Jedwabne nici, odcinek 39, Wszystkie drogi prowadzą do Orientalu
II Jedwabny świat,
Rozdział 6 Ambasada,
Co w tym odcinku: W rozpalonym Bangkoku, gdzie rzeka Menam płynie wolniej, jakby zmęczona upałem, Madeleine staje na krawędzi dwóch światów. Jeden to ambasada – chłodny, pełen zasad i uprzedzeń. Drugi to Oriental, pulsujący obietnicą nowego życia, ale też cieniem intryg. Spotkanie z Micheline Scholl otwiera drzwi, których nie da się już zamknąć. W powietrzu unosi się zapach jedwabiu, szampana i niebezpiecznych ambicji. A każda decyzja ma swoją cenę.
Wstała wcześniej, żeby wczesnym przedpołudniem udać się do biura Micheline Scholl. Po porannej toalecie wyszła na krótko do ogrodu sprawdzić, czy upał już doskwiera o tej porze. Stała na nabrzeżu, blisko pomostu, wpatrując się w nurt rzeki. Menam niósł leniwie swoje wody, jak gdyby gorąco dokuczało także i jemu. Madeleine zastanawiała się, o czym też chce rozmawiać z nią Scholl. Wciąż pamiętała, że obok Dominika także i Micheline należała do ludzi, których więcej nie życzyła sobie w życiu spotkać. Dlaczego się zgodziła? Może z ciekawości, jednak nie potrafiła sobie jasno na to odpowiedzieć. Powolnym krokiem wróciła do rezydencji i poszła prosto do jadalni, gdzie zastała ambasadora przy śniadaniu. Siedział jak zwykle nad kawałkiem sera brie i bagietką. Przed nim stał upity kieliszek szampana. De Bouvre twierdził, że poranny szampan dobrze mu robi, bo pobudza soki trawienne.
– Co mademoiselle tak wcześnie zerwało z łóżka? – zapytał, nie odrywając wzroku od sera.
– Jestem umówiona z madame Scholl w Orientalu. – Usiadła przy stole naprzeciwko niego.
– Ach, więc to prawda, że pani ją zna z Francji – stwierdził, nie patrząc na nią. Ciągle był pochłonięty spożywaniem śniadania.
– Tak… Skąd pan o tym wie? – wpatrywała się w niego zdziwiona.
– Moja droga, odległość między Orientalem i ambasadą jest naprawdę niewielka. Proszę mi powiedzieć, kto to jest – de Bouvre oderwał nareszcie spojrzenie od jedzenia i skoncentrował się na Madeleine.
– Micheline Scholl znam jako artystkę fotograficzkę i dziennikarkę.
– Artystkę fotograficzkę i dziennikarkę? Czy ona prowadziła jakiś interes? – ambasador popatrzył na nią z niedowierzaniem.
– Nie wiem, nie znam jej od tej strony.
– Gdzie mademoiselle ją poznała? – zapytał badawczo.
– W Paryżu, w teatrze Populaire. Robiła tam scenografię do sztuki. Potem spotkałyśmy się w Prowansji. W Aix madame Scholl pracowała jako dziennikarka – odpowiedziała szczerze.
– Skąd ona się tutaj wzięła? – nadal dociekał ambasador.
– Nie wiem. Ostatnio widziałam ją w Prowansji jakieś trzy albo cztery lata temu, krótko przed jej wyjazdem na Martynikę – Madeleine poczuła się nagle jak na przesłuchaniu.
– Czy zna mademoiselle jej rodzinę we Francji? – dalej indagował.
Zamarła. Wiedziała, że Micheline Scholl nie ma żadnej rodziny we Francji, bo jest z urodzenia Niemką. Pomyślała, że skoro temat Polski jest niemile widziany, to temat Niemiec tym bardziej.
– Nie, nie znam jej rodziny – odrzekła krótko, licząc na to, że zakończy temat.
– Interesujące. I ktoś taki zamierza wyprowadzić Oriental na szerokie wody? – rozważał dalej sceptycznie de Bouvre.
– Słyszałam, że przejęła Oriental razem z Jeffem Scottem – Madeleine próbowała znowu skierować rozmowę na inne tory.
– No właśnie. Ten Amerykanin to też jakaś podejrzana postać. Pojawił się w Bangkoku tak nagle. Nie wiadomo, co robi, a mimo to ma pieniądze – przyczepił się de Bouvre.
– Mówi się, że zajmuje się sprzedażą jedwabiu do Europy i handluje winem.
– Ależ, mademoiselle, tutaj wszyscy biali utrzymują, że handlują jedwabiem albo winem.
– Mówię to, co słyszałam – powoli Madeleine brakowało argumentów w tej rozmowie.
– Czego ta madame Scholl chce od pani? – zapytał wprost.
– Nie wiem. Powiedziała, że chce ze mną porozmawiać. Być może ma dla mnie jakieś wiadomości z Francji – czuła się coraz bardziej osaczona jego pytaniami.
Nagle de Bouvre oznajmił bez odrobiny dyplomacji:
– Jeżeli ona zaproponuje mademoiselle pracę w Orientalu, to musi się pani wyprowadzić z ambasady.
Zagryzła usta i wstrzymała oddech, żeby powstrzymać łzy.
– Dlaczego jest pan taki brutalny? – wydusiła z siebie.
– Brutalny? – jego twarz była wykrzywiona w cynicznym grymasie.
– Tak. Teraz rozumiem, dlaczego mógł pan się przyjaźnić z wujem François. On też jest brutalny w podobny sposób. Niby pomaga komuś, ale wymaga niewolniczego oddania.
– O czym mademoiselle mówi? Udzieliłem przecież pani schronienia.
– Jeżeli podjęłabym jakąś pracę, to mogłabym panu nawet płacić za pokój – ponownie podjęła próbę szczerej rozmowy.
– Nie, mademoiselle, pani nie rozumie sytuacji. Ambasada to nie hotel. Poza tym białe kobiety z dobrego towarzystwa nie pracują.
Tego było za dużo, stanowczo nadwyrężył jej cierpliwość.
– Tylko nudzą się cały dzień albo wydają bezsensownie pieniądze na dziesiątki sukienek, tak jak pańska żona – odparowała.
Ta uwaga go dotknęła. Zauważyła, jak kawałek bagietki uwiązł mu w gardle. Poczerwieniał. Przez chwilę panowała kłopotliwa cisza.
– Proszę natychmiast stąd wyjść – wykrztusił w końcu z siebie.
Rzuciła serwetkę na stół, zostawiając niedokończone śniadanie, i wyszła bez słowa.

W Orientalu podeszła do recepcji i zapytała o madame Micheline Scholl. Recepcjonistka wskazała jej fotel w holu i poprosiła o chwilę cierpliwości. Madeleine z rozbawieniem skonstatowała, że po raz pierwszy widzi hotel w biały dzień, a nie w wieczornym świetle. Obserwowała nielicznych gości zdążających o tej porze na śniadanie. Była to różnobarwna publiczność. Jedni byli o tej porze wysztafirowani jakby wybierali się na bal, inni znowu ubrani tak skromnie, jakby dopiero co opuścili wojenny lazaret. Z podpatrywania życia hotelowego wyrwał ją przystojny Taj, który zaprowadził ją do biura Scholl.
– Mizernie wyglądasz – przywitała ją Micheline. – Czy coś się stało?
– Nie, właściwie nic. Mała wymiana zdań z ambasadorem, na koniec wyrzucił mnie z jadalni – Madeleine pozorowała spokój.
– Nie chciałam wczoraj wypytywać. Jesteś tu sama?
– Tak. Wuj François mówił, że po wojnie będzie w Europie trudno – poinformowała ją, nie okazując żadnej emocji. – Ambasador jest jego przyjacielem, stąd wziął się pomysł wyjazdu do Syjamu. Ciotka Jeanine i ja miałyśmy wyruszyć pierwsze, wuj miał do nas dołączyć. W porcie przed wejściem na statek ciotka poinformowała mnie, że mam wyruszyć sama. Coś mi w tym wszystkim nie pasuje. Napisałam list z prośbą o wyjaśnienie.
– Mówiłaś wczoraj o rodzicach.
– To było kłamstwo z konieczności. Moi rodzice nie żyją, dlatego też bez oporów przystałam na ten wyjazd. Ambasador rozpoznał, że nie jestem córką François Gaudeta, więc powiedziałam mu prawdę o Polsce. Odparł, że nie powinnam o tym opowiadać, bo w Polsce rządzą teraz komuniści i mogę mieć z tego powodu kłopoty tutaj, w Tajlandii, utrzymuję więc, że jestem Francuzką, a wujostwo to moi rodzice – wyjawiła.

Ją samą zdziwiło, że tak otwarcie się zwierza. Dlaczego właściwie postanowiła nie mieć z Micheline nic wspólnego? Z powodu lesbijskich historii? Nie, na pewno nie. Na początku było to szokujące odkrycie, ale w gruncie rzeczy nic jej to nie obchodziło. Tak naprawdę denerwowało ją to, że Scholl przewidziała wszystko, co się wydarzyło z Dominikiem, a ona w swojej młodzieńczej naiwności brała jej przestrogi za gderanie starej baby. Dzisiaj nie miało to już znaczenia i być może dlatego tak łatwo było jej się z nią porozumieć się.
Micheline Scholl przez dłuższą chwilę nic nie mówiła.
– Czy masz jakieś wiadomości z Francji? – zapytała Madeleine zaintrygowana milczeniem Micheline.
– Tak. Przede wszystkim, twój wuj miał rację. Nie jest teraz łatwo w Europie. Tylko ten, kto może wykazać się politycznie pasującym życiorysem, nie ma kłopotu. Ktoś taki jak ty czy ja to podejrzane osoby.
– Czyli ambasador miał rację? – rzekła Madeleine z lekko wyczuwalnym rozczarowaniem. Czyżby wierzyła, że może to jednak nieprawda?
– Tak – przytaknęła – czy wypytywał cię na mój temat?
– Oczywiście! Powiedziałam mu tylko o teatrze Populaire – odpowiedziała zgodnie z prawdą.
– Jak długo jesteś w Bangkoku?
– Jakieś trzy miesiące – oceniła.
– To tak jak ja. Jak tutaj dotarłaś? – interesowało ją.
– Statek przybił do George Town, gdzie przeczekałam przeszło trzy miesiące, aż został uruchomiony ekspres z Singapuru do Bangkoku. Do tej pory nie powiedziałam tego, ale cieszę się, Micheline, że cię widzę. – Nagle przyznała wypełniona jakimś pozytywnym uczuciem.
– Madeleine, też się cieszę, że jesteś tutaj. To naprawdę zrządzenie losu!
– Czy mogę zapytać, jak doszło do tego, że przejęłaś Oriental razem z Jeffem Scottem? – zapytała ostrożnie, nie będąc pewna, czy nie pozwala sobie na zbytnią poufałość.
– Jasne, to żadna tajemnica. Na statku z Martyniki do Europy poznałam Anglika, który znał madame Robinson i jej męża. Ppowiedział mi o legendzie Orientalu, o tym, że madame Robinson szuka następcy. Pomyślałam, że to szansa dla mnie na nowe życie. Wiedziałam, że trzeba poczekać aż Japończycy opuszczą Syjam. Kiedy przyjechałam do Bangkoku, poszłam z listem polecającym Anglika do madame Robinson. Ona pomogła mi nawiązać kontakt z dwoma właścicielami, tajlandzkimi biznesmenami zbliżonymi do dworu królewskiego. Niestety, w tym samym czasie do jednego z nich dotarł swoimi drogami Jeff Scott. Właściciele, typowi buddyści, nie chcieli popaść w konflikt z żadnym z nas i zdecydowali, że podpiszą umowę z nim i ze mną. W ten sposób muszę dzielić zarządzanie hotelem z Jeffem Scottem – opowiedziała szczerze.
– Jeff Scott to przyjemna osoba, z poczuciem humoru – rzuciła Madeleine na obronę Jeffa, wyczuwając, że Scott nie będzie należał do grona przyjaciół Micheline Scholl.
– Być może. Ale w Orientalu jest miejsce tylko dla jednego dyrektora, nie dwóch – Scholl wyjawiła bez ogródek. – Muszę tak poprowadzić sprawy, żeby go wyeliminować. Chciałabym, żebyś ty mi w tym pomogła.
– Micheline, nie nadaję się do intryg – dziewczyna przyjęła postawę obronną.
– Moja droga, nie zamierzam snuć żadnej intrygi. Uważam po prostu, że jestem lepsza od tego nieokrzesanego Amerykanina. Czas to pokaże. Chcę to udowodnić właścicielom. Być może to był nawet zamiar z ich strony, żebyśmy wykazali, co każde z nas potrafi – oznajmiła z determinacją osoby, która za wszelką cenę chce osiągnąć swój cel.
– Na czym miałaby polegać moja rola? – Madeleine próbowała się zorientować w tym układzie.
– Potrzebuję zaufanej osoby, która mnie rozumie i potrafi wcielać moje pomysły w życie. Chcę z Orientalu zrobić hotel, który połączy nostalgiczny styl kolonialny z nowoczesną francuską elegancją. Ty pomożesz mi w zaprojektowaniu tego stylu – krótko objaśniła swoją wizję.
Madeleine zastanawiała się nad tym, co usłyszała. Z jednej strony wiedziała, że była to propozycja nie do odrzucenia, z drugiej – czuła się jakby paktowała z diabłem o własną duszę; instynktownie obawiała się oddania w ręce Scholl. Zaufanie, jakim ją darzyła, nie potrafiło jednak zagłuszyć wątpliwości, że nie należy całkowicie poddawać się życzeniom drugiej osoby. Micheline, znająca się na ludzkich emocjach, od razu zauważyła jej wahanie.
– Powiedz szczerze, co cię powstrzymuje od powiedzenia „tak”?
Madeleine w lot uchwyciła, że oto nadeszła chwila, kiedy musi postawić warunki, żeby nie zaprzedać swojej duszy. Gorączkowo myślała, co powiedzieć.
– Nic z tego nie mam. Jak zaprojektuję ten wystrój i ty pozbędziesz się Jeffa, jaką mam gwarancję, że będę ci nadal potrzebna? – skonkludowała rezolutnie.
– Czego oczekujesz? – Scholl pojęła, że musi zaproponować Madeleine coś, co ma dla niej znaczenie.
– Chciałabym założyć salon krawiecki, taki, jaki miała moja ciotka w Paryżu – zdziwiona usłyszała samą siebie.
– Oho, ambitny cel. Jak sobie wyobrażasz połączenie prowadzenia salonu z pracą w hotelu? – Scholl była zaskoczona jej odwagą.
– Salon mógłby znajdować się w jednym z pomieszczeń w arkadzie hotelu. Mogłabym wtedy łatwo dzielić czas między salonem a hotelem – brnęła dalej bez zastanowienia.
Scholl popadła w zadumę.
– Wiesz, to zupełnie niezły pomysł. Zgadzam się. Madeleine, widzę, że nie masz jednak do mnie zaufania – powiedziała, pozorując smutek osoby, która obdarowuje i w zamian nic nie dostaje.
– Micheline, to nie tak. Nie znam cię na tyle… – tłumaczyła się wypełniona wyrzutami sumienia, że być może myli się ze swoją ostrożnością.
– Gwarancją mojej lojalności jest tajemnica, jaka nas łączy – zapewniła ją Scholl.
– Myślisz o naszym pochodzeniu?
– Tak. Ty nie chcesz, żeby wiedziano, że jesteś z urodzenia Polką. Ja nie chcę, żeby wiedziano o moim niemieckim pochodzeniu – wyartykułowała z przekonaniem.
– Dobrze. Będę dla ciebie pracować, ale nie zapominaj: obiecałaś mi salon krawiecki w Orientalu. Maszynę do szycia już mam – Madeleine zgodziła się na układ.
– Skąd ty masz tutaj maszynę do szycia? – Scholl zmieniła temat, zadowolona, że udało się jej przekonać Madeleine do współpracy.
– To długa historia. Podarował mi ją kapitan statku, na którym dotarłam do George Town. Poza tym nie mam gdzie mieszkać. Jak tylko ambasador dowie się, że przyjęłam pracę w Orientalu, wyrzuci mnie ze swojej willi.
– Nie ma sprawy. Dostaniesz pokój w hotelu. Jeszcze tylko jedno pytanie. Czy łączy cię coś z którymś z tych Amerykanów? – popatrzyła na nią uważnie.
Madeleine odpowiedziała jej spojrzeniem pełnym oburzenia.
– Przepraszam, chciałam po prostu wiedzieć – zakończyła niewinnie Scholl.
Co w następnym odcinku: Gdy Micheline wypowiada ostatnie pytanie, w jej głosie pobrzmiewa coś, czego Madeleine nie potrafi nazwać — ciekawość, podejrzliwość, a może ostrzeżenie. Madeleine czuje, że właśnie przekroczyła niewidzialną granicę. Teraz nie ma już odwrotu. Oriental staje się jej przyszłością… i jej ryzykiem. A Micheline — sojuszniczką albo przeciwniczką.

Inne odcinki powieści i teksty Katarzyny Poznakow znajdziesz tutaj
Książka „Jedwabne nici” tutaj
E-book „Jedwabne nici” tutaj
Zarejestruj się i opisuj swoje podróże

Komentarze