Na bazarze

Poszukiwanie maszyny okazało się żmudną czynnością – bez rezultatu chodzili od handlarza do handlarza. Powoli zbliżał się wieczór. Umęczeni, spoceni i bliscy rezygnacji trafili do sklepu tekstylnego Ifraima Mendelmanna. Pan Amiguet nie miał więcej siły, żeby udawać zainteresowanie jego towarem i bez ceregieli zapytał o maszynę do szycia. W odpowiedzi handlarz, jakby nie rozumiejąc pytania, szczegółowo wyjaśniał, co ma do sprzedania. Zniechęceni zamierzali opuścić sklep, kiedy Żyd złapał pana Amigueta za rękaw.

−     Chwileczkę, mam na zapleczu coś, co pana zainteresuje – pociągnął go za kotarę.

Po chwili pan Amiguet z impetem odsunął zasłonę.

−     Chodźcie, musicie to zobaczyć!

Weszły na zaplecze i zmęczona poszukiwaniami Madeleine westchnęła głęboko na widok przedmiotu. Nie pytając o zgodę, rzuciła się w stronę maszyny, usiadła przy niej, podniosła igłę i poruszyła koło zamachowe. Mechanizm działała, Madeleine sprawdziła jeszcze pasek klinowy i igłę.

−     Co pani o tym sądzi, mademoiselle? – zapytał pan Amiguet.

−     Poczciwa niemiecka maszyna do szycia marki Singer. Działa bez zarzutu. Myślę, że możemy ją wziąć − potwierdziła ze znawstwem.

Zaczęły się negocjacje. Kramarz podał wysoką cenę, pan Amiguet w odpowiedzi bardzo niską.

−     Ten Żyd wyrzuci nas ze sklepu – Madeleine szepnęła do pani Amiguet.

−     Bez obawy, moja droga. Tutaj targowanie się jest częścią rytuału zakupów.

Po zawziętych negocjacjach zakupili maszynę Singer, trzy bele bawełny, guziki i nici. Znalazł się nawet blok, ołówek i kredki. Pozostało tylko dostarczenie towaru na statek i zapłata.

Przy kolacji rozmawiano o Port Saidzie, a mimo to pan Amiguet nie pisnął ani słowa o maszynie. Madeleine przesyłała porozumiewawcze spojrzenia w kierunku pani Amiguet, ale bez skutku. Po kolacji zniecierpliwiona dopadła ją na pokładzie.

−     Madame Amiguet, co z maszyną? Pan Amiguet… − domagała się wyjaśnienia.

−     Moja droga, zostaw tę sprawę mężczyznom – przerwała pani Amiguet, kładąc palec na jej ustach. − Skoro mój mąż dał słowo temu Ifraimowi, to zrobi wszystko, żeby go dotrzymać. Musisz tylko jutro pojechać z nim po towar. Trzeba go jeszcze raz sprawdzić przed zapłatą.

Nie nalegała mimo wątpliwości, ale Szwajcarka zauważyła jej niepewność.

−     Madeleine, moja droga, tobie brakuje cierpliwości – stwierdziła z anielskim spokojem. − Chcesz wszystko załatwić natychmiast, to nie jest konieczne. Poza tym chcesz robić rzeczy, które nie należą do ciebie. Sprawy finansowe zawsze regulują mężczyźni – dodała.

−     Moja ciotka dobrze sobie radziła bez wuja. Też zarabiałam pieniądze i pomagałam ciotce finansowo.

−     Ach, należysz do tych nowoczesnych kobiet, które chcą robić wszystko same – Szwajcarka zaśmiała się dobrotliwie. − Oczywiście, że tak można żyć. Jeżeli chcesz być damą, potrzebujesz męża − zawyrokowała.

−     Ale wtedy wygląda na to, że mąż decyduje o wszystkim – zaoponowała.

−     Ha, ha, ha… − zaśmiała się pani Amiguet. – Słusznie zauważyłaś, że to tylko tak wygląda, ale w rzeczywistości wcale nie musi tak być.

Następnego dnia, kiedy przyszła na śniadanie, kapitan wstał od stołu, podszedł do niej, ujął ją za rękę i poprowadził na miejsce.

−     Mademoiselle, z góry pani dziękuję za zaangażowanie się w tę akcję szycia koszul − powitał ją kapitan.

−     Ależ nie ma za co! Jeszcze nic nie zaczęłam, czekam na maszynę do szycia i materiał – odpowiedziała zaskoczona wylewnością kapitana.

−     Rozmawiałem z panem Amiguetem. Dzisiaj zostanie to załatwione.

Miała w uszach słowa pani Amiguet o cierpliwości i o tym, żeby zostawić działanie mężczyznom. W tym przypadku nie mogła jednak pozostać bez inicjatywy, to było jej zadanie i żaden mężczyzna nie był w stanie jej pomóc.

−     Panie kapitanie – usłyszała samą siebie – będę potrzebowała pomieszczenia, w którym będę mogła kroić i szyć. Czy mogę robić to tutaj?

−     Ależ, jak najbardziej, mademoiselle! – wykrzyknął jeszcze bardziej zaskoczony kapitan.

−     Oprócz tego będę musiała pobrać miarę. Zastanowię się, jak to najlepiej zorganizować. Przedstawię propozycję jutro po śniadaniu. Czy to panu odpowiada? – zapytała. Czuła się świetnie, nareszcie mogła pokazać wszystkim, że coś potrafi.

Późnym popołudniem maszyna została dostarczona do portu. Madeleine z panem Amiguetem doglądali załadowania jej na pokład i w końcu nabytek został ustawiony w salonie.

W egipskiej herbaciarni

Rzuciła się z zapałem do pracy. Najpierw konieczne było zdjęcie miary z wszystkich członków załogi; nie wiedziała, jak z tego wybrnąć. Dobre wychowanie nie pozwalało niezamężnej kobiecie na bezpośredni kontakt z młodymi mężczyznami przy mierzeniu ciała. W normalnym przypadku młody mężczyzna sprawiał sobie koszulę u krawca, a nie u młodej kobiety. Postanowiła, że z całej załogi wybierze dwóch albo trzech marynarzy i na podstawie ich wymiarów uszyje rozmiar duży i mały, unikając w ten sposób mierzenia każdego z osobna. Przedstawiła kapitanowi ten pomysł, zgodził się od razu. Imponowało mu, że dbała o swoją reputację, ale równocześnie była otwarta na kompromis, żeby osiągnąć cel. Zależało mu, żeby poprawić morale załogi i podarować nowe koszule. Nie chciał stracić załogi podczas postoju w Dżafnie, która zawsze nęciła ludzi morza. Obiecał pomoc w przypadku nieodpowiedniego zachowania marynarzy. Najbardziej ujęła go propozycja, że oprócz zwykłych uszyje jemu i pierwszemu oficerowi także koszule ze sztywnym kołnierzykiem. Stwierdziła, pół żartem, pół serio, że sprawienie koszul angielskim dżentelmenom jest wystarczającym usprawiedliwieniem dla złamania reguł dobrego wychowania i pobierze miarę osobiście. Pomyślał o żonie i córkach − nie znał u nich tak prostego i bezpretensjonalnego pojmowania spraw. Zawsze musiał się liczyć z jakimiś nieokreślonymi względami i zasadami, które były nie do przekroczenia. Trudno mu było dyskutować, dlatego najczęściej decydował sam, nie wdając się w debaty. Zastanawiał się, czy to wojna, czy osobiste przejścia, czy może po prostu charakter robiły z Madeleine miłą i pragmatyczną osobę.

Kapitan zwołał całą załogę na pokład. Madeleine objaśniła marynarzom swój zamiar. Spośród dwunastu mężczyzn wybrała trzech. Wśród nich był Jerome, który był wyraźnie zadowolony z wyboru. Poprosiła ich do salonu i w asyście pani Amiguet pobrała miarę. Zabrała się do rysowania szablonów. Z papieru pakowego i starych gazet wycinała wykroje rękawów, pleców i przodu. Kilka dni zajęło jej przygotowanie skrojonych części do szycia. Sfastrygowała koszule dużego, średniego i małego rozmiaru. Przywołała wybranych marynarzy do przymiarki. Podniecony Jerome paradował w koszuli jak na wielkiej defiladzie. Pozostali oglądali niepewnie swój przyszły prezent. Jedno było pewne – koszule pasowały i mogła rozpocząć szycie. Jerome i jeden z marynarzy wynieśli maszynę do szycia na pokład. W napięciu przyglądali się razem z panią Amiguet przygotowaniom do uruchomienia mechanizmu. Interesowało ich, czy faktycznie ruszy. Madeleine, gotowa do pracy, wzięła kawałek materiału i wykonała kilka ruchów kołem zamachowym. Igła zaczęła się poruszać i kawałek został zszyty. Wyciągnęła go spod igły i triumfalnie podniosła do góry. Widzom tej krawieckiej próby wyrwało się radosne „hurra!”.

Od tej pory porządek dnia rozpoczynał się dla Madeleine śniadaniem i lekcją angielskiego, po czym maszyna do szycia była wynoszona na pokład, gdzie dziewczyna do zachodu słońca pilnie zszywała wykrojone części. Pani Amiguet stała się jej wierną towarzyszką. Pokazała jej, jak wyciągać fastrygi z koszul i szybko przyszywać guziki. „Gdyby nie wojna i ta podróż statkiem, pani Amiguet byłaby klientką w rodzaju Bernadette de Mauvoisan, a nie moją asystentką” − rozmyślała Madeleine.

 

 

Co w następnym odcinku: Gdy igła Singera rusza po raz pierwszy, na pokładzie wybucha radość. Teraz wszystko zależało od Madeleine i od tego, co wydarzy się w Dżafnie.

 

Inne odcinki powieści i teksty Katarzyny Poznakow znajdziesz tutaj

Książka „Jedwabne nici” tutaj

E-book „Jedwabne nici” tutaj 

Zarejestruj się i opisuj swoje podróże

Powiązane Artykuły

Komentarze

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *