Jedwabne nici, odcinek 41, „Polski akcent w Orientalu”

II Jedwabny świat,

Rozdział 7 Oriental,

Co w tym odcinku: W Bangkoku, gdzie luksus miesza się z polityką, a każdy gest może być niebezpiecznym komentarzem, Magdalena balansuje między obowiązkami w Orientalu a własną, skrzętnie ukrywaną tożsamością. W hotelu, który szykuje się na najważniejszy wieczór roku, napięcia rosną. A kiedy wśród popielniczek, jedwabnych nici i galowych przygotowań pojawia się mężczyzna mówiący po polsku, przeszłość Madeleine wraca z siłą, której nie potrafi zignorować.

 

Scholl czytała „Bangkok Post”. Gazeta, mimo że redagowana po angielsku, stanowiła wyrocznię dla miejscowych. Była pełna artykułów o królu Panandzie. A to właśnie otworzył jakiś szpital, a to ogłosił łagodny wyrok dla młodej złodziejki, która ukradła jedzenie, żeby nie stracić pokarmu dla swojego niemowlęcia. Autorem wielu z nich był Alex Hampton. Madeleine weszła do gabinetu, żeby omówić wzór zaproszenia na wieczór galowy. Scholl wykorzystała ten moment i dała upust swojej irytacji na temat kiczowatego uwielbienia dla króla. O Aleksie jako autorze wyrażała się tylko słowami „beztalencie” i „lizus”. Madeleine próbowała ją uspokoić, obawiając się, że usłyszy ją tajlandzki personel. Krytykowanie króla i wszystkiego, co z nim związane, graniczyło z obrażeniem największej świętości i było jeszcze bardziej niebezpieczne niż bycie komunistą. Oznaczało po prostu duże kłopoty, a chodziło przecież o wieczór galowy na cześć króla. Z trzech propozycji zaproszenia Scholl szybko wybrała ostateczną wersję.

 

Madeleine ceniła ją za umiejętność szybkiego podejmowania decyzji. Wiedziała, że gdyby poszła do Jeffa, to na pewno wybrałby ten sam pomysł, lecz musiałaby czekać na odpowiedź dzień albo i dwa. Poza tym Micheline też była świadoma tej słabości współdyrektora i zarezerwowała ten rodzaj decyzji dla siebie. Zawłaszczyła sobie wszystko, co dotyczyło wyglądu i atmosfery hotelu. Jeff Scott był za to znakomitym realizatorem pomysłów. Zdobycie ciężkiego jedwabiu na zasłony w łososiowym kolorze byłoby bez niego niemożliwe. Najlepsze wino francuskie, Château Mouton Rotschild, bez jego kontaktów było nieosiągalne. Scholl wiedziała, że Jeff znakomicie znał się na sztuce, bez problemu mógłby podejmować równie trafne decyzje estetyczne, co ona, a poza tym miał talent organizatorski, dlatego niezawodnie wczuwał się w pomysł i rozumiał, jak należałoby go zrealizować. Na tym polu miał zdecydowaną przewagę nad Scholl. Madeleine miała wrażenie, że Jeff ustępuje Micheline w wielu sprawach nie dlatego, że nie potrafiłby ich rozwiązać, po prostu unikał konfliktów, a Micheline doskonale to wyczuwała i nieustannie prowokowała jakieś słowne potyczki. Kiedy dochodziło do kłótni między Scholl i Scottem, Madeleine zawsze usiłowała opuścić pokój, Micheline zatrzymywała ją jednak, jakby celowo chciała mieć w niej świadka. Madeleine ciążyło to, że Scholl wymagała też za każdym razem dokładnej relacji z tego, o czym rozmawiała z Jeffem czy z Aleksem. Czuła się nieswojo, opowiadając treść wspólnych rozmów. Nie rozumiała, do czego są potrzebne Micheline te informacje.

Wieczór galowy w Orientalu na cześć króla Panandy został zaplanowany na niedzielę, dziewiątego czerwca tysiąc dziewięćset czterdziestego szóstego roku. Na liście gości znalazła się śmietanka Tajlandii. Najbardziej znamienici wśród nich byli pan Prabinomano, premier Syjamu, powszechnie znany jako Prabi, i jego przeciwnik polityczny, pan Subraminamovit, przez naród nazywany Subrami. Oprócz panów Prabi i Subrami zostali zaproszeni ambasadorowie z żonami i miejscowa elita intelektualna. Mimo że Oriental funkcjonował pod zarządem Scholl i Scotta już od ponad roku, to czerwcowe przyjęcie miało znaczenie symboliczne. Ten wieczór ludzi władzy, pięknych i bogatych, miał definitywnie potwierdzić opinię Orientalu jako luksusowego hotelu i miejsca spotkań wpływowych ludzi, gdzie tematy dyskutowane są w atmosferze zrozumienia i tolerancji. Scholl i Scott byli w tym punkcie zgodni. Oboje chcieli kontynuować tradycję hotelu jako miejsca spotkań elit. Na początek w centrum ich zainteresowań znalazła się ta tajlandzka, celem była wszakże światowa.

Madeleine i Micheline studiowały listę gości. Scholl skreśliła dwa czy trzy nazwiska osób z ambasady amerykańskiej. Madeleine znała ten rytuał. Nie pierwszy raz konkurencja z Jeffem objawiała się w negowaniu wszystkiego, co amerykańskie. Bez odrobiny zniecierpliwienia tłumaczyła jej jak małemu dziecku, że nie mogą sobie pozwolić na taki afront. Poza tym przeglądając listę, Jeff na pewno to zauważy, a to da mu powód do kłótni i przysporzy Madeleine dodatkowej pracy. Micheline przekonywała, że listy w ogóle nie trzeba pokazywać Scottowi. Madeleine popadła w zwątpienie. Jak to możliwe, że ta kreatywna i inteligentna osoba tak bardzo traciła poczucie przyzwoitości, gdy chodziło o to, żeby Jeffa dotknąć albo mu zaszkodzić? Koniec końców nazwiska i tak pozostały na liście.

Jak każdego wieczoru Bar Bambusowy był pełen gości. Madeleine siedziała przy stoliku obok kontuaru i kompletowała listę zadań dla personelu. Od czasu zajścia z popielniczkami każdego wieczoru pokazywała się w barze. Robiła właśnie notatki dotyczące tego, co musi jeszcze przygotować dla szwaczek, rozmyślała o obrusach i dekoracyjnych pokrowcach na krzesła. Ze świata prozaicznych zadań wyrwała ją Anne-Marie.

–     Cóż to za okazja, że cię tutaj widzę? Pewnie praca – przywitała przyjaciółkę.

–     Tak, dzisiaj jest znowu moja zmiana w barze, ale cieszę się, że cię widzę. Nareszcie ktoś znajomy. Z gośćmi mogę rozmawiać tylko o banałach, wiesz jak to jest – uśmiechnęła się do niej zadowolona ze spotkania.

–     Ach, to komplement. Odbierasz mnie jako specjalnego gościa.

–     Jasne! – przyznała szczerze.

–     Alex się nie pojawia?

–     Nie, nie przychodzi do baru. Widuję go tylko, kiedy jeżdżę z Jeffem po zaopatrzenie dla hotelu. On poza pracą w redakcji zajmuje się też handlem winem, trochę nam go nawet dostarcza.

–     A, to coś nowego. Spotkałam się z nim kilka razy, ale nic mi o tym nie mówił – rzuciła chłodno Anne-Marie poirytowana faktem, że o tym nie wiedziała.

–     Myślałam, że interesują cię tylko francuscy arystokraci i dyplomaci, a nie Amerykanie o niewiadomym pochodzeniu – zaśmiała się Madeleine, nie pojmując, dlaczego taka błahostka denerwuje przyjaciółkę.

–     Mady, przestań. To pogląd matki, a nie mój. À propos, tym razem przychodzę do Orientalu w imieniu swojej matki – zaczęła oficjalnie.

–     Oho, to coś nowego – oznajmiła zaciekawiona Madeleine.

–     Właściwie to jesteś sama sobie winna… – Anne-Marie była coraz bardziej tajemnicza.

–     Bez urazy, Any, ale twoja matka nie należy do grona moich przyjaciółek. Skończ z tym szyfrem, mów, o co chodzi – odparła niecierpliwie.

–     Winne jest wasze zaproszenie na wieczór galowy – Francuzka krok po kroku naprowadzała przyjaciółkę.

–     I?

–     Moja matka dostała ostatnio magazyn z Paryża. W Europie panuje modowa rewolucja.

–     Czyżby dekolty do pępka stały się modne?

–     Nie aż tak, ale nastąpił koniec z pokutnymi ciuchami. Nareszcie szyje się rzeczy kobiece i kolorowe. Moja matka chce się pokazać na przyjęciu jako światowa dama. Wpadła na pomysł, żebyś jej uszyła nową kreację w takim właśnie stylu. Po twoim występie u Mister Jerry’ego to zrozumiałe – Anne-Marie wyjawiła w końcu sprawę, z którą przyszła.

–     Nie wiem, czy potrafię – zwątpiła Madeleine.

–     Przecież cały czas coś tutaj szyjesz – przekonywała Anne-Marie, nie pojmując jej skrupułów.

–     Tak, ale to są proste rzeczy. Robię wzory dla szwaczek.

–     Ale rozumiesz, że moja matka nie może pójść z takim nowoczesnym pomysłem do Mister Jerry’ego.

–     Jak ciebie znam, to pewnie też zechcesz coś nowego. To oznacza już dwie suknie. Nie wiem… Mam tyle pracy.

Nagle barman Siang pojawił się przy ich stoliku. Złożył ręce w buddyjskim pozdrowieniu i lekko się skłonił.

–     Miss Mady, przepraszam, że przerywam… – odezwał się uprzejmie.

–     Co jest Siang? – Madeleine uważnie na niego spojrzała.

–     Pilnie potrzebuję popielniczek.

–     Znowu nowe popielniczki? – westchnęła Madeleine, jakby tego oczekiwała.

–     Tak, miss Mady – potwierdził, patrząc na nią wyczekująco.

–     Co jest z tymi popielniczkami? – wtrąciła się Anne-Marie.

–     Goście zabierają je ze sobą na pamiątkę.

–     Jako souvenir?

–     No właśnie. Nie wyrabiamy z produkcją, Siang – zwróciła się do barmana. – Mam w pokoju część ostatniej dostawy. Zaraz przyniosę.

–     Tak jest, miss Mady. Czekam przy kontuarze.

Madeleine przerwała rozmowę, zostawiając przyjaciółkę i pobiegła do pokoju, gdzie wśród różnych pakunków szybko odnalazła popielniczki. Paczka była już otwarta. Umocowała papier, żeby zamknąć pakunek i uchronić sławne słonie przed wypadnięciem. Z impetem ruszyła z powrotem w stronę baru. Po drodze, kiedy próbowała pokonać zakręt za rogiem między recepcją i wejściem do baru, nagle pojawił się przed nią jakiś mężczyzna. Nie miała szans go wyminąć. Zderzenie z nim było nieodwołalne. Wściekła na siebie z powodu tej nieuwagi, widziała już w myślach popielniczki lądujące na podłodze i potłuczone kawałki.

–     Cholera jasna! – zachwiała się, próbując go wyminąć ostatkiem sił i zaklęła po polsku po raz pierwszy od niepamiętnych czasów.

Mężczyzna uchylił się przed zderzeniem i sprawnie uchwycił część paczki, tym samym ratując słonie przed żałosnym końcem.

–     Bardzo panią przepraszam za moją niezdarność – usprawiedliwił się.

Madeleine zesztywniała, słysząc, że mężczyzna odpowiedział na jej przekleństwo w tym samym języku.

–     Mówi pan po polsku? – popatrzyła na niego jak na zjawę z innego świata.

–     Tak, jestem Rosjaninem, ale moja matka jest Polką – wyjaśnił.

–     To ja przepraszam za moje niestosowne słowa.

–     Nic nie szkodzi, rozumiem panią. To byłaby tragedia, gdyby paczka wylądowała na podłodze. Poza tym pięknej rodaczce wiele się wybacza… – mężczyzna uśmiechnął się szarmancko.

Spojrzała na niego jeszcze raz. Przypominał Janusza, jej pierwszą miłość. Te same falujące blond włosy, jasne oczy, trochę kanciasta twarz. „Pewnie Janusz dzisiaj wygląda podobnie” – pomyślała. Przed oczami przesunęło się jej przyjęcie u Zuzy, przypominając o rozczarowaniu, jakie ją wtedy spotkało. Nasunęła się jej myśl, że kiedy po raz pierwszy kochała się z Dominikiem, też pomyślała o tym zdarzeniu, a potem również doznała zawodu. „Czy miłość zawsze niesie ze sobą rozczarowanie?” – zastanawiała się. „Czy to właśnie cena za chwile największego szczęścia? Dlaczego nasuwają mi się teraz te myśli? Czy to coś znaczy?” – próbowała odgadnąć. Tak, musiała przyznać sama przed sobą: w twarzy nieznajomego było coś, co ją przyciągało. Pewna twardość, silnie zarysowana szczęka. Czy tak rozumiała męskość? A może te odczucia wywołał fakt, że ten obcy mężczyzna rozmawiał z nią po polsku?

–     Dziękuję panu za pomoc – odzyskała mowę. – Polski język pobudził mnie do wspomnień – przyznała.

–     Mam nadzieję, że miłych – nieznajomy kokieteryjnie spojrzał jej w oczy.

–     Tak, tak… – zapewniała.

–     Pozwoli pani, że się przedstawię. Nazywam się Włodzimierz Karkin.

–     Madeleine Gaudet – podała mu z trudem rękę, przytrzymując paczkę.

Ujął dłoń, pochylił się nad nią i pocałował. Świat zawirował przed oczami Madeleine. Dotknięcie jego ust natychmiast podniosło w jej ciele poziom adrenaliny. Kiedy wyjeżdżała z Polski, była jeszcze za młoda, żeby całowano ją w rękę. To był przywilej mężatek i starszych kobiet. Dominik robił to, ale on był Francuzem, to nie to samo. Po raz pierwszy pocałował ją w rękę Polak. Zachwiała się lekko i Karkin ponownie zwinnie podtrzymał paczkę, ratując słonie już po raz drugi.

–     Muszę już iść – wskazała na paczkę.

Karkin jednak przytrzymał ją lekko za ramię i zapytał:

–     Gdzie można panią spotkać?

–     Tutaj – stwierdziła po prostu.

–     To do zobaczenia – odpowiedział i znowu pocałował ją w rękę, po czym przytrzymał teatralnie za ramię, jakby przytrzymując ją na wypadek ponownego zachwiania. Zrozumiała tę żartobliwą intencję i zaśmiała się. Odpowiedział jej szerokim uśmiechem.

Madeleine wbiegła do baru i Siang z wyraźną ulgą odebrał od niej popielniczki. Wróciła do Anne-Marie.

–     Gdzie ty tak długo szukałaś tych popielniczek? – zniecierpliwiona przyjaciółka domagała się wyjaśnień.

–     Any, o czym to rozmawiałyśmy? – Madeleine robiła wrażenie nieobecnej duchem.

–     Mady, co z tobą? Czy coś się stało?

–     Nie, nie… O co chodziło z twoją matką? Aha, suknia na wieczór galowy. Dobrze. Mam przyjść do ambasady?

–     Zgadzasz się? Myślałam, że…

–     Przecież powiedziałam. Jestem zmęczona, muszę pójść do siebie – wyszła, zostawiając zdumioną przyjaciółkę bez słowa wytłumaczenia.

Madeleine położyła się na łóżku. Chciała być sama ze swoimi myślami. Włodzimierz Karkin. Polak? Powiedział, że jest Rosjaninem, a tylko jego matka jest Polką. Mówi po polsku z lekkim wschodnim akcentem, ale ludzie ze Lwowa intonują podobnie. Z tym całowaniem w rękę był szarmancki jak prawdziwy Polak. Co on tutaj robi na drugim końcu świata? Na pewno nic złego. Spotkała go przecież w Orientalu. Czuła, że musi go znowu zobaczyć, że coś ją z nim wiąże. Jedwabne nici! Ale jakie niby? Przecież go nie zna. Język? Czy to ciągnie ją do niego? Czy może jest to skrywana tęsknota za Polską, która objawia się tym, że wszystko, co polskie, od razu ją interesuje, wydaje się piękne i pociągające? Uświadomiła sobie, że nie może rozmawiać po polsku z Karkinem w obecności innych ludzi. Podaje się przecież za Francuzkę. Ach, te kłamstwa. Rośnie ich cała góra i coraz trudniej jest nad nimi zapanować.

Słyszała, że Rosjanie to komuniści. Pewnie jednak nie wszyscy, skoro Karkin obraca się w Orientalu. Pomyślała, że może znajdować się w podobnej sytuacji, co ona. Prawdopodobnie też nie może otwarcie rozmawiać po polsku. Jeżeli tak jest, to łączyłaby ją z nim tajemnica. Jak z Dominikiem. Jak z Micheline Scholl. Westchnęła. Właściwie to nie chciała nowych sekretów i łączących się z nimi nowych kłamstw. Ale czy ma prawo zrezygnować z szansy na rozmowę w ojczystym języku? We Francji nie myślała o tym, co to znaczy, że jest Polką. Nie miało to znaczenia. Teraz wypieranie się własnego pochodzenia uważała za rodzaj zdrady. No tak, okoliczności zmusiły ją do przyjęcia francuskiego nazwiska i paszportu, właściwie nie wypiera się zatem swojej polskości, tyle że nie może jej też otwarcie okazać. Tak, musi podjąć próbę mówienia w ojczystym języku, nawet za cenę nowej konspiracji. Obecnie to nierealne, ale może jednak wróci kiedyś do Polski? Nie wiadomo, co się wydarzy za kilka lat.

Sięgnęła do szuflady nocnego stolika. Odnalazła jedwabne nici, te same, które zapakowała jej ciotka Jeanine. Zacisnęła je mocno w ręce i zamrugała oczami, żeby powstrzymać napływające łzy. To już ponad rok, od kiedy wysłała list; ciągle żadnej odpowiedzi. Przestała wierzyć, że wujostwo dołączy do niej. Ciągle trudno jej było pogodzić się z myślą, że ciotka zostawiła ją bez słowa wyjaśnienia. To niemożliwe! To nie w jej stylu! Zaciskała szpulkę w ręce i mówiła sobie, że czuje długą nić ciągnącą się z Bangkoku do Paryża. „Jeżeli ciotka się odezwie, to wrócę do Europy i pojedziemy razem do Polski” – przyrzekła sobie. Wsłuchiwała się w bicie własnego serca i usiłowała uchwycić, czy czuje więź z kimkolwiek w Polsce. Nic. Żadnych myśli, o nikim. To jasne, przecież jej rodzice i brat nie żyją. Tego nie można już zmienić, była jednak pewna, że musi jeszcze raz w życiu zobaczyć Warszawę.

 

Co w następnym odcinku: Magdalena leży na łóżku, zaciskając w dłoni jedwabne nici — cienkie, niemal niewidoczne, a jednak mocniejsze niż wszystkie jej kłamstwa. Włodzimierz Karkin pojawił się jak echo z kraju, którego nie może nazwać swoim, choć wciąż nim jest. Czy to przypadek, czy znak? Za oknem Bangkok pulsuje jak zawsze, ale Magdalena czuje, że coś się przesunęło, jakby jedna z nici właśnie drgnęła.

 

Inne odcinki powieści i teksty Katarzyny Poznakow znajdziesz tutaj

Książka „Jedwabne nici” tutaj

E-book „Jedwabne nici” tutaj 

Zarejestruj się i opisuj swoje podróże

Powiązane Artykuły

Komentarze

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *