Jedwabne nici, odcinek 31, „W stronę George Town”
I Pożegnanie z Europą,
Rozdział 4 Pożegnanie z Europą,
Co w tym odcinku: W świecie, gdzie koszula może ocalić załogę, a spojrzenie może zdradzić więcej niż słowa, Madeleine musi wybrać, komu pozwoli przekroczyć granicę jej serca. A Count of Essex płynie dalej — w stronę Azji, w stronę prawdy, w stronę przyszłości, której jeszcze się boi.
− Mademoiselle Madeleine, pani jeszcze nie pobrała mojej miary – zagadnął przy śniadaniu Joseph Howard.
− Ach, tak, to prawda, prawie zapomniałam. Proszę, Joseph, niech pan zostanie do miary po naszej lekcji − oznajmiła z uprzejmą obojętnością.
Lekcja angielskiego została tego dnia odbębniona. Joseph jako nauczyciel był wyjątkowo rozproszony. Marynarze, jak każdego dnia, niemal rytualnie wynieśli maszynę na pokład. Madeleine poprosiła Howarda do salonu, nie chcąc, żeby załoga przyglądała się pobieraniu miary. Nie chciała zostać sama z Josephem, więc poprosiła panią Amiguet, żeby zapisywała wyniki. Szwajcarka zgodziła się z pełnym zrozumieniem, jakkolwiek wiedziała, że Madeleine mogła to zrobić sama. Wyczuwała, że dziewczyna potrzebuje jej obecności.
Joseph zdjął marynarkę. Zaczęła od pleców, bezwiednie przeciągając po nich ręką, żeby wyprostować fałdy koszuli. Poczuła, jak ciało Josepha się naprężyło. Zaskoczona tą reakcją niespodziewanie zatrzymała dłoń w bezruchu, była jak sparaliżowana. Z trudem, jakby ciągnęła ciężki kamień, wznowiła ruch. Chciała tę niezręczną sytuację rozbroić jakimś komentarzem, lecz słowa ugrzęzły jej w gardle. Spojrzała na panią Amiguet, ale ta zdawała się niczego nie dostrzegać i pilnie zapisywała wymiary. Madeleine zmierzyła obwód klatki piersiowej i długość ramion. Czuła pod palcami pulsującą krew mężczyzny, nie mogła jednak przerwać, bo jaki podać powód? Naprężone ciało, pulsująca krew? Na koniec musiała zmierzyć obwód szyi. Stanęła naprzeciwko i kiedy podniosła centymetrówkę, żeby zawiesić ją na jego szyi, ich spojrzenia się spotkały. W ułamku sekundy zobaczyła to, co znała z oczu Dominika – pożądanie. Spuściła wzrok. Joseph, jakby zapomniał o obecności pani Amiguet, złapał ją za ramiona i mocno uścisnął. Chciał ją zmusić w ten sposób do popatrzenia mu w oczy i wywołać jakąś reakcję. Zacisnęła zęby z bólu i głęboko westchnęła.
− Miara zakończona – wydusiła z trudem, uporczywie wpatrując się w podłogę.
Uwolnił ją z uścisku.
− Dziękuję – odpowiedział sucho Joseph. – Kiedy mogę przyjść do przymiarki?
− Nie wiem – spojrzała na niego zdezorientowana. – Zastanowię się. Dam panu odpowiedź przy kolacji.
− Oczywiście. Do zobaczenia wieczorem − odpowiedział opanowanym tonem i opuścił salon.
Pani Amiguet już od jakiegoś czasu obserwowała oboje na codziennych lekcjach angielskiego. Widziała próby, jakie Joseph podejmował, żeby zbliżyć się do Madeleine. Była zdania, że ona tego nie dostrzega i odbiera go jako kolegę. Nie uszło jednak jej uwadze, że dziewczyna zbudowała wokół siebie jakiś niewidzialny mur, za którym chroniła się jak przed nieproszonymi gośćmi. Pani Amiguet sądziła, że Joseph nie miał szans go przebić. Doświadczenie życiowe podpowiadało jej, że Madeleine musiała niedawno przeżyć ciężki sercowy zawód i nie była jeszcze gotowa na nowe uczucie. Ciekawiło ją jednak, jak dziewczyna ocenia tę sytuację.
− Myślę, Madeleine, że Joseph jest w tobie zakochany – zaczęła Szwajcarka, wyciągając fastrygi z kolejnej koszuli.
− Madame Amiguet, o czym pani mówi? – dziewczyna zaczerwieniła się po same uszy.
− Ależ, Madeleine, przecież sama widziałaś, jak on reagował na twój dotyk.
− Jak pani to zauważyła? − Madeleine była zaskoczona bezpośredniością jej pytania. − Przecież nie odezwał się ani słowem.
− Intensywne uczucia są trudne do ukrycia – zaśmiała się pani Amiguet.
− Uczucia? Ale jak to jest możliwe? Jesteśmy już prawie dwa miesiące na statku i nie zauważyłam cienia jego zainteresowania moją osobą – odpowiedziała, przemilczając te sytuacje, kiedy zastanawiała się, czy jego zachowanie nie wskazuje, aby na coś więcej niż tylko koleżeństwo.
− Nie zapominaj, że Joseph jest Anglikiem. Okazywanie uczuć jest dla niego przejawem słabości, jest nieeleganckie.
− Przecież nie mogę odpowiedzieć na coś, czego on nie okazuje – stwierdziła chłodno Madeleine, próbując zakończyć niewygodną rozmowę.
− Nie do końca – ciągnęła pani Amiguet nieugięcie. – Przyznaj, ty widzisz jego uczucia, ale nie chcesz się im poddać, prawda?
„Tak, pani Amiguet ma rację” − pomyślała Madeleine. Zamilkła, nie mając siły tłumaczyć własnych emocji.
− Hm, no to co mam teraz zrobić? – wydusiła z siebie po chwili milczenia.
− Nic – padła zaskakująca odpowiedź.
− Nie rozumiem. Skoro Joseph, jak pani mówi, jest we mnie zakochany, to wypadałoby jakoś na to zareagować − Madeleine pomyślała pragmatycznie, że skoro pani Amiguet ją przejrzała, to może warto usłyszeć co ma do powiedzenia.
− Czy ty jesteś w nim zakochana? – zapytała otwarcie dziewczynę.
− Nie… raczej nie… – wyjąkała nieco zakłopotana tym, że Szwajcarka pyta ją tak bez ogródek. Nie potrafiła przed obcą osobą otwarcie ujawniać swoich uczuć.
− No to nie musisz niczego robić – w ustach pani Amiguet wszystko było takie jasne i proste.
− Ale jeżeli mężczyzna interesuje się kobietą, to ona musi na to uczucie odpowiedzieć – Madeleine przywoływała z pamięci wzorce zachowań, jakie uważała za słuszne.
− Jeżeli z przyzwoitości zmienisz teraz swoje zachowanie w stosunku do niego, to on odbierze to jako przyzwolenie na okazywanie swojego zainteresowania − pani Amiguet doskonale wyczuła jej dylemat. – Bądź panią sytuacji. Decyduj sama, czy chcesz okazać mężczyźnie zainteresowanie, czy też nie – dodała z naciskiem.
Madeleine spodobało się to, co usłyszała. „Bądź panią sytuacji, decyduj sama” – to była recepta, którą warto było zastosować.
Madeleine siedziała na pokładzie i wykańczała koszule. Żółtopomarańczowe słońce powoli chowało się za horyzont Oceanu Indyjskiego, bryza przyjemnie chłodziła powietrze. Przerwała pracę, żeby przyglądać się temu spektaklowi. Obserwacja zachodu stała się dla niej codziennym rytuałem. Każdego dnia słońce wędrowało swoim utartym szlakiem, codziennie jednak odbywało się to przy akompaniamencie innych kolorów. Nie było dwóch takich samych zachodów słońca. Początkowo próbowała nawet te codzienne nastroje uchwycić na papierze. Szybko okazało się, że materiał malarski, jaki zakupiła w Port Saidzie, do niczego się nie nadawał. W uszach brzmiało jej ciągle: „Joseph jest w tobie zakochany”. Schlebiało jej, że angielski dżentelmen się nią interesuje. Do tej pory to ona zabiegała o potwierdzenie zainteresowania, ale pojawiły się pytania. Kim jest Joseph? Czy potrafię okazać mu obojętność? Czy podoba mi się mężczyzna, który tak kamufluje własne uczucia? Zastanawiała się nad tym, jak bardzo Joseph był różny od Dominika. Dominik często szeptał czułe słówka, obejmował, spontanicznie całował. Czy Joseph byłby tak samo perfidny jak Dominik, żeby proponować pozycję kochanki obok oficjalnej narzeczonej? Co o tym sądziłaby ciotka?
Ciotka Jeanine… Po raz pierwszy od wejścia na statek nie odrzucała myśli o niej. Czyżby fakt, że ciotka rozmyślnie udawała, że wyjeżdża razem z nią do Bangkoku, przestał boleć? Powoli zaczynała rozumieć, że to niemożliwe, żeby ciotka ją tak po prostu zostawiła, to nie w jej stylu. Pani Amiguet ma rację, coś się za tym kryje. Postanowiła, że zaraz po dotarciu do celu napisze list, zażąda wyjaśnienia. Była to jedyna osoba na świecie, z którą łączyły ją jedwabne nici. Ciotka ostatnio zaprzeczała ich znaczeniu, mówiła, że to historie dla małych dziewczynek, jednak w podróż zapakowała siostrzenicy jedną rolkę, a więc musiała wierzyć w ich moc. Przyrzekła sobie, że zostawi tę rolkę na zawsze, przekaże własnej córce. Myśl o tym, że istnieje na tym świecie ktoś jej bliski, pozwalała łatwiej znosić rozważania o niepewnej przyszłości. Wspomnienia rodziny w Polsce wypierała – trudno było zaakceptować ich śmierć jedynie na podstawie jakiejś listy. Nie miała szansy na pożegnanie ani też nie otrzymała żadnych wyjaśnień, co się z nimi właściwie stało, jak umarli, jak brzmiały ich ostatnie słowa. Gdzie są pochowani?
Coraz jaśniej zdawała sobie sprawę, że wejście na Count of Essex umożliwiało ucieczkę od rzeczywistości. Od niewiernego Dominika, od śmierci bliskich, od niemożności powrotu do Polski. Tak, podróż w nieznane była jej na rękę. Toczone na statku rozmowy o życiu w Azji zapowiadały wiele niespodzianek. Jedno było pewne − marzenia o karierze malarskiej trzeba pogrzebać. Zastanawiała się, jak w tym świecie, w którym podarowana koszula jest radością życia, znaleźć miejsce na sztukę. Czy bycie krawcową było jej przeznaczeniem? Krawiectwem zajęła się raczej z przypadku i chęci pomocy ciotce. We Francji ta praca była użyteczna, przynosiła pieniądze, ale nie gwarantowała prestiżu. Znalezienie zamożnego męża, który by się jej podobał, było prawie niemożliwe. W grę wchodził tylko związek z rozsądku, jak w przypadku ciotki. Dla mężczyzn z lepszych sfer była w najlepszym przypadku kandydatką na kochankę. Zastanawiała się, czy nie lepiej być samą, bez upokarzających kompromisów. Ale to nie mogła być cała prawda. Na statku był przecież inny świat. Od czasu, kiedy rozpoczęła akcję z koszulami, wszyscy odnosili się do niej z szacunkiem. Szwaczka była obiektem uznania społecznego! Nawet pani Amiguet, szwajcarska dama, rozmawiała z nią jak z równą sobie. Ta sama czynność była tutaj całkiem odmiennie oceniana i szanowana. Jeżeli nie było w nowym świecie miejsca na sztukę, to może będzie jednak na miłość i przyjaźń. Od czasu wyjazdu z Polski nie miała żadnej przyjaciółki takiej jak Zuza, z którą mogła o wszystkim porozmawiać. Czy ona przeżyła to piekło wojny? Uświadomiła sobie, jak ważną rolę odegrała Zuza w jej życiu. Gdyby teraz tutaj była, mogłyby bez skrępowania dzielić się swoimi wątpliwościami. Pani Amiguet jest miła, ale o takich sprawach trudno było z nią rozmawiać. Ona miała inne spojrzenie na życie i czasami zadawała pytania tak trudne, jak w przypadku tych o Josepha.
W lutowym skwarze klimatu podzwrotnikowego Count of Essex dotarł nareszcie do Dżafny. Kapitan Smithson obiecywał sobie zdobyć tutaj pewne wiadomości o sytuacji w George Town i o Półwyspie Malajskim. Wojna chyliła się ku końcowi. Chciał wiedzieć, czy te miejsca są już pod kontrolą Brytyjczyków, czy też pozostają pod japońską okupacją. Gdyby w George Town nadal byli Japończycy, musiałby zmienić kurs docelowy i pożeglować w stronę Singapuru. Pasażerowie byliby na pewno rozczarowani, bo to oznaczałoby oddalenie od celu ich podróży. Poza tym ta niepewność z załogą. Dżafna była jakimś magicznym punktem: na każdym postoju w tym porcie wielu marynarzy decydowało się na opuszczenie statku bez otrzymania żołdu, w sposób całkowicie irracjonalny. Doświadczenie podpowiadało mu, że za całą sprawą stoi raczej jakiś problem psychologiczny. Liczył, że akcja z koszulami pomoże odwrócić złą passę. Podarowanie koszul było właśnie czymś irracjonalnym, może więc zaradzi sytuacji równie nonsensownej.
Na szczęście sprawy w Dżafnie potoczyły się pomyślnie. Wszyscy marynarze ubrani w nowe, czyste koszule wyszli na ląd i ku zdziwieniu kapitana bez wyjątku powrócili na statek. Po raz pierwszy nie musiał zaciągać tu nowej załogi. Wydatek na materiał i maszynę do szycia opłacił się wielokrotnie! Przedstawiciel armatora potwierdził, że region wokół wyspy Penang, George Town i część lądu są w rękach brytyjskich. Kapitan postanowił zmienić kurs i zdecydował się wybrać krótszą drogę. Ucieszony zarządził galową kolację. Polecił Jeromowi przekazanie pasażerom zaproszeń bez wyjawiania dalszych wiadomości.
Madeleine i państwo Amiguet siedzieli w salonie, w napięciu oczekując kapitana. Dla zabicia czasu przyglądali się z udawanym zainteresowaniem obrazom, które widzieli każdego dnia przy posiłkach – alegoriom ciepłego południowego i zimnego północnego morza.
− Dlaczego państwo jesteście tacy spięci? – przywitał ich kapitan pozornie zdziwiony ich nastrojem pełnym wyczekiwania. − Jerome, podaj gin. Gdzie jest Howard? Ach, Joseph, dobrze, że jesteś. Mam kilka informacji
− Proszę, niech pan mówi, kapitanie − przerwała niecierpliwie pani Amiguet.
− Mam potwierdzone informacje, że George Town i Półwysep Malajski są pod brytyjską administracją. To oznacza, że mogę zmienić kurs i wybrać krótszą drogę do celu. Najdalej za dwa tygodnie powinniśmy dotrzeć na miejsce. Z tej okazji zarządziłem kolację galową z wybornym francuskim winem.
− To naprawdę dobre wiadomości – stwierdził pan Amiguet i dyskretnie otarł spocone czoło.
Jerome, z wprawą kelnera w eleganckim hotelu, podał potrawy i nalał wina.
− Chciałbym wznieść toast… – kapitan podniósł kieliszek − za pomyślność mademoiselle Madeleine Gaudet! – dokończył.
− Dziękuję, panie kapitanie. Czym sobie na to zasłużyłam? − Madeleine spojrzała na niego szeroko otwartymi oczami.
− Niech pani na nas popatrzy, wszyscy mamy na sobie pani koszule. Pan Amiguet, Joseph, Jerome, ja również, nie mówiąc już o reszcie załogi. Stroje pań też pewnie wyszły spod pani ręki – rozpoczął niskim głosem.
− Tak, tak…– przytaknęła szybko pani Amiguet.
− Madeleine, dzięki koszulom moja załoga po raz pierwszy wróciła w komplecie z postoju w Dżafnie. Nie muszę szukać nowych ludzi. Zaoszczędziliśmy w ten sposób sporo czasu i pieniędzy. Chciałbym pani serdecznie podziękować. Wznoszę toast za pomyślność mademoiselle Madeleine! – zakończył niemal nabożnie.
− Jeszcze raz dziękuję, panie kapitanie… − odpowiedziała i spuściła głowę na znak, że nie ma nic więcej do dodania.
− Madeleine, musisz zripostować toast – podszepnęła pani Amiguet.
Dziewczyna podniosła się powoli z krzesła, szukając gorączkowo w myślach jakichś zdawkowych formułek pasujących do sytuacji.
− Nie bardzo wiem, co mam powiedzieć – zaczęła niepewnie. − Jestem poruszona tym, że moim krawiectwem przyczyniłam się do tej pomyślnej sytuacji. Jest mi trochę niezręcznie, bo moim motywem do pracy była chęć uzupełnienia garderoby na pobyt w Azji – uśmiechnęła się rozbrajająco.
− To chwała Bogu, że brakowało pani letniej bluzki – kapitan uderzył z zadowoleniem pięścią w stół.
− Gdyby nie pomoc pana Amigueta w poszukiwaniu maszyny do szycia, nie uszyłabym ani rękawa – dorzuciła cicho dziewczyna.
− Madeleine, nie musisz być przesadnie skromna – wtrąciła pani Amiguet.
− Bez pani pomocy, madame Amiguet… – popatrzyła na nią z wdzięcznością.
− À propos maszyny do szycia – przerwał jej kapitan – chcę ją pani podarować. To był cud, że miałem taką pasażerkę jak pani.
− Panie kapitanie, nie wiem, czy wypada mi ją przyjąć – odparła zawstydzona jego szczodrością.
− Proszę mi nie odmawiać – poprosił ją niemal błagalnie. − Bez kogoś, kto potrafi tę maszynę pobudzić do życia, jest to bezużyteczny przedmiot, a pani na pewno pomoże. W Azji kobieta z maszyną do szycia to skarb.
Trudne do pohamowania łzy płynęły Madeleine po policzkach. Wstała od stołu i podeszła do kapitana, żeby mu podziękować.
− Dziękuję. − Uścisnęła jego rękę.
− To ja ci dziękuję, dziecko – wzruszony wilk morski niespodziewanie przytulił ją po ojcowsku.

Kilka dni później Count of Essex zbliżał się do celu. Madeleine, patrząc na miasto w oddali, pomyślała, że George Town od strony morza nie prezentuje się szczególnie okazale. Tropikalna egzotyka była prawie nieuchwytna – żadnych wybujałych roślin, niebo i morze były tak samo ołowiane jak w Marsylii. Jedyną różnicą było powietrze, tak gorące i wilgotne, że aż trudno było oddychać. Czy tylko upalny klimat różnił to miejsce od Europy? Rozmyślała nad tym, co ją czeka w Azji, jak sobie poradzi, jakich spotka ludzi. Czy wróci kiedyś do Europy? Do Francji? A może i do Polski? Obawiała się przyszłości. Równocześnie przemknęło jej przez myśl, że może odmienność Azji to szansa na odmianę również dla niej? Jednego była pewna: otwierał się przed nią nowy rozdział życia.
Co w następnym odcinku: Gdy statek zbliżał się do George Town, Madeleine poczuła, że powietrze gęstnieje nie tylko od tropikalnej wilgoci. Wiedziała, że za chwilę wszystko się zmieni — ale nie wiedziała jeszcze, czy to miasto stanie się jej schronieniem, czy kolejną próbą.

Inne odcinki powieści i teksty Katarzyny Poznakow znajdziesz tutaj
Książka „Jedwabne nici” tutaj
E-book „Jedwabne nici” tutaj
Zarejestruj się i opisuj swoje podróże

Komentarze