Jedwabne nici, odcinek 32, „Przystanek w Królestwie Cyny”
II Jedwabny świat,
Rozdział 5 Ekspres do Bangkoku,
Co w tym odcinku: Magdalena dociera do kolonialnego George Town — miejsca, które miało być tylko przystankiem, a staje się pułapką. Wśród ciężarówek, żołnierzy i zapachu kauczuku odkrywa, że jej los zależy od kaprysu jednego człowieka. A droga do Bangkoku może wcale nie istnieć.
Statek powoli przybijał do nabrzeża w George Town. Na brzegu stało już kilka ciężarówek wojskowych, a wokół nich przewijali się żołnierze gotowi przeładować cenny towar z Europy. Madeleine przyglądała się temu pracowitemu zamieszaniu. Wśród robotników portowych cumujących statek przeważali ciemnoskórzy. „To muszą być Malajowie” – przypomniała sobie opowieści pani Amiguet, która niejednokrotnie wspominała plantacje kauczuku – bogactwo Malezji – i historię o tym, jak Anglicy wykradli kauczuk w dorzeczu Amazonki i przemycili sadzonki do własnych kolonii w Azji. Malezja była kolonią brytyjską, a państwo Amiguet posiadali tutaj plantację już od ponad dwudziestu lat. Na początku musieli trochę zainwestować, lecz krótko po tym plantacja stała się głównym źródłem ich dochodów. Najczęściej spędzali tutaj sześć chłodnych europejskich miesięcy. Kiedy lato w kolonii stawało się nie do zniesienia, wracali do Szwajcarii. Z opowieści madame Amiguet wynikało, że dobrze znała stosunki panujące w Malezji. Wiedziała, że poza Malajami liczną grupą zamieszkującą kolonię na plantacjach Europejczyków byli Chińczycy. To oni zdominowali lokalne wydobycie cyny, które było ciężkim i brudnym, ale dochodowym biznesem. Rzadko Europejczyk decydował się na ten interes, jeżeli już, to tylko na pośrednictwo w handlu z Europą. Europejczycy szanowali chińskich biznesmenów, ale nie uznawali ich za członków swojego towarzystwa.
Silne szarpnięcie uświadomiło Madeleine, że Count of Essex został nareszcie przycumowany. Żal jej było opuszczać statek, miała wrażenie, jakby opuszczała dom. Wymieniły się z panią Amiguet adresami i obiecały napisać do siebie po dotarciu do celu. Kapitan poinformował pasażerów, że miasto jest pod zarządem brytyjskiego komendanta wojskowego i o pozwolenie na dalszą podróż muszą się postarać w jego biurze. Kiedy tylko Madeleine postawiła stopę na lądzie, brytyjski żołnierz załadował jej walizkę i maszynę do szycia na coś w rodzaju małej ciężarówki i zapowiedział, że zawiezie ją do hotelu Eastern & Oriental, gdzie rezydował komendant.
W drodze uważnie przyglądała się otoczeniu. Ulica prowadząca do hotelu była pusta, wyminęło ich jedynie kilka wojskowych jeepów, nie było żadnego widocznego śladu życia. Za rozłożystymi drzewami wzdłuż ulicy skrywały się eleganckie domy. Zobaczyła dwóch, może trzech przechodniów. W długich burych sukmanach, z okrągłą i równie burą czapeczką na głowie, z wąsami sięgającymi podbródka i z warkoczykiem – mysim ogonkiem – długim do pasa, przemykali się chyłkiem po wąskim chodniku.
– To Chińczycy – usłużnie poinformował kierowca, widząc zainteresowanie Madeleine. – Miss jest pierwszy raz tutaj, prawda?
– Tak. Dlaczego jest tak pusto?
– Dzisiaj jest pierwszy dzień nowego roku. Wszyscy jeszcze śpią po wczorajszych uroczystościach.
– Jest przecież luty, nowy rok obchodzimy pierwszego stycznia – stwierdziła ze śmiechem, sądząc, że kierowca chce opowiedzieć jakąś zabawną historię.
– Chińczycy mają swój kalendarz, ten rok jest rokiem koguta – Brytyjczyk poczuł się zakłopotany jej śmiechem.
– Koguta? – zaśmiała się głośno, nie dając wiary jego słowom.
– Poprzedni rok był rokiem małpy.
– A przed dwoma laty pewnie obchodzono rok świni – ciągnęła ubawiona, nie dostrzegając zakłopotania żołnierza.
– Nie, to był rok owcy. Ale rok świni będzie prawdopodobnie za dwa lata. Najlepiej niech pani zapyta komendanta. On zna się na chińskim kalendarzu – uciął, wskazując z ulgą, że dotarli do celu.

Samochód wjechał na podjazd i zatrzymał się przed okazałą budowlą podobną do domów, które mijali po drodze, tylko znacznie większą. Obok wytłoczonych liter „Hotel Eastern & Oriental” wisiała tablica „Komendantura Wojskowa Jego Królewskiej Mości”. W holu byli tylko żołnierze, jeden z nich poprowadził ją od razu do komendanta. Przed jego biurem minęła się z wychodzącymi Amiguetami, którzy radośnie rzucili, że zaraz jadą dalej, na plantację. Została poproszona do środka.
– Dzień dobry, proszę, niech pani siada – powitał ją sucho komendant. – Pułkownik John Grant. Jestem tymczasowym zarządcą Jego Królewskiej Mości na wyspie Penang i w tym oczywiście George Town. Czy mogę panią prosić o paszport?
Madeleine wyjęła z torebki dokument i podała pułkownikowi.
– Madeleine Gaudet, francuska obywatelka – przeczytał głośno. – Co panią tu sprowadza? – zapytał, przenikliwie patrząc jej w oczy.
– Celem mojej podróży jest Bangkok, ambasada francuska – powiedziała cicho Madeleine.
– Jest pani agentką aliancką?
– Agentką? – zamarła z przerażenia.
– Szpiegiem. Co robi samotna młoda kobieta na terenie, na którym toczy się wojna? Czy ma pani sensowną odpowiedź na to pytanie? – starał się dowiedzieć Brytyjczyk.

– Chcę się dostać na ekspres do Bangkoku – tłumaczyła się niepewnie. – Armator we Francji zaproponował tę drogę przez George Town jako najbardziej bezpieczną.
– Ale co chce pani robić w Bangkoku? – dociekał nieustępliwie Grant.
Zastanowiła się chwilę.
– Nie wiem – stwierdziła zrezygnowana. Poczuła beznadziejność swojej sytuacji. Z fałszywym paszportem, wysłana bez celu do Bangkoku. Doskonale rozumiała podejrzliwość komendanta.
– No, widzi pani, powinienem wsadzić panią do aresztu aż do wyjaśnienia – zawyrokował pułkownik.
– Jestem Francuzką, Francuzi nie są przecież wrogami Anglików. Poza tym mam list mojego wuja do dyplomaty francuskiego, jego przyjaciela – Madeleine nie dawała za wygraną. Wiedziała, że musi znaleźć sposób, żeby przekonać Granta o swoich uczciwych zamiarach.
– Proszę mi go pokazać.
Drżącymi rękoma wyjęła list z torebki. Pułkownik przebiegł wzrokiem tekst.
– Ten list niczego nie dowodzi. Jak chce się pani tam dostać? – pułkownik zmienił nagle ton głosu.
– Podobno kursuje na lądzie ekspres z Kuala Lumpur do Bangkoku. Chcę się dostać na ten pociąg – oznajmiła zgodnie z prawdą.
– To niemożliwe – rzucił krótko Grant. – Linia kolejowa do Bangkoku jest zablokowana przez Japończyków.
– Czy to znaczy, że nie mogę się stąd wydostać? – Madeleine natychmiast dojrzała na horyzoncie kolejny problem.
– Wyciąga pani słuszne wnioski.
– Jak długo potrwa ta blokada? – zapytała drżącym głosem.
– Nie wiem. Może do końca wojny – stwierdził obojętnie Grant i oddał jej paszport i list polecający.
– Ale państwo Amiguet dostali od pana pozwolenie na dojazd na plantację – zauważyła pełna zwątpienia.
– Tak, bo ich plantacja znajduję się na terenie, który jest już pod kontrolą brytyjską.
– Proszę, niech mi pan nie odbiera nadziei i poda jakiś możliwy termin. Spędziłam ponad dwa miesiące na statku, licząc, że z George Town do Bangkoku dostanę się bez problemu. Nie mam na tyle pieniędzy, żeby tutaj czekać aż wojna się skończy – poprosiła płaczliwie, żywiąc nadzieję, że pułkownik znajdzie jakieś wyjście.
– Mogę pani pozwolić na dojazd na ląd. Stamtąd może pani na własną rękę wybrać się do Bangkoku, na przykład przedzierając się przez dżunglę – odpowiedział nieporuszony jej emocjami.
– Rozumiem, że ten wariant jest bez sensu. Panie pułkowniku, jak długo potrwa ta blokada? Proszę, niech pan mi coś powie!
– W najlepszym wypadku dwa, trzy miesiące.
– Jak mogę tutaj przeczekać?
– Potrzebuje pani miejsca do spania i możliwości wyżywienia – skonstatował chłodno.
– Czy może mi pan polecić jakiś tani hotel?
– Mogę polecić, żeby została pani w Eastern & Oriental.
Pomysł pułkownika zabrzmiał dla niej jak drwina. Pomyślała, że nic nie wskóra.
– Nie mam na to pieniędzy – odpowiedziała prawie szeptem.
Grant, żołnierz z dużym doświadczeniem wojennym i życiowym, zamilkł i przyglądał się jej przez chwilę.
– Mam propozycję – Grant zabrał się do napełniania fajki tytoniem. – Potrzebuję kogoś, kto zająłby się organizacją porządku w hotelu. Wszystko jest tutaj brudne: pokoje, pościel, kuchnia. W hotelu są ranni żołnierze i więźniowie z niewoli japońskiej. Jak tak dalej pójdzie, to obawiam się, że dojdzie do wybuchu epidemii tyfusu. Potrzebuję kobiecej ręki – zakończył, nie patrząc na nią i stuknął fajką o blat biurka.
– Zgadzam się – wyrzuciła z siebie bez namysłu.
– Chwileczkę – przerwał. – Nie mam pani czym zapłacić. Jako wynagrodzenie mogę zaproponować darmowe jedzenie i osobny pokój w hotelu.
– Zgadzam się, ale mam też jeden warunek – Madeleine znowu nabrała wiary w życie.
– Słucham – Grant popatrzył na nią zdziwiony zmianą jej głosu.
– Jak tylko ekspres do Bangkoku zacznie jeździć, da mi pan znać.
– Zgoda – pułkownik kiwnął głową i zaciągnął się fajką.
Co w następnym odcinku: Gdy Magdalena opuściła gabinet, słowa pułkownika Granta wciąż brzmiały jej w uszach. W Eastern & Oriental czekał na nią pokój, praca i niepewność. Ale gdzieś daleko, za linią dżungli i japońskich patroli, istniała obietnica Bangkoku. Tylko czy ekspres, na który liczyła, kiedykolwiek ruszy z peronu?

Inne odcinki powieści i teksty Katarzyny Poznakow znajdziesz tutaj
Książka „Jedwabne nici” tutaj
E-book „Jedwabne nici” tutaj
Zarejestruj się i opisuj swoje podróże

Komentarze