Jedwabne nici, odcinek 35, „W cieniu ambasady: sekret Madeleine”
II Jedwabny świat
Rozdział 6 Ambasada
Odcinek 35, „W cieniu ambasady: sekret Madeleine”
Co w tym odcinku: Gdy ekspres przebija się przez malajską dżunglę, Madeleine nie wie jeszcze, że Bangkok stanie się miejscem, gdzie każdy sekret ma swoją cenę. W mieście kanałów, białych rezydencji i tropikalnych zapachów trafia w sam środek świata, w którym eleganccy nieznajomi pojawiają się znikąd, a ambasadorzy zadają pytania, na które nie ma dobrych odpowiedzi.
Pociąg równomiernie sunął po szynach. Pierwszy kurs ekspresu, odkąd Japończycy opuścili Singapur, nie przyciągnął zbyt wielu pasażerów. Przedziały sypialne były zajęte tylko w połowie, przyjazd do Bangkoku planowano za dwa dni. Madeleine stała w oknie i przyglądała się mijanemu pejzażowi. Usłyszała pukanie. Kelner przyniósł herbatę, postawił filiżankę i dzbanuszek na stoliku z drzewa tekowego, po czym dyskretnie usunął się z przedziału. Napełniła filiżankę i wróciła do okna. Nie mogła oderwać oczu od ogarniającej ją zieleni. Pociąg przebijał się przez malajski las tropikalny niczym cielsko żelaznego węża. Soczysta zieleń natrętnie czepiała się okien, tylko od czasu do czasu ustępując szarym pniom drzewa kauczukowego albo ciągnącym się w dali terasom pól ryżowych.
Na zalanych wodą połaciach stały zgięte w pół kobiety i plewiły ryż. Gorący, tropikalny klimat można było wytrzymać tylko dzięki wentylatorowi i podmuchom powietrza wzbudzanego przez jadący pociąg. Tylko raz w ciągu dnia morderczy upał ustępował tropikalnemu deszczowi, którego intensywność przywodziła na myśl potop. Burza nadchodziła szybko i równie prędko też znikała, a po chwili lekkiego ochłodzenia powracało duszne, wilgotne powietrze. W nocy Madeleine zostawiała okna otwarte i nasłuchiwała dżungli. Mimo stukotu kół wyraźnie dochodziło ją skrzeczenie ptaków i krzyki małp. Bujność przyrody, bogactwo jej kolorów i odgłosów była fascynująca. Strachem napawała ją myśl, co by było, gdyby pociąg stanął i musiałaby wejść w dżunglę.
Żelazo pociągu posuwającego się do przodu chroniło przed przytłaczającą obfitością natury i dawało poczucie bezpieczeństwa. Nie było moskitiery, więc smarowała się śmierdzącą maścią od Chińczyka, a twarz zakrywała gazą. Im bliżej byli Bangkoku, tym częściej wśród zieleni pojawiały się krzaki z kolorowym kwieciem. Wzgórza pokryte gęstym, niedostępnym lasem ustąpiły łagodnym pagórkom i w końcu monotonnej nizinie. Tutaj też dominowała zieleń. Mijali niewielkie osiedla ludzkie, rzekę, na której rybacy właśnie zarzucali sieci. Przez jakiś czas jechali wzdłuż jej nurtu i miała wrażenie, że całe życie toczy się tylko tam – żadnych dróg czy samochodów, tylko ta rzeka i ciżba na małych łódkach.
Pociąg dotarł do Bangkoku i powoli wtoczył się na peron. Pierwsze, co Madeleine zauważyła, to tłumy niewysokich Tajów. Poruszali się wśród Europejczyków wyraźnie wyróżniających się wzrostem i wyglądem niczym pszczoły w ulu. Zdziwiło ją, że stacja przypominała swoją architekturą dworzec w Paryżu. Po chwili odurzył ją silny zapach. Instynktownie nasunęło się jej wspomnienie Prowansji, lecz nie był to intensywny, cierpki aromat fioletowych pól południowej Francji. W nozdrza wdzierał się duszący, słodkawy odór. Zasłoniła nos. Pomyślała, że podobnie cuchnąca woń panowała na targu w Georgu Town. Kiedy ponownie spróbowała normalnie oddychać, miała wrażenie, że dochodzi ją jakiś lekko cytrusowy aromat. Rozglądała się za bagażowym, który pomógłby w transporcie walizki i maszyny do szycia. Stała bezradnie pośrodku ludzkiego ula, oczekując z irracjonalną ufnością, że ktoś się nią zajmie.
Nagle otoczyło ją kilku miejscowych, wykrzykując coś w swoim języku jeden przez drugiego. Wzruszyła ramionami, dając do zrozumienia, że nie wie, o co chodzi. Tajlandczycy też nie rozumieli jej reakcji i dalej się przekrzykiwali.
– Proponują łódkę, żeby dowieźć panią do celu – usłyszała Madeleine za sobą.
Odwróciła się. Stał przed nią dystyngowany mężczyzna w średnim wieku.
– Łódkę? Potrzebowałabym raczej powozu na mój specjalny bagaż – powiedziała, wskazując na maszynę do szycia.
– W Bangkoku łódka jest najlepszym środkiem komunikacji. Bez problemu dałoby się na nią załadować pani walizkę i maszynę do szycia.
– Jak to, nie ma tutaj samochodów i powozów? – zdziwiła się.
– Naturalnie, że są, ale należą najczęściej do białych i są wyłączone z ruchu publicznego. Poza tym system kanałów w Bangkoku jest znacznie lepiej utrzymany niż ulice. Może pani bez obawy wsiąść do łódki, dotrze nią pani bezpiecznie do celu.
– Dziękuję panu. Którego z nich mam wybrać? – wskazała na przysłuchujących się mężczyzn.
– To obojętne. Najpierw jednak musi pani wytargować cenę przejazdu – poinstruował ją i zaproponował uprzejmie. – Zrobię to dla pani.
Mężczyzna wskazał na jednego z Tajów. Pozostali od razu odeszli. Zaczęli się targować, obaj podali swoje ceny, Tajlandczyk podał wysoką, mężczyzna niską. Zauważyła, że właściciel łódki znał angielski tylko w odniesieniu do liczebników. Tajlandczyk w połowie opuścił swoją cenę i na końcu została wytargowana cena dwudziestu centów.
– Mam tylko banknoty. Dam mu jednego dolara – stwierdziła Madeleine.
– Jednego dolara! – mężczyzna wykonał gest ręką, jakby Madeleine zniweczyła jego negocjacje. – To jest pięciokrotnie więcej niż wytargowałem! To nie wchodzi w grę. W ten sposób niszczy pani rynek! – zaśmiał się.
– Co mam zrobić? – zapytała zdezorientowana.
– Zapłacę za panią te dwadzieścia centów – odpowiedział mężczyzna po chwili namysłu.
– Ale jak mam panu oddać?
– Bangkok nie jest Nowym Jorkiem – stwierdził nonszalancko. – Gdzie się pani zatrzyma?
– W ambasadzie francuskiej.
– To znakomicie. Często bywam w hotelu Oriental. Ambasada jest po sąsiedzku. Na pewno się spotkamy – zapewnił, widząc jej zatroskanie.
– Nazywam się Madeleine Gaudet, a pan?
– Jeff Scott. Do zobaczenia w Orientalu, mademoiselle Gaudet! – musnął na pożegnanie jej ramię i oddalił się pospiesznie.
Madeleine uśmiechnęła się za znikającym mężczyzną. Znowu miała to szczęście, że nieoczekiwanie pomógł jej ktoś nieznajomy. Kim był Jeff Scott? Zadbana powierzchowność tego dżentelmena pod pięćdziesiątkę zdradzała, że musiał należeć do finansowo uprzywilejowanych mieszkańców Bangkoku. Nonszalancko zatknięta wypustka w kieszonce marynarki jego letniego garnituru mówiła jej, że był to ktoś z dużym poczuciem elegancji i o wyrobionym guście.
Początkowo podróż łódką zdawała się Madeleine atrakcją turystyczną. Kanały nazywane przez miejscowych klong ciągnęły się wzdłuż dzielnic zamieszkałych przez białych i Azjatów. Domy Europejczyków były murowane, trochę oddalone od nabrzeża. Pomalowane najczęściej na biało, z licznymi kolumienkami i balustradami, w otoczeniu ogrodów. Był to styl, jakiego Madeleine nie znała z Europy, ale podobny do tego z George Town. Właściwie była to raczej mieszanka stylów. Tajlandczycy mniej obawiali się wody i budowali swoje domy w bezpośredniej bliskości kanału. Nie były to okazałe wille europejskie, tylko domostwa z desek, za to gęsto zaludnione. Ich mieszkańcy stali na pomostach i z zainteresowaniem przyglądali się przejeżdżającym łodziom. Maszyna do szycia została solidnie umocowana i Madeleine nie musiała się obawiać, że wpadnie do wody. Z początku tajlandzki sternik wykonał gwałtowny skręt w lewo i łódź wypłynęła na ogromną rzekę. Szalupa, poruszona falą jak na morzu, silnie się zakołysała. Madeleine kurczowo przytrzymała się, żeby nie wypaść z łodzi. Z przestrachem spojrzała na maszynę. Tajlandczyk gestykulował i nieustannie coś do niej mówił. Po tonie głosu domyślała się, że ją uspokaja. Płynęli szeroką rzeką. Na jednym z brzegów stało kilka budynków, które wyglądały europejsko. Drugi brzeg był niezaludniony, głównie porośnięty krzakami i niewysokimi drzewami. Dopłynęli do pomostu i Tajlandczyk się zatrzymał. Od strony rzeki widziała kilka drzew i zadbany trawnik. W tle stał biały dom z werandą, do środka można było wejść przez zacieniony ganek. Na dachu umocowana była francuska flaga.
Taj w liberii lokaja podszedł do łodzi cumującej przy pomoście. Wymienił kilka słów ze sternikiem.
– Sawasdee – przywitał ją, składając dłonie jak do modlitwy i pochylając się w ukłonie. – Przepraszam, mademoiselle, tu jest ambasada francuska. Kto pani tutaj oczekuje? – zapytał uprzejmie po francusku.
– Mam list do monsieur Charlesa de Bouvre, przyjaciela mojego ojca – podała pismo służącemu, który z ukłonem je odebrał.
– Uprzejmie proszę o chwilę cierpliwości – odrzekł i oddalił się w stronę domu, znikając we wnętrzu. Było wczesne popołudnie i nikogo nie było na zewnątrz. Madeleine z niepokojem oczekiwała odpowiedzi z białego domu i żeby uspokoić nerwy, próbowała się skoncentrować na obserwacji budowli i ogrodu. Zastanawiała się, dokąd musiałaby skierować sternika, gdyby ją stąd odprawiono. Madeleine niecierpliwie otarła pot z czoła. Nareszcie zobaczyła wracającego lokaja. Był sam, a więc odmowa przyjęcia – spekulowała. Zwykle przyjmuje się przecież gości osobiście.
Tajlandczyk ponownie skłonił się przed nią.
– Jego ekscelencja ambasador oczekuje panią w rezydencji – zakomunikował oficjalnie.
Odetchnęła z ulgą. Jak spod ziemi pojawili się dwaj służący, którzy zajęli się bagażem. Lokaj poprowadził ją do budynku. Po pokonaniu kilku schodków znalazła się w obszernym holu.
Ogarnęło ją przyjemne, chłodne powietrze. Zmęczona opadła na wskazany fotel i wpatrywała się w kręcący się pod sufitem wentylator. Tajski służący podszedł do stojącego obok stolika. Zdziwiło ją, że nie schylił się, żeby postawić szklankę lemoniady, lecz najpierw uklęknął, skłonił się przed nią i dopiero wtedy umiejscowił szklankę, po czym wstał, ponownie się skłonił i oddalił się bez słowa. Z rozkoszą upiła łyk orzeźwiającego napoju. Zastanawiała się, co znaczą te skłony. Azjaci w Malezji byli uprzejmi, lecz nie skłaniali się na każdym kroku.

– Witam, mademoiselle Madeleine Gaudet. Jestem Charles de Bouvre, ambasador Republiki Francuskiej. Jak się miewa mój wierny druh François? – Z zamyślenia wyrwał ją niski głos ambasadora.
– Ach, monsieur de Bouvre, myślę że dobrze. Jestem jednak od sześciu miesięcy w drodze i nie mam ostatnich wieści z domu – przyznała Madeleine.
– Rozumiem z listu, że rodzice zamierzają wkrótce do pani dołączyć. François chce, żebym pani zapewnił dach nad głową, dopóki sam nie pojawi się w Syjamie – upewnił się uprzejmie.
– Tak, zgadza się – odpowiedziała grzecznie. Z jego tonu wnioskowała, że tym razem nie będzie trudnych pytań o cel jej podroży, o rodzinę.
– Czy możemy przejść do mojego gabinetu? – poprowadził ją do pokoju i zamknął drzwi za sobą.
– Mademoiselle, poprosiłem panią tutaj, bo chcę z panią szczerze porozmawiać. Służba nie powinna nas słyszeć – zapowiedział, sadowiąc się w fotelu.
– Tak, słucham pana – odebrała jego oficjalną wypowiedź bez cienia niepokoju.
– Pani nie jest córką François – wyrzucił z siebie. – Proszę mi powiedzieć, jak weszła pani w posiadanie tego listu?
Madeleine osłupiała. Nie była przygotowana na takie pytania. Milczała, nie wiedząc, co powiedzieć.
– Ostatnio widziałem się z François jakieś piętnaście lat temu i wtedy nie miał córki. Pani jest starsza – stwierdził, przenikliwie wpatrując się w Madeleine.
Gorączkowo rozważała, czy powiedzieć prawdę. Wuj przestrzegał, żeby za wszelką cenę nie wyjawiała historii o swoim pochodzeniu. W George Town pułkownik Grant wziął ją początkowo za agentkę. Jakie wnioski wyciągnie teraz ambasador, jeżeli będzie się upierała, że jest córką wuja François? Kate, Maggie i Robert znali jej polską przeszłość i nie było to dla nich żadnym problemem. Zawsze uważała, że szczerość popłaca. „Do tego wojna się już skończyła i nie ma powodu do tajemnic” – pomyślała.
– Tak, mam dwadzieścia trzy lata – zaczęła zdecydowanie. – François Gaudet nie jest moim ojcem, tylko wujem… – urwała.
– Słyszę po akcencie, że nie jest pani rodowitą Francuzką – zauważył de Bouvre, chcąc ją sprowokować do dalszych wyjaśnień.
– Jeanine Gaudet, żona wuja François, jest Polką, moją ciotką – dodała, głęboko wzdychając.
Pojęła, że niestety i tym razem wyjawienie osobistych sekretów nie zostanie jej oszczędzone.
– Przyjechałam do Paryża krótko przed wybuchem wojny. Rodzice polecili mi pozostanie we Francji, żeby ją przeczekać, zginęli jednak, a wuj przewidywał, że wojna wkrótce się skończy, ale jego zdaniem ciężko będzie żyć w Europie, więc powinniśmy przenieść się do Azji – oznajmiła krótko i zgodnie z prawdą, licząc, że te fakty wystarczą ambasadorowi.
– Pani historia wydaje mi się wiarygodna – ocenił po chwili namysłu.
– Panie ambasadorze, to nie jest żadna historia, tylko szczera prawda. Czy myśli pan, że jest mi łatwo tułać się samej po świecie? Gdziekolwiek się pojawię, wszędzie to wypytywanie, kim jestem i co chcę robić. Najchętniej wróciłabym do Polski odzyskać święty spokój – odparła poirytowana jego oceną.
– Proszę się uspokoić. Widzę, że pani nie jest zorientowana, co się dzieje w Europie.
– Wiem, że wojna się skończyła…
– Z tym powrotem do Polski to nie byłby najlepszy pomysł. W Polsce władzę przejęli komuniści – przerwał jej Francuz.
– Komuniści w Polsce? – zapytała z niedowierzaniem.
– Tak. Jedna część Europy jest teraz komunistyczna i znajduje się w orbicie wpływów Związku Radzieckiego, druga jest kapitalistyczna i związana politycznie z Amerykanami. Francja należy do tej ostatniej. Poza tym Tajlandia też jest kapitalistyczna, jakiekolwiek ruchy komunistyczne nie są tutaj akceptowane. Komuniści idą po prostu do więzienia. Czy rozumie pani złozoność swojej sytuacji?
– Nie jestem komunistką – Madeleine nie rozumiała, o co mu chodzi.
– Ma pani francuski kapitalistyczny paszport i pochodzi pani z komunistycznej Polski – wyłożył ambasador.
– Nie pochodzę z komunistycznej Polski. Kiedy opuściłam kraj, nie było tam komunistów – broniła się.
– Czy sądzi pani, że kogokolwiek to obejdzie? W tej chwili liczy się to, że Polska jest rządzona przez komunistów – zawyrokował stanowczo.
– Właśnie, powiedział pan, że Polska jest rządzona przez komunistów; to nie znaczy, że wszyscy są komunistami – nie dawała za wygraną.
– Mademoiselle, niech mi pani wierzy, taka dyskusja nie ma sensu. Staram się pani pokazać, jak przeciętny mieszkaniec Bangkoku odbierze tego typu informację – westchnął umęczony koniecznością prowadzenia rozmowy na ten temat i upił łyk koniaku.
– No więc jak ją odbiera? – zapytała naiwnie.
– Pani francuski paszport i polskie pochodzenie są w obecnej sytuacji podejrzane – z impetem odstawił kieliszek aż złocista ciecz zakołysała się niebezpiecznie.
– Ale przecież nikt o tym nie wie – zagadnęła nieśmiało, obserwując chyboczący się w kieliszku alkohol.
– Do tego zmierzam – uderzył rękę o blat biurka zadowolony, że Madeleine nareszcie go zrozumiała. – Jeżeli mój przyjaciel François prosi mnie o przysługę, to nie mogę odmówić, ale żeby uniknąć kłopotów, proszę panią, żeby się pani przedstawiała jako Francuzka i nic nie wspominała o swojej polskiej przeszłości.
– Sam pan powiedział, że Francuzi rozpoznają, że nie jestem Francuzką – Madeleine miała wątpliwości.
– Niech się pani tym nie martwi. Tutaj jest taka mieszanka ludzi z różnymi akcentami i tak często używa się angielskiego, że czystość akcentu we francuskim staje się sprawą drugorzędną – uspokoił ją.
– Dobrze. Zastosuję się do pańskiej rady – zaczęła powoli wierzyć, że ambasador naprawdę chce jej pomóc.
– Ambasada jest połączona z rezydencją. Mieszkam tutaj z żoną i córką. Dostanie pani pokój i będzie pani usługiwał tajlandzki służący. Będzie pani z nami jadać. O godzinach posiłków poinformuje personel – zakomunikował oficjalnym tonem i podniósł się nagle z krzesła, widocznie uznawszy rozmowę za skończoną.
– Dziękuję. Czy jestem panu coś winna? – chciała wiedzieć.
– Co ma pani na myśli? – de Bouvre popatrzył na nią zdziwiony, nie rozumiejąc jej pytania.
– Czy mam płacić za pokój? – zapytała nie mniej zaskoczona jego reakcją.
– Nie – odrzekł i dodał z przekonaniem: – To jest przysługa dla François.
De Bouvre nie znał kobiet, które byłyby gotowe finansowo wynagrodzić jego wielkoduszność. Był wychowywany w przekonaniu, że kobiety to słabe istoty, które trzeba wspierać, niczego w zamian nie oczekując. Madeleine była inna.
– Nie mogę jednak pani na długo zatrzymać w ambasadzie. Jeżeli przyjazd François będzie się przedłużał, to będzie pani musiała rozejrzeć się za pracą – odpowiedział twardo, żeby Madeleine nie uznała tej wspaniałomyślności za jego obowiązek.
– Rozumiem – przytaknęła, uznając postawione warunki za normalne.
– Mam nadzieję, że do takiej sytuacji nie dojdzie – dorzucił polubownie de Bouvre zaskoczony swoimi szorstkimi słowami.
– Panie ambasadorze, to nie jest dla mnie żaden problem podjąć pracę – zapewniła, nie będąc świadomą jego rozterek.
– To dobrze. Liczę na rychłe spotkanie z François – zakończył pospiesznie i opuścił gabinet, zostawiając niedopity koniak na biurku.
Co w następnym odcinku: Madeleine stoi w gabinecie ambasadora, wciąż słysząc w uszach jego słowa: „Pani francuski paszport i polskie pochodzenie są w obecnej sytuacji podejrzane.” Wie, że od tej chwili każdy krok w Bangkoku będzie wymagał ostrożności.

Inne odcinki powieści i teksty Katarzyny Poznakow znajdziesz tutaj
Książka „Jedwabne nici” tutaj
E-book „Jedwabne nici” tutaj

Komentarze