Jedwabne nici, odcinek 42, „Oriental: wieczór, którego nie przewidziano”
II Jedwabny świat,
Rozdział 7 Oriental,
Co w tym odcinku: W dusznym powietrzu Bangkoku, w hotelu, który znał sekrety dyplomatów i marzenia zakochanych, rozpoczyna się wieczór idealny. Jedwabne zasłony falują jak żagle, białe orchidee pachną jak obietnica, a goście z całego świata zasiadają do stołów, nieświadomi, że ich rozmowy, zazdrości i drobne dramaty za chwilę zostaną brutalnie przerwane. Bangkok szykuje się na noc, która nie będzie miała w sobie nic z elegancji. Bo zanim pojawią się fajerwerki — pojawią się żołnierze.
Niedziela dziewiątego czerwca tysiąc dziewięćset czterdziestego szóstego roku znakomicie nadawała się na przyjęcie. Poranna burza oczyściła powietrze z kurzu. W ciągu dnia słońce jak zwykle dokuczliwie prażyło, lecz zmierzch przyniósł ze sobą lekkie orzeźwienie. Okna sali bankietowej były otworzone na oścież. Lekkie jedwabne zasłony wydymały się na wietrze niczym żagle na morzu. Wentylatory kręciły się pod sufitem jak oszalałe. Zachodni wiatr ciągnął się przez salę i uchodził ze świstem przez drzwi wejściowe od wschodniej strony, dostarczając miłego chłodu. Zaproszeni goście zaczęli się schodzić krótko przed siódmą. Micheline Scholl i Jeff Scott stali przy wejściu i witali każdego osobiście. Kelnerzy przejmowali przybyłych, witając ukłonem i po buddyjsku złożonymi dłońmi, po czym prowadzili do wyznaczonych miejsc. Przy każdym z dwunastu stołów nakrytych białymi obrusami stało osiem krzeseł pokrytych białymi pokrowcami. Dekorację stanowiły białe orchidee, rzadkość w Tajlandii. Biała zastawa i srebrne sztućce podkreślały ekskluzywność nakryć. Tabliczki z tytułem, imieniem i nazwiskiem nie pozostawiały cienia wątpliwości, komu i gdzie wyznaczono miejsce.
Madeleine siedziała przy stole razem z Anne-Marie, Jimem i jego tajlandzką narzeczoną. Jenny była córką premiera Tajlandii, pana Prabi. Przy tym samym stole zostali usadowieni także córka ambasadora angielskiego, Mary Thaler, wraz ze znanym Madeleine Wiliamem Harrisonem, i dwaj inni przystojni mężczyźni, attaché wojskowi z ambasady angielskiej i amerykańskiej. Dwaj najznamienitsi goście wieczoru, pan Prabi i Subrami, jego przeciwnik polityczny, siedzieli przy osobnych stołach. Micheline towarzyszyła panu Prabi, jego żonie oraz ambasadorowi amerykańskiemu z małżonką. Dalej przy tym samym stole siedzieli również reprezentujący francuskie przedstawicielstwo państwo de Bouvre i generał Taksin bez małżonki. Jeff Scott podejmował za to przy osobnym stole pana Subrami z żoną, redaktora naczelnego „Bangkok Post” z żoną i córką, oraz siostrę pana Subrami przy dzielnym wsparciu Aleksa. Przy pozostałych stołach usadowieni zostali ambasadorzy z osobami towarzyszącymi, często z otoczenia tajlandzkich politycznych i wojskowych osobistości. Program wieczoru zapowiadał uroczystą kolację składającą się z pięciu dań. Kawa, koniaki i likiery miały zostać podane w ogrodzie, gdzie goście mogli delektować się dźwiękami kwartetu smyczkowego. Finałem wieczoru miały być fajerwerki ku czci króla Panandy.
Madeleine była zła na siebie. Miała przecież wpływ na ustalenie, kto z kim siedzi. Myślała, że obecność Jima z narzeczoną nie ma dla niej żadnego znaczenia, dlatego zdecydowała się siedzieć razem z nimi przy jednym stole. Przyłapywała się jednak na tym, że natrętnie go obserwuje. Drażniła ją jego uprzejmość w stosunku do Jenny. Żeby ona chociaż była jakąś wydrą. Nie, nic z tego. Subtelna twarz i figura, skromna, ale elegancka suknia, przyjemny głos. Po prostu miła towarzyszka wieczoru. Czy była zazdrosna o to, że o nią nikt się tak nie troszczy? Nie przysłuchuje się temu, co mówi, nie wspiera uwagami, nie śmieje się z jej żartów. Wiliam Harrison zachowywał się podobnie w stosunku do Mary Thaler. Zauważyła, że Anne-Marie była też jakoś niespokojna. Na próby nawiązania kontaktu ze strony obydwu dżentelmenów z angielskiej i amerykańskiej ambasady reagowała opryskliwymi uwagami.
– Czy widziałaś, jak Alex nadskakuje Lizie Thompson? – denerwowała się Anne-Marie, kiedy w toalecie poprawiały razem z Madeleine makijaż.
– Liz Thompson, córce naczelnego „Bankgkok Post”?
– Tak, no przecież o niej mówię – prychnęła Francuzka.
– Any, przesadzasz – uspokajała ją przyjaciółka. – Jest po prostu uprzejmy, tak jak należy.
– Ciągle się z czegoś śmieje. Chce wyraźnie zrobić na niej wrażenie. Chce się ustawić przez małżeństwo. Jak Jim i Wiliam – skonstatowała złośliwie Anne-Marie.
– Opowiadasz bzdury. Nie jesteś gorszą partią niż Liz – pocieszała ją Madeleine.
– To dlaczego on nie zachowuje się tak w stosunku do mnie?
– Alex traktuję cię jak koleżankę. Sama przecież tego chciałaś, bo twoi rodzice chcą cię wydać za arystokratę albo dyplomatę. Jak widzisz, znam tę śpiewkę na pamięć – Madeleine próbowała poprawić przyjaciółce humor.
– Czy nadaję się tylko na kumpelkę?
– Daj spokój. Co ci przychodzi do głowy?
– Czy nie można się we mnie zakochać? – w jej głosie zabrzmiało zwątpienie.
Madeleine przyjrzała się uważnie jej odbiciu w lustrze.
– Czy ty podkochujesz się w Aleksie? – zapytała ostrożnie.
– Nie, to nie o to chodzi – Anne-Marie jakby nagle chciała zmienić temat.
– Tak, ty się w nim kochasz – stwierdziła z przekonaniem Madeleine. – Dlaczego mu tego nie okazujesz?
– Co mam zrobić? Rzucić mu się na szyję? – oświadczyła z beznadzieją w głosie Anne-Marie.
– Nie, niekoniecznie. Ale tak się zachowywać, żeby on to zobaczył.
– Czy ty się nie domyślałaś?
– Nie. Chociaż… Był taki moment, kiedy wydałaś mi się podejrzana – przyznała.
– Kiedy to było?
– Wtedy, kiedy narzeczona naszego saksofonisty rzucała w barze popielniczkami i Alex ruszył, żeby ją obezwładnić. Złapałaś go tak dramatycznie za ramię – Madeleine opowiedziała o swoim ówczesnym odczuciu.
– Tak, masz rację – potwierdziła Anne-Marie. – Myślisz, że on to zauważył?
– Nie sądzę – zaprzeczyła Madeleine.
– Mady, ja zwariuję – Anne-Marie w przypływie desperacji złapała się za głowę.
– Nie panikuj, nie zwariujesz. Zmień zachowanie w stosunku do niego. Zapytaj go, co sądzi o miłości – próbowała uspokoić przyjaciółkę, głaszcząc jej ramię.
Nieoczekiwanie Liz Thompson weszła do toalety i dziewczyny odruchowo przerwały rozmowę, uśmiechając się do niej.
– Miły wieczór – zagadnęła Liz.
– Tak, bardzo miły wieczór – odpowiedziały chórem.
Poprawiły makijaż przed lustrem i zgodnie opuściły toaletę.
– A teraz będziesz miła dla naszych absztyfikantów przy stole – zarządziła Madeleine i lekko popchnęła Anne-Marie do przodu.
Po zimnych i ciepłych przekąskach nastąpiła przerwa kulinarna. Rozpoczęła się oficjalna część wieczoru. Micheline i Jeff weszli na specjalnie ustawione podium. W mowie, którą zaaranżowali jako humorystyczny i luźny dialog, dziękowali gościom za okazane zaufanie i pojawienie się na pierwszym oficjalnym wieczorze galowym w Orientalu. Z wdziękiem nawiązali do poparcia pana Prabi, który należał do grona współwłaścicieli hotelu. Kiedy Tingksan Prabi podpisywał umowę z Scholl i Scottem, był jeszcze wpływowym biznesmenem – teraz został premierem. Madeleine z przyjemnością przysłuchiwała się ich anegdotom o popielniczkach, poszukiwaniu jedwabiu w kolorze łososiowym, podczas gdy nikt w Tajlandii nie wiedział, jak wygląda łosoś. Micheline i Scott sprawiali wrażenie niezwykle zgranej pary. Miała wrażenie, że Jeff jednak bardziej oddziaływał na publiczność. Goście śmiali się częściej i serdeczniej, kiedy on coś mówił. Zdecydowanie wydawał się zebranym sympatyczniejszy niż Micheline. Naturalnie, nie obyło się bez podziękowań dla króla Panandy, który udzielił pozwolenia na zorganizowanie fajerwerków na jego część. „Kiedy o dziesiątej wieczorem słupy ogni sztucznych pojawią się na niebie, król Pananda w pałacu królewskim będzie wiedział, że są one dedykowane jemu i goście Orientalu oddają mu w ten sposób hołd” – zakończył Jeff.
Publiczność skwitowała przemowę frenetyczną owacją. Na podium wkroczył pan Prabi. W mowie, bardziej oficjalnej w tonie, podkreślił znaczenie Orientalu dla Bangkoku. Nazwał hotel najlepszą marką i produktem eksportowym Tajlandii. Dzięki jego legendzie hotel odwiedzały w przeszłości wybitne osobistości. Stwierdził, że Micheline i Jeff są godnymi spadkobiercami tej prestiżowej schedy, a także podkreślił swoją wiarę w to, że będą ją dalej rozwijać, a wybitne osobistości nie będą omijać hotelu także w przyszłości. Po specjalnym podziękowaniu i życzeniach długiego życia dla króla pan Prabi skłonił się przed gośćmi i podziękował za uwagę. Publiczność nie biła brawa. Goście spontanicznie powstali z krzeseł, złożyli ręce po buddyjsku i odpowiedzieli mu ukłonem.
Podano danie główne: steki Chateaubriand w sosie bearneńskim, brokuły i pommes duchesse – ziemniaki księżnej. Pomruk kulinarnego uznania przeszedł przez salę. Madeleine z ubawieniem przysłuchiwała się rozmowie Jima i Jenny, która twierdziła, że kucharz na pewno pochodzi z Francji. Jakże byłaby rozczarowana, gdyby się dowiedziała, że kucharz pochodzi nie z Francji, lecz z Danii. Jesper Janssen gotował przed wojną dla jakiegoś arystokraty z wysublimowanym smakiem.
Niespodziewanie dojrzała Karkina. Serce zabiło jej w przyspieszonym tempie. Skąd on się tutaj wziął? Nie widziała jego nazwiska na liście. Próbowała ogarnąć wzrokiem szyldziki z nazwiskami na stole, przy którym siedział. Dojrzała napis „Ambasada Związku Radzieckiego”. Ach tak, zgadza się. Ambasada poprosiła o osiem zaproszeń bez wypisywania nazwisk. Zatem Włodzimierz pracował w ambasadzie. Przy stole siedziało czterech mężczyzn i cztery kobiety. Usiłowała odgadnąć, która była jego towarzyszką. Trudno było tego dociec. Miała wrażenie, że mężczyźni przy stole rozmawiają między sobą, a kobiety raczej milczą i w ogóle ich nie obchodzą. Przyglądała mu się intensywnie, licząc na to, że ściągnie jego spojrzenie. Musiałby tylko zerknąć nieco w prawo, to od razu by ją dojrzał. Tak! Nareszcie, ich spojrzenia się spotkały. Uśmiechnęła się, ale Karkin natychmiast odwrócił głowę. Trochę ją to rozczarowało, może to jednak lepiej, przecież i tak nie mogłaby podejść do niego i zainicjować rozmowy po polsku. Pomyślała, że po deserze, w ogrodzie, nadarzy się lepsza okazja, by spróbować się do niego zbliżyć.
Po wyśmienitym musie czekoladowym goście przeszli do ogrodu. Na zewnątrz było już ciemno. Liczne pochodnie oświetlały teren, a z baru dochodziła muzyka. Przy kilku specjalnie zorganizowanych stoiskach kelnerzy podawali kawę. Inni krążyli z tacami wśród gości – z koniakiem dla panów i likierem dla pań. Madeleine z przyjaciółką i towarzyszącymi im attaché przeszli na taras. Miała wrażenie, że Anne-Marie wypiła za dużo wina, bo stała się nagle nadzwyczaj gadatliwa. Madeleine nagle zauważyła, że Micheline Scholl przywołuje ją, nerwowo gestykulując. Przeprosiła towarzystwo i szybko podeszła do niej, żeby dowiedzieć się, iż między kelnerami wywiązała się kłótnia. Micheline poprosiła ją, żeby sprawdziła, o co poszło, i uspokoiła personel. Od razu ruszyła do kuchni, kątem oka dostrzegając, że Anne-Marie właśnie opuściła wojskowych dżentelmenów i skierowała się w stronę Aleksa. W kuchni zastała dwóch kelnerów wykrzykujących coś do siebie po tajlandzku i skaczących ku sobie jak wojujące koguty. Pozostała część personelu otoczyła ich jak na ringu i dzielnie sekundowała. Kiedy zobaczyli Madeleine, uspokoili się na chwilę.
– Thol, o co się kłócicie? – zwróciła się do jednego z kelnerów.
– Miss Mady, Kampay wepchnął się przede mnie, żeby podać Chateaubriand miss Jenny – oznajmił obruszony Taj,
– Czy to prawda, Kampay? – Madeleine przyjęła rolę sędziego.
– Tak, ale on za to mógł podać jej deser – przyznał drugi, nie widząc nic zdrożnego w swoim postępowaniu.
– Dlaczego to zrobiłeś? – dochodziła racjonalnie.
– Jestem lepszym kelnerem i Chateaubriand podany przeze mnie na pewno lepiej smakował miss Jenny – stwierdził pewny siebie Kampay, wypinając tors do przodu.
Madeleine zastanowiła się chwilę. Wiedziała, że nie może powiedzieć nic, co sprawiłoby, że Kampay albo Thol „straciliby twarz” w oczach swoich rodaków. „Zachowanie twarzy” było dla Tajlandczyków najważniejsze. Konieczny był tutaj jakiś salomonowy wyrok, który nie dotknąłby żadnego z nich.
– Kampay zrobił to, żeby pochwalić się przed rodziną i znajomymi – wykrzyknął ktoś z zebranej grupy. Pomyślała, że musi ratować sytuację, używając racjonalnych argumentów spoza świata ich tajlandzkich emocji.
– To nie pora i miejsce, żeby rozsądzać, kto jest lepszym kelnerem – zaczęła oficjalnie. – Jeżeli się jednak w tej chwili nie uspokoicie, nie dostaniecie zapłaty za dzisiejszy wieczór. To samo tyczy się gapiów. Marsz z powrotem do pracy, talerze w sali piętrzą się pod sam sufit – kelnerzy, nadąsani jak skarcone dzieci, bez słowa wrócili do pracy.
Chciała szybko wrócić do ogrodu, żeby odnaleźć Karkina. Rozglądając się za nim, zobaczyła Anne-Marie uczepioną ramienia Aleksa, który posłał jej błagalne spojrzenie. Zrozumiała go i ruszyła w ich stronę.
– Mademoiselle Madeleine – w tym samym momencie zobaczyła wymachującą w jej stronę Clotilde de Bouvre. – Proszę do nas, koniecznie!
Zawahała się, lecz żona ambasadora stojąca w otoczeniu kilku innych kobiet wykonała już kilka kroków w jej stronę. Madeleine pojęła, że nie uda się jej zbyć.
– Mademoiselle się domyśla, dlaczego ją przywołuję? – zaczęła tajemniczo Francuzka, biorąc ją po rękę.
– Czy może czegoś brakuje?
– Nie, moja droga, wszystko jest w porządku. Przyjęcie jest wyśmienite – zapewniła madame de Bouvre. – Moje szanowne przyjaciółki są zachwycone suknią. Opowiedziałam im, że pokazałam tylko model z gazety, a ty znalazłaś ten wspaniały jedwab i tak po prostu ją uszyłaś – dokończyła szczęśliwa, że wszystkie przyjaciółki są zachwycone jej kreacją.
– Skąd pani wzięła taką ładną tkaninę? – zainteresowała się jedna z kobiet.
– Jeff Scott, dyrektor hotelu, ma kontakty z handlarzami jedwabiu. To on pomógł mi znaleźć ten znakomity jedwab – odpowiedziała skromnie.
– I pani tak pięknie uszyła tę suknię tylko na podstawie zdjęcia? – niedowierzała inna.
– Tak – Madeleine potwierdziła, nie widząc w tym nic specjalnego.
– Mówiłam wam, ta dziewczyna ma talent – znacząco pokiwała głową Clotilde.
– Czy pani ma tutaj salon krawiecki? – dowiadywała się inna.
– Nie, jak na razie nie. Ale planuję to w niedalekiej przyszłości, jak tylko uporam się z nawałem pracy w hotelu – odrzekła, sama nie bardzo wierząc w to, co mówi. Wymusiła co prawda na Scholl, że ma do tego prawo, ale tak naprawdę do tej pory nie zastanawiała się nad wyegzekwowaniem tego przyrzeczenia.
– Czy można u pani już coś zamówić? – zgłosiła się kolejna przyjaciółka madame de Bouvre.
Madeleine stała jak słup soli i zastanawiała się, co powiedzieć.
– Oczywiście – odpowiedziała za nią Clotilde de Bouvre.
– Nie wiem, czy… – bąkała niepewnie.
– Z takim talentem znajdzie pani bez problemu odpowiednią klientelę. Pani powinna pomyśleć o sobie, a nie pracować na sławę tej ekscentrycznej Francuzki Scholl – dodała dama, która była już gotowa złożyć zamówienie.
W powietrzu rozległ się głośny wystrzał, który oderwał je od rozmowy.
– Czy to już początek fajerwerków? – Clotilde de Bourvre popatrzyła pytająco na Madeleine, która właśnie zerkała na zegarek.
– Nie, to jeszcze jakieś pół godziny za wcześnie – oznajmiła z przekonaniem.
Ponowny odgłos wystrzału przeszył powietrze i zdezorientowani goście rozglądali się po ogrodzie. Ich zdziwienie sięgnęło szczytu, kiedy zobaczyli uzbrojonych żołnierzy ciasno otaczających cały teren hotelu. Nagle stanęli i skierowali broń w stronę gości. Zebrani usłyszeli szczęk ładowanych karabinów i poczuli się nieswojo, a kilka osób zareagowało nerwowym śmiechem. Większość jednak oniemiała w milczeniu, oczekując intuicyjnie, że lada moment sprawa się wyjaśni, żołnierze odstawią broń i sobie pójdą. Micheline Scholl podeszła do dowódcy oddziału i głosem pełnym oburzenia próbowała dociec powodu tego zajścia. Oficer skinął uprzejmie głową, wyminął ją, nie wypowiadając ani słowa, i skierował się do generała Taksina. Goście w napięciu przypatrywali się rozmowie wojskowych.
W międzyczasie przestraszony personel kuchenny został przeprowadzony przez mundurowych do ogrodu. Madeleine ze zdumieniem przyglądała się żołnierzom, jakby odkryła w tym momencie nową twarz Tajlandczyków. Była w nich zaciętość, bezwzględność, gotowość na wszystko, nic z miłych, zrównoważonych i trochę gadatliwych buddystów, jakich znała do tej pory. Oficer rozmawiał cicho z generałem, na dodatek po tajlandzku, żaden urywek ich rozmowy nie docierał do gości. Następnie generał zwrócił się do pana Prabi, który w nabożnym skupieniu słuchał przekazywanej relacji. W pewnej chwili spojrzał na Taksina, jakby nie dowierzając usłyszanej informacji, lecz generał skinął głową. Nikt nie miał wątpliwości, że zaszło coś niezwykłego. Taksin krótko jeszcze referował, pan Prabi skinął głową i rozmowa została zakończona.
– Wielce szanowni goście hotelu Oriental, Madame Scholl… – zaczął pan Prabi, głośno przełykając ślinę.
Madeleine zauważyła, że premier nie wymienił Jeffa Scotta.
– Mam smutny obowiązek poinformować państwa, że król Pananda nie żyje – wypowiedział to zdanie i zamilkł.
Pomruk rozczarowania i zaskoczenia przeszedł przez ogród.
– Król został znaleziony martwy przed kilkoma godzinami w swoim pokoju. Książę Kanthapol został powiadomiony o śmierci brata i potwierdził gotowość objęcia tronu – dokończył wyraźnie poruszony tym faktem.
– Panie premierze, król Pananda był młody. Jak to się stało, że nie żyje? – odważył się zapytać Charles de Bourvre.
– Jeszcze za wcześnie, żeby odpowiedzieć na to pytanie, panie ambasadorze. Nie chciałbym wzbudzać niezdrowej sensacji, ale muszę podać, że król Pananda zginął od strzału w głowę – dodał premier.
Tym razem przez tłum zebranych przeszedł pomruk niedowierzania.
– Jak to? Kto to zrobił? Czy to zamach polityczny? Czy ujęto już sprawcę? – dotarły pytania do pan Prabi.
– Proszę państwa, nie jestem w stanie odpowiedzieć na żadne z tych pytań. Mogę tylko podać, że aresztowano podejrzanego, to młody Laotańczyk z otoczenia króla. Śledztwo przyniesie odpowiedzi na dalsze pytania – oświadczył dyplomatycznie premier.
Powód najścia zdawał się wyjaśniony, lecz żołnierze nadal stali z bronią skierowaną w stronę gości. Wtem wyłoniły się trzy grupy żołnierzy, które skierowały się do Jeffa Scotta, Alexa Hamptona i pana Subrami. Bez słowa uprzedzenia czy wyjaśnienia mężczyźni zostali aresztowani na oczach wszystkich. Zaskoczeni goście milcząco przyglądali się zajściu. Nagle Anne-Marie rzuciła się między żołnierzy, usiłując wyciągnąć Alexa z eskorty. Jeden z nich odepchnął ją brutalnie i Francuzka upadła na murawę. Ktoś pomagał jej się podnieść, kiedy ambasador amerykański odzyskał zimną krew i zwrócił się do premiera z żądaniem wyjaśnienia, dlaczego obywatele jego kraju jak złoczyńcy z kajdankami na rękach bez słowa wyjaśnienia zostają aresztowani, próbował się dowiedzieć, czy ich aresztowanie ma jakiś związek ze śmiercią króla. Pan Prabi tłumaczył coś niewyraźnie, a żołnierze opuścili hotel z aresztowanymi. Po ich wyjściu zawrzało jak w ulu, zebrani odzyskali siły i głos. Wymieniali się wrażeniami na temat tego, co usłyszeli i zobaczyli. Madeleine była nie mniej zaszokowana zatrzymaniem Jeffa i Alexa, lecz postanowiła skorzystać z panującego zamieszania i szybko odszukać Karkina. Rozejrzała się po ogrodzie i dojrzała go wychodzącego z towarzystwem z hotelu. Nie trwało długo aż ogród całkowicie opustoszał.
Co w następnym odcinku: Ogród Orientalu pustoszeje tak szybko, jak wcześniej wypełnił się śmiechem i muzyką. W powietrzu wciąż unosi się zapach likieru, kawy i strachu. A Magdalena, zamiast odpowiedzi, dostaje tylko obraz Karkina znikającego w ciemności. Noc, która miała być hołdem dla króla, kończy się trzema aresztowaniami, jednym trupem i pytaniem, które wisi nad Bangkokiem: kto naprawdę pociągnął za spust?

Inne odcinki powieści i teksty Katarzyny Poznakow znajdziesz tutaj
Książka „Jedwabne nici” tutaj
E-book „Jedwabne nici” tutaj
Zarejestruj się i opisuj swoje podróże

Komentarze