Jedwabne nici, odcinek 36, „W tańcu nowych czasów”
II Jedwabny świat,
Rozdział 6 Ambasada,
Co w tym odcinku: Bangkok, tuż po wojnie. Miasto aniołów pulsuje nową energią, której nie zatrzyma ani upał, ani kolonialne konwenanse. Madeleine, jeszcze wczoraj zagubiona w obcym świecie, dziś wkracza w przestrzeń, gdzie muzyka Glena Millera miesza się z szeptami dyplomatów, a hotel Oriental staje się sercem odradzającego się życia. W blasku pochodni, w rytmie tańca, w spojrzeniach Amerykanów i w milczącej godności młodego Taja – zaczyna odkrywać, że Syjam nie jest tylko przystankiem. To miejsce, które ją zmienia.
Wieczorem Madeleine poznała żonę ambasadora, Clotilde, i ich córkę, Anne-Marie. Po obowiązkowym rytuale przedstawienia się zasiedli do kolacji. Rozmowa potoczyła się na temat pobytu w George Town, podróży ekspresem, pierwszych wrażeń z Syjamu. Madeleine była uszczęśliwiona, że nie padły niewygodne pytania na temat życia we Francji. Widocznie ambasador z góry określił kierunek konwersacji. Clotilde de Bouvre, prawdziwa francuska dama o szczupłej figurze i wypielęgnowanych dłoniach, sprawiała wrażenie osoby wyniosłej, za to Anne-Marie od razu wydała się jej sympatyczna. Madeleine z ubawieniem obserwowała, jak matka ciągle strofowała córkę, a to za przygarbioną pozycję przy jedzeniu zupy, a to za zbyt poufały ton w rozmowie z podającym do stołu służącym, czy w końcu za niegustowną bluzkę. Madeleine podobało się, że Anne-Marie bez cienia irytacji reagowała na uwagi matki. Przyłapała się na tym, że słysząc uwagi nie do niej skierowane, odruchowo korygowała swoją pozycję przy stole, a potrawy nabierała z większym dystansem do służącego, który je serwował. Własna bluzka, którą uszyła sobie na statku, nagle wydała się mało elegancka i nieadekwatna do okazji.
Po kolacji ambasador z żoną opuścili jadalnię i Madeleine z Anne-Marie zostały same. Zdecydowały się wyjść na werandę, żeby odetchnąć świeżym powietrzem. Było już ciemno, a na dodatek gęste tropikalne rośliny otaczające posesję odcinały dostęp światłu z zewnątrz, za to ogród był oświetlony pochodniami. Usiadły w wiklinowych fotelach niedaleko nabrzeża, w milczeniu obserwując blask ognia odbijający się w rzece. Służący bezszelestnie pojawił się z lemoniadą.
– Wieczorem jest znacznie przyjemniej – zaczęła Madeleine, przyglądając się falom.
– Tak, w ciągu dnia upał jest nie do zniesienia. Rytm dnia polega na tym, że śpisz do południa. Popołudniu przygotowujesz się na wieczór, jesz kolację i wtedy zaczyna się życie – wyjaśniła Anne-Marie.
– Podobnie jak w George Town, z tą różnicą, że musiałam rano wstawać, żeby pomóc komendantowi. W ten sposób zarabiałam na pokój i wyżywienie w hotelu – przyznała, uśmiechając się na wspomnienie swoich malajskich historii.
– Tutaj nic nie musisz robić. Mój ojciec zadba o to, żeby nam się dobrze żyło – Anne-Marie wychyliła duszkiem lemoniadę.
– Ale co tu się robi wieczorem? Twoi rodzice zniknęli w swoich pokojach – na pierwszy rzut oka dla Madeleine ten tryb życia ział straszną nudą.
– Ojciec wkrótce pójdzie grać w karty do jednej z ambasad. Matka spotka się pewnie z jakąś przyjaciółką – wzruszyła ramionami Anne-Marie.
– A ty? – zapytała, widząc, że na twarzy Francuzki też zagościło znudzenie.
– Pójdę do hotelu Oriental. Idziesz ze mną? – ożywiła się nagle Anne-Marie.
– Tak, chętnie. To się dobrze składa. Dzisiaj na dworcu mężczyzna, który przedstawił się jako Jeff Scott, pomógł mi przy targowaniu się z właścicielem łodzi, która przywiozła mnie do ambasady. Nie miałam drobnych, jestem mu dłużna dwadzieścia centów. Powiedział mi, że bywa w hotelu Oriental – odpowiedziała wyraźnie zadowolona.
– Jeff Scott! – gwizdnęła z uznaniem Anne-Marie. – Gratuluję! Od razu poznałaś właściwą osobę. Od czasu, gdy Japończycy opuścili Bangkok, jest tu kilku interesujących Amerykanów. Myślę, że Jeff Scott im przewodzi. Przychodzą do Orientalu, przynoszą aktualne płyty. Można nawet potańczyć, mimo że ta stara Angielka, dyrektorka hotelu, ciągle psioczy – paplała dalej z przejęciem.
– Znakomicie. Gdzie jest ten hotel? – Madeleine też udzielił się nastrój Anne-Marie.
– Pięć minut stąd. Następna posesja. Madeleine, mam prośbę – przerwała tajemniczo. – Widziałaś, jaka jest moja matka. Chce mnie uformować na obraz i podobieństwo idealnej kandydatki na bogate zamążpójście. Nie powinnyśmy jej dokładnie opowiadać o Orientalu. Wiesz, o Amerykanach, o tańcach – dokończyła, oczekując potwierdzenia Madeleine.
– Jasne, nie ma sprawy – odparła z miejsca. – Nie boisz się jednak, że ona i tak się czegoś dowie? To przecież tak blisko – zaniepokoiła się Madeleine.
– Jako żonie ambasadora nie wypada jej się tam pokazać, jeżeli nie ma oficjalnego przyjęcia. To nas ratuje – oznajmiła Francuzka wyraźnie rozluźniona.
Wymknęły się z ambasady. Przeszły w ciemności jakieś dwieście metrów i dotarły do Orientala. Madeleine zobaczyła niewysoki budynek, który od strony ulicy wyglądał raczej na prywatną rezydencję. W porównaniu z hotelem w George Town robił skromne wrażenie. Słabo oświetlone arkady ukazywały wnętrze ze sporą liczbą osób przy stolikach. Towarzystwo wydało się Madeleine podobne do tego z hotelu Eastern & Oriental – młodzi ludzie popijający whisky w napiętym oczekiwaniu na zmiany. Obcy mężczyzna pomachał w ich stronę.
– To Jim Wilson. Jeden z Amerykanów, o których ci mówiłam – rzuciła szybko Anne-Marie.
Podeszły do stolika.
– Nie widzę Jeffa Scotta – zaczęła Anne-Marie.
– Czy my ci nie wystarczamy? – zagadnął drugi, przedstawiając się jako Alex.
– Mnie wystarczacie, ale moja przyjaciółka poszukuje Jeffa – zaśmiała się kokieteryjnie Francuzka.
– Ho, ho, co to za historia, że francuska mademoiselle poszukuje Jeffa?
– Czy coś przeskrobał? – dowiadywał się Jim.
Madeleine znowu opowiedziała zdarzenie na dworcu kolejowym i o dwudziestu centach.
– Jeff wie, jak postępować z kobietami, tak żeby go potem szukały – skomentował ze śmiechem trzeci z Amerykanów, William.
– Alex, masz ze sobą gramofon i płyty? – zapytała Anne-Marie.
– Jasne – wskazał na pudło ustawione w rogu.
– To powiedz kelnerowi, żeby go nastawił – ciągnęła.
– Na pewno nie unikniemy zrzędzenia Angielki, że znowu hałasujemy tą dziką muzyką i przeszkadzamy innym gościom – skonstatował Jim.
– Nic mnie nie obchodzi ględzenie pani dyrektorki – prychnęła Anne-Marie. – Jak patrzę na tych ludzi, to mam wrażenie, że wszyscy czekają aż zagra muzyka – dodała z przekonaniem.
Kelner nastawił gramofon, zabrzmiały melodie Glena Millera i goście poderwali się na parkiet. Anne-Marie z Aleksem ruszyli do tańca, Jim poprosił Madeleine. Była onieśmielona jego propozycją. Nie znała tej muzyki, nie wiedziała, jak tańczyć. Jim wyczuł jej niepewność i przełamał jej opór krótkim: „Wszystko ci pokażę”. Po kilku wskazówkach zaczęła się swobodnie poruszać. Obserwowała tańczących i ich dynamiczne ruchy. Tryskała z tych ludzi niezwykła, jakby nagromadzona przez lata wojny energia, która tutaj, na parkiecie, znajdowała swoje ujście, zarażając ją poczuciem pełni życia. Zadziwiające, że nie miała w sobie tego uczucia w George Town. Tam wszystko było smętne. Tutaj wypełniał ją nieokreślony optymizm. Dojrzała Jeffa Scotta, który rozmawiał ze starszą damą, pewnie angielską dyrektorką hotelu.
– Jeszcze dzisiaj rano byłem przekonany, że jest pani nieszczęśliwa z powodu przyjazdu do Bangkoku, a teraz widzę młodą damę szczęśliwie wirującą na parkiecie – powitał Madeleine Jeff Scott przy stoliku.
– Tak, ma pan rację, coś w tym jest – uśmiechnęła się do niego.
– Jestem przekonany, że to zasługa tego miejsca. Tubylcy nazywają Bangkok Krungthep, „miastem aniołów”. Jakiś anioł z pewnością panią zaczarował – Scott również odpowiedział jej uśmiechem.
Muzyka przestała grać. Anne-Marie i Alex wrócili do stolika.
– Jeff, widziałem, że miss Robinson rozmawiała z tobą – zagadnął Alex. – Pewnie się znowu żaliła z powodu gramofonu.
– Tak, ciągle to samo. Wiesz, myślę, że trzeba ją zrozumieć. Włożyła tyle pracy, żeby hotel utrzymał swój poziom, przeżyła wojnę i Japończyków stacjonujących w Orientalu. Teraz są tu młodzi ludzie nie wiadomo skąd, którzy kompletnie nie odpowiadają jej wyobrażeniu o gościach nobliwego Orientalu. To jest ponad jej siły. Miss Robinson nie dostrzega, że nadchodzą nowe czasy. Ludzie chcą znowu żyć. Słyszałem też, że jej mąż jest ciężko chory. Sądzę, że w końcu zostawi hotel i wróci do Anglii. – podsumował z wyrozumiałością.
– Jeff, ty powinieneś przejąć Oriental – zawołał Alex z entuzjazmem.
– To nie takie proste. Widzisz, jak to wszystko wygląda. Potrzebne są duże inwestycje.
Ktoś znowu nastawił gramofon. Alex poprosił Madeleine do tańca.
– Rozmawiacie z takim nabożeństwem o tym hotelu… – zagadnęła go.
– Ten hotel jest legendą – wypowiedział dumnie, jakby sam był jego właścicielem.
– Czy to pierwszy hotel w Azji?
– Nie, ale jeden z pierwszych.
– To na czym polega jego sława? – dociekała Madeleine.
– Na standardzie, jaki reprezentował przed wojną. Luksus, wyszukana elegancja. To potwierdza lista gości. Znani angielscy pisarze jak Somerset Maugham, Joseph Conrad… – poinformował ją ze znawstwem.
– Conrad to polski pisarz. – skorygowała go.
– Myślę, że coś mylisz, był Anglikiem.
– Ale pochodził z Polski – nalegała.
– Możliwe – uciął, nie chcąc teraz na ten temat dyskutować.
– Oriental wymaga renowacji… – rozejrzała się znacząco.
– Ten, kto przejmie ten hotel, zrobi znakomity interes i przejdzie do historii.
– Przesadzasz… – zauważyła sceptycznie.
– Mogę się z tobą założyć, że wkrótce Oriental będzie sercem Bangkoku.
Okna pokoju Madeleine wychodziły na ogród. Była to zachodnia strona i rano przez szpary w żaluzjach wdzierało się dyskretne światło dnia, bez jaskrawych promieni słońca. Odruchowo spojrzała najpierw na siatkę przeciwko komarom, a następnie badawczo obejrzała swoje ciało. Żadnych dramatycznych śladów po ukąszeniu komarów, zaledwie dwie, trzy czerwone plamki. Zerknęła na zegarek. Było wpół do jedenastej. Przez chwilę przysłuchiwała się odgłosom w domu. Nic. Cisza. Wyglądało na to, że rozkład dnia faktycznie wyglądał tak, jak opowiadała Anne-Marie. Znalazła papier listowy i zabrała się do pisania listu do ciotki. Tyle razy układała sobie treść w myślach, ale teraz, siedząc nad kartką, miała pustkę w głowie. Zaczęła od opisu przyjazdu do Bangkoku, opowiedziała też o uszytych na statku koszulach, o maszynie kupionej od Żyda Mandelmanna w Port Saidzie, o George Town i o podejrzeniu pułkownika Granta, że jest aliancką agentką, a także o tym, że na statku nauczyła się trochę angielskiego i teraz może się porozumiewać z Amerykanami. Wspomniała jedwabne nici. Ot, niby od niechcenia. Stwierdziła tylko lakonicznie, że nadal ma rolkę, którą ciotka jej zapakowała, że nie poddała się pokusie zużycia jej na uszycie na statku bluzek. Wspomniała o tym, oczekując, że ciotka skomentuje ten wątek, potwierdzając tym samym, że łączą je jedwabne nici. Zastygła w zastanowieniu. Dlaczego właściwie tak jej na tym zależy? Przecież już kilka razy słyszała od ciotki, że to magiczne myślenie, pewnie i tym razem nie powie nic innego. A może jednak? Zamknęła wątek nici i chciała już zakończyć list, kiedy przyłapała się na tym, że nie zadała najważniejszego pytania, z którym nosiła się od momentu, kiedy wsiadła na statek w Marsylii. Wyczuła trudność, jaką wciąż jej to sprawiało. Czy nadal obawiała się odpowiedzi? Czy to, co zostało napisane w liście do ambasadora, ma realną szansę na spełnienie? Czy ona i wuj faktycznie do niej dołączą? Tak, chciała wiedzieć, dlaczego ciotka nie weszła z nią na statek. Z trudem sformułowała prośbę o wyjaśnienie sytuacji. Pukanie do drzwi przerwało rozważania. Odłożyła pióro.

– Sawasdee, mademoiselle. Śniadanie jest gotowe w jadalni – poinformował służący, składając na powitanie dłonie jak do modlitwy.
– Dziękuję, Yang.
– Czy mam coś przekazać mademoiselle Anne-Marie? – młody Taj poczuł się niepewnie, widząc, że Madeleine intensywnie mu się przygląda.
– Hm… nie wiem… – rzuciła, zajęta własnymi myślami.
– Czy powinna na panią zaczekać w jadalni? – zapytał, ciągle wpatrując się w podłogę. Czuł się zakłopotany tym, że musi jej podpowiadać.
– Ach, tak, oczywiście. Będę za jakieś dwadzieścia minut na śniadaniu – rzuciła pospiesznie.
Madeleine przyłapała się na tym, że od kiedy Yang pojawił się w pokoju, nie mogła od niego oderwać oczu. Jego tradycyjny tajski strój podkreślał szczupłą sylwetkę, a jego twarz o oliwkowej skórze i lekko skośnych oczach wyrażały spokój i jakby nieobecność duchem. Wróciła myślą do swoich wrażeń odnośnie do Chińczyków z Malezji. Czong Lu miał bardziej owalną twarz, a jego oczy były bardziej schowane pod skośnymi powiekami. Oczy Yanga wyglądały inaczej, niby też skośne, ale można było się w nich przejrzeć, uchwycić kontakt. Madeleine przypomniała sobie, że trudno było w rozmowie popatrzeć w skośne oczy Czong Lu. A może tylko jej się tak wydawało? Yang poruszył się zaniepokojony przedłużającym się milczeniem Madeleine. Czekał na pozwolenie oddalenia się, lecz ona wcale tego nie zauważyła i nadal studiowała jego osobę. Teraz zauważyła, że był podobny do figurki Buddy stojącej w holu ambasady. Pociągła twarz, szczupły korpus, smukłe ramiona i długie nogi. Oceniła, że mógł być najwyżej w jej wieku.
– Czy mademoiselle jeszcze sobie czegoś życzy? – ukląkł przed nią, żeby postawić to pytanie.
– Yang, dlaczego klękasz, żeby ze mną rozmawiać? – zapytała, patrząc mu prosto w oczy.
Yang natychmiast spuścił głowę, wbijając wzrok w podłogę.
– Mademoiselle nie powinna mnie o to pytać – stwierdził cicho, nie podnosząc głowy.
– Dlaczego? – dotknęła go, wskazując, żeby się podniósł z kolan. Taj odsunął się szybko, lecz nadal pozostał na klęczkach.
– Rozumiem, że mademoiselle jest w Bangkoku niedługo i dlatego jeszcze nas nie rozumie – powiedział, lekko się uśmiechając. – My, Tajowie – pociągnął bez dalszej zachęty – jesteśmy wychowani w duchu, że powinniśmy okazywać szacunek drugiemu człowiekowi, zwłaszcza kiedy stoi on wyżej w hierarchii społecznej. To byłby wyraz braku szacunku, gdybym rozmawiając z mademoiselle, patrzył na panią z góry, kiedy pani siedzi. Dlatego klękam, jestem wtedy przynajmniej na tym samym poziomie. Właściwie to musiałbym patrzeć na panią, wznosząc wzrok do góry, lecz przy moim wzroście nie bardzo mi to wychodzi – zakończył z uśmiechem i skłonił się przed nią.
– Yang, wierzę, że masz szacunek do mnie. Nie musisz go okazywać, padając na kolana przede mną – stwierdziła rezolutnie i znowu spróbowała go podnieść.
Taj prawie odskoczył, ciągle pozostając na klęczkach. Wystawił przed siebie otwartą dłoń, sygnalizując jej, że nie pozwala na jakikolwiek ruch w swoim kierunku.
– Mademoiselle, proszę, żeby pani też respektowała moje przekonania i nie chciała mnie zmieniać. Nie czuję się gorszy, okazuję tylko swój szacunek – wyjaśnił z powagą w tonie.
Madeleine nie wiedziała, jak zareagować. Okazywanie szacunku na klęczkach wydało się jej feudalną metodą, lecz po doświadczeniach w Malezji nie miała odwagi tego komentować.
– Yang, myślę, że dla mnie mógłbyś zrobić wyjątek. Biorę poprawkę na twoje długie nogi – próbowała rozbroić go żartem.
Taj nie był gotowy jej zrozumieć. Ponownie wysunął dłoń przed siebie jak tarczę.
– Nie, mademoiselle. Nie mogę tego zrobić – stwierdził z grobową powagą. – To nie byłoby dobre dla Syjamu.
Nagle zerwał się z kolan, szybko przed nią skłonił i natychmiast opuścił pokój.
Co w następnym odcinku: Madeleine została sama w pokoju, w którym jeszcze przed chwilą klęczał przed nią Yang – dumny, spokojny, nieprzenikniony. „To nie byłoby dobre dla Syjamu” – jego słowa wciąż brzmiały jej w uszach. W jednej chwili zrozumiała, że Bangkok to nie tylko muzyka, Amerykanie i obietnice nowych czasów. To także świat zasad, których nie zna, i ludzi, których nie potrafi jeszcze odczytać.

Inne odcinki powieści i teksty Katarzyny Poznakow znajdziesz tutaj
Książka „Jedwabne nici” tutaj
E-book „Jedwabne nici” tutaj
Zarejestruj się i opisuj swoje podróże

Komentarze