Jedwabne nici, odcinek 34, „W tropikach wszystko ma smak opium”
II Jedwabny świat,
Rozdział 5 Ekspres do Bangkoku,
Co w tym odcinku: Magdalena próbuje odnaleźć siebie w tropikalnym świecie. Wśród whisky, opiumowych oparów i kolonialnych masek uprzejmości rodzą się wyznania, pękają iluzje i odsłaniają rany, których nikt nie chce dotknąć. A kiedy nadchodzi wieść o końcu wojny w Europie, w upale George Town nic jeszcze się nie kończy – wszystko dopiero zaczyna się komplikować.
Każdą chwilę wolną od zadań wyznaczanych jej przez pułkownika Granta Madeleine spędzała z Kate, Maggie i Robertem. Po kolacji siadali w ogrodzie hotelu, patrzyli na morze i opowiadali sobie swoje przygody. Skoro tylko słońce schowało się za horyzontem, przenosili się do pokoju Madeleine, żeby uniknąć ataku komarów. Tutaj mogli spokojnie słuchać muzyki, palić papierosy i popijać whisky, nie narażając się na krytyczne spojrzenia. Robert podobał się Madeleine. Zielone oczy i ciemne włosy, subtelne rysy twarzy, był trochę podobny do Dominika. Ten sam typ urody, lecz Robert był wyższy. Nie uszło jej uwadze, że chłopak podoba się też Maggie. Kate zauważyła kokieteryjne zachowanie obydwu kobiet i cierpko stwierdziła, że są bez szans, bo Robert jest w żałobie po stracie żony. Faktycznie wyglądało na to, że sam Robert nic sobie nie robił z damskiego zainteresowania. Opowiadali sobie historie z mottem – mój pierwszy pocałunek, mój pierwszy raz, mój pierwszy rausz – szczerze i bez pruderii. Ośmielona atmosferą Madeleine również wyjawiła swoją tajemnicę. Wyjazd z Polski, wojna, pobyt we Francji, zmiana nazwiska, podróż do George Town. Odważyła się nawet odsłonić przed nimi historię o jedwabnych niciach. Wymagało to przełamania, bo chociaż ciągle wierzyła w jej sens, to jednak nie chciała wyjść na prowincjuszkę, która opowiada bajki dla dzieci. Kate i Maggie wysłuchały historii, nie okazując większych emocji.
– Jaka piękna metafora! – skomentował Robert. – Z kim jeszcze łączą cię dzisiaj jedwabne nici?
– Jedynie z ciotką Jeanine – odpowiedziała bez namysłu.
– A twoja rodzina w Polsce?
– Nie widziałam ich przez ostatnich kilka lat. Kiedy przyszła wiadomość o ich śmierci, zabolało mnie to, ale pomogło mi pożegnać się z Europą. Nie, z nimi nie łączą mnie już jedwabne nici. Już nic nie da się z tym zrobić. To zamknięty rozdział – stwierdziła smutno.
– To niemożliwe! Przecież coś musisz odczuwać, jeżeli mówisz o nich albo o swoim kraju! – drążył zaintrygowany Robert.
– Tak, mam miłe wspomnienia Bożego Narodzenia u dziadków, spacerów po Warszawie z moją przyjaciółką Zuzą, malarskich sesji nad Wisłą, sernika mojej mamy.
– To wszystko? Dlaczego nie masz innych wspomnień związanych ze swoim krajem? W Polsce była przecież wojna – Robert był trochę rozczarowany, bo spodziewał się płomiennej patriotycznej wypowiedzi o kraju dotkniętym przemocą zbrojną i jej konsekwencjami, a w zamian usłyszał letnią, prawie obojętną odpowiedź.
– Mam wrażenie, że podświadomie męczy mnie poczucie winy, że nie przeżyłam tego piekła, co moja rodzina; może dlatego trudno mi o tym mówić – odpowiedziała cicho.
– Być może – stwierdził wyrozumiale.
– Za to prześladuje mnie wspomnienie rozmowy, w której dziadek powiedział mojemu ojcu, że nie warto inwestować w moje wykształcenie, bo i tak wyjdę za mąż, urodzę dzieci i będę panią domu. Myślę, że we wszystkim, co robię, chcę sobie udowodnić, że sama decyduję o tym, jak ma wyglądać moje życie. Może dlatego jestem tutaj, a nie w Polsce? – zapytała samą siebie.
– Robert, co ty ją tak natrętnie wypytujesz? – przerwała Kate.
– Chcę ustalić reguły tej metafory o jedwabnych niciach – Robert elegancko powrócił do tematu.
– Kate, to dla mnie żaden problem mówić o tych sprawach.
– Wiesz, Mady – kontynuował Robert – twoja metafora pomaga mi zrozumieć moje cierpienie. Ciągle jeszcze wiążą mnie silne jedwabne nici z nieżyjącą żoną, Joanne.
Kate i Maggie popatrzyły po sobie. Robert po raz pierwszy mówił cokolwiek na temat żony. Do tej pory skwapliwie unikał tego tematu albo dawał tylko wymijające odpowiedzi.
– Tak jak ty uwolniłaś się od tych więzów w stosunku do rodziców, tak ja powinienem się uwolnić od Joanne. To nie pomaga żyć, jeżeli ciągle jest się związanym silnymi nićmi z nieżyjącymi ludźmi – wyznał.
– Tak, Robert, masz rację. Jeżeli się uwolnisz, pozostanie ci jedynie wspomnienie. Ale to też dużo – przyznała skwapliwie Madeleine.
– Uważasz, że to wystarczy dla wielkiej miłości? – zastanowił się Robert.
– Tak – potwierdziła z siłą. – W naszym sercu jest miejsce na miłe i niemiłe wspomnienia. Ważne są tylko te, które pomagają nam lepiej zrozumieć świat. Czy to ma w życiu znaczenie, w co byłam ubrana na szkolnym balu noworocznym?
– Gdzie w twoim sercu jest miejsce na Dominika? – wtrąciła się nagle Maggie.
– To pierwsza miłość i namiętność, ale on zdradził moje i swoje uczucia. To wspomnienie wielkiego rozczarowania, które pozostanie w moim sercu, bo nie chcę drugi raz przeżyć czegoś podobnego.
Robert i dziewczyny postanowili wybrać się na party do Czong Lu, syna chińskiego barona cyny. Była już ciemna noc i przemykali się chyłkiem, jakby chodziło o tajną misję. Zbliżyli się do chińskiej willi, której okazały front oświetlały pochodnie. Przed wejściem stały kamienne rzeźby przedstawiające groźne, fantazyjne stwory. Przednia część domu – krużganek o wysokich i strzelistych kolumnach – była oświetlona czerwonymi lampionami, które wskazywały drogę do części mieszkalnej. Spadzisty dach wykończono na obrzeżach metalowymi finezyjnymi rzeźbami dużych i małych smoków. Cały dach wyglądał jak ogromny kapelusz z fantazyjnie udekorowanym rondem. Ostrożnie przekroczyli typowy dla chińskich domów wysoki próg i znaleźli się w dużym pomieszczeniu o krwistoczerwonych ścianach.
Złote dekoracje rzucały się w oczy mimo skąpego światła i ciężkiej smugi dymu. Madeleine rozpoznała kilku europejskich sąsiadów z Eastern & Oriental smętnie tańczących w takt amerykańskiego swingu. Wszystko to wyglądało na senne i nierzeczywiste. Gospodarz, młody Chińczyk, wylewnie przywitał się z Kate, rozmawiali przez chwilę i Czong Lu opuścił na moment towarzystwo. Wrócił z fajką wodną i postawił ją przed przybyszami. Kate od razu namiętnie oddała się paleniu, dołączyli do niej Maggie i Robert. Madeleine, ośmielona kilkoma kieliszkami wypitej whisky zapytała Czong Lu, co oznaczały uszczypnięcia w pagodzie. Ze śmiechem wyjaśnił, że jego rodacy wierzą, że biała skóra jest czymś szlachetniejszym, jej dotknięcie przynosi szczęście. Pouczona przez pułkownika Granta powstrzymała się od komentarza.
Chińczyk wydał się jej interesującym rozmówcą, zamierzała kontynuować rozmowę, kiedy Kate przysunęła do niej fajkę. Pociągnęła kilka razy. Poczuła dziwny cynamonowy smak. Rozluźniająca fala rozlała się po całym ciele. Czong Lu opowiadał coś o Konfucjuszu, Buddzie i chińskim kalendarzu. Przyglądała mu się z zaciekawieniem, była zaskoczona mieszanką nonszalancji i szlachetności jego ruchów i gestów. Pogładziła go po policzku, zaśmiał się krótko i w odpowiedzi też pogłaskał ją po twarzy. Przytuliła się do niego, jego ciało było twarde i naprężone, jak ciało Josepha Howarda przy pobieraniu miary. Przejechała ręką po jego włosach. Zastanawiała się, czy powinna powiedzieć coś miłego Czong Lu. Poczuła gwałtowne szarpnięcie, Robert raptownie odciągnął ją od Chińczyka.
– Mady, czy ty zwariowałaś? Najpierw opowiadasz o jedwabnych niciach, wielkiej miłości, a teraz rzucasz się na pierwszego lepszego? – syknął oburzony.
– Robert, o co ci chodzi? Zostaw mnie w spokoju, idź do Maggie, ona cię pocieszy – wypowiedziała, lekko bełkocząc.
– Przestań być wulgarna – próbował ją odciągnąć od Czong Lu. – Wracamy do hotelu.
– Zostaw mnie – wyrwała mu się. – Wrócę z Kate.

Madeleine otworzyła oczy i spojrzała na budzik. Pokazywał wpół do dziewiątej. Była umówiona z pułkownikiem na wpół do ósmej. Zerwała się z łóżka i pobiegła do łazienki. Spojrzała w lustro i zobaczyła bladą zjawę z podkrążonymi oczami. Z przerażeniem odwróciła głowę. Zrobiło się jej niedobrze. Szybko zbliżyła się do muszli, uklękła, objęła ją i jak na żądanie z ust trysnęła cała zawartość jej żołądka. Chwilę klęczała przed klozetem osłabiona wysiłkiem, z jakim ciało oswobodziło się z grzechów poprzedniego wieczoru. Wstała z trudem i nalała wodę do miednicy. Usłyszała pukanie. Lekko uchyliła drzwi.
– Pułkownik Grant czeka na miss Mady już od godziny – poinformował ją rzeczowo żołnierz.
– Trochę się źle czuję. Proszę przekazać pułkownikowi, że będę u niego za kwadrans – wydusiła z siebie ostatkiem sił.
Na chwiejnych nogach szła przez hol do gabinetu komendanta. Przez otwarte drzwi zajrzała do pokoju lekarskiego, gdzie Robert rozmawiał z pacjentem. Wyglądał dobrze, za to Kate była blada jak płótno. Madeleine kiwnęła jej na powitanie. Żadnej reakcji.
– Witam, miss Mady – zaczął pułkownik. – Jak wytłumaczy mi pani swoje spóźnienie?
– Przepraszam, pułkowniku Grant. Zjadłam wczoraj coś nieświeżego na kolację, mam problemy z żołądkiem. Całą noc się męczyłam, nie mogłam spać. Kiedy w końcu zasnęłam, nie usłyszałam budzika. Jeszcze raz przepraszam – zaserwowała mu historyjkę, mając nadzieję, że w nią uwierzy.
– Nie spodziewałem się, że potrafi pani tak kłamać.
Spojrzała na niego krótko i zaraz spuściła głowę.
– Zadziwiające, że pani, miss Kate i miss Maggie miałyście tego samego wieczoru problemy z żołądkiem. Myślę, że to nie kolacja w hotelu, tylko u Czong Lu wam zaszkodziła.
– Tak, tak, to na pewno tam zjadłyśmy coś niedobrego – przyznała, dalej wpatrując się w podłogę. Za wszelką cenę chciała zakończyć tę rozmowę.
– Jestem rozczarowany pani zachowaniem. Nie spodziewałem się, że tak szybko popadnie pani w alkohol i narkotyki – stwierdził Grant zatroskanym tonem.
– Alkohol i narkotyki? O czym pan mówi, pułkowniku? – popatrzyła na niego jakby wyrwana ze snu.
– Niech pani nie udaje naiwnej, miss Mady. Dobrze wiem, że palicie papierosy i popijacie whisky w pani apartamencie. A skąd te wymioty i problemy z żołądkiem?
– Paliłam wczoraj u Czong Lu fajkę wodną. Tego najwyraźniej było za dużo – przyznała skruszona.
– Fajka wodna? Przecież widzę wyraźnie, że ma pani typowe objawy po spożyciu opium. Czong Lu zawsze serwuje swoim gościom opium z fajki wodnej. Kto za to płacił? – pułkownik podniósł głos, co nie wróżyło niczego dobrego.
– Nie mam pojęcia – przyznała prawie szeptem.
– No tak, pewnie znowu miss Kate – odpowiedział szyderczo.
– Kate? Nic o tym nie wiem.
– Miss Mady, czy pani naprawdę nic nie dostrzega?
– Nie! Proszę, niech mi pan wszystko powie! Nie jestem i nie chcę być narkomanką! Co jest z Kate?
– Nie zauważyła pani, że ona codziennie pali fajkę?
– Tak, ma taką małą fajkę. Widziałam, że sypie do niej tytoń z papierosów – potwierdziła, nie widząc w tym fakcie nic specjalnego.
– Czy pani kiedykolwiek tę fajkę paliła?
– Nie.
– No właśnie. Ona pali z tej fajki opium. Tytoń dosypuje po to, żeby zmylić otoczenie – objaśnił pułkownik.
– Dlaczego ona to robi?
– Myślę, że to, co przeżyła na wojnie, złamało ją.
– Ale ona opowiada zawsze różne humorystyczne historie – Madeleine ciągle nie mogła uwierzyć w to, co usłyszała.
– To jest tylko zasłona, mechanizm obronny, żeby uciec przed bolesnymi przeżyciami.
– Jak mogę jej pomóc? – przyszło jej instynktownie do głowy.
– Najlepsze, co pani może zrobić, to sama nie popaść w taką zależność – przestrzegł ją Anglik.
– Miss Kate musi wrócić do Ameryki i poszukać pomocy u specjalisty.
– A Maggie i Robert? Czy oni o tym wiedzą?
– Oczywiście! Kiedy po raz kolejny znalazłem miss Kate nieprzytomną w holu, miss Maggie opowiedziała mi o wszystkim – potwierdził Grant.
– Czy ma sens, żebym porozmawiała z Kate na ten temat?
– Nie wiem – przyznał bez entuzjazmu. – Ona nie przyznaje się do swojego uzależnienia. Niech pani chroni przede wszystkim siebie. Whisky i opium są tutaj najlepszym środkiem na zagłuszenie złych wspomnień. Kate nie jest jedyną osobą, która to robi.
– Dziękuję panu, panie pułkowniku, za to ostrzeżenie. Jakie zadania ma pan dzisiaj dla mnie?

Pobyt w George Town zaczął ciążyć nie tylko Madeleine, ale także Kate, Maggie, Robertowi i wszystkim innym stacjonującym w hotelu. Ranni i uciekinierzy z japońskich więzień doszli już do siebie. Czuło się atmosferę nerwowego wyczekiwania. Wszyscy wyglądali nadejścia czegoś, co pozwoliłoby im czerpać nadzieję na przyszłość i w końcu opuścić George Town. Możliwości zajęcia były ograniczone. Czas upływał na porządkowaniu posesji, plażowaniu przed hotelem i imprezach okraszanych whisky i opium. Madeleine zauważyła, że ten stan wyczekiwania udzielał się też europejskim mieszkańcom okolicznych willi. W czasie spotkań towarzyskich mogła zaobserwować, że faktycznie uzależnienie od opium było problemem nie tylko Kate. Prowadząc rozmowy o życiu i o świecie, odnosiła wrażenie, że powodem nałogu uczestników party nie były traumatyczne przeżycia wojenne, lecz bezczynność. Wojna nie ograniczyła ich finansowo. Malajscy i hinduscy służący ciągle dbali o swoich pracodawców. Najbardziej doskwierały japońskie ograniczenia dotyczącego swobodnego poruszania się. Wprowadzanie godziny policyjnej i zakazu podróżowania były częstymi powodami załamania nerwowego. Mieszkańcy willi czuli się, jakby byli uwięzieni we własnych domach. W takiej sytuacji opium pozwalało przetrwać.
W hotelu komendant Grant miał coraz większe problemy ze dyscyplinowaniem swoich ludzi. Kończyły się zapasy i pieniądze. Wiadomość o zakończeniu wojny w Europie przyszła w samą porę. Biali mieszkańcy George Town, nie bacząc na upał, wylegli na ulicę, żeby koniecznie podzielić się z innymi tą wiadomością. W hotelu od razu zorganizowano z okazji zwycięstwa victory party, na którym pojawili się wszyscy rezydenci i europejscy mieszkańcy miasta. Żaden z chińskich znajomych z opiumowych przyjęć nie został zaproszony, na liście gości nie było też ani jednego pracującego dla hotelu Malaja czy Hindusa.
– Robert, dlaczego pułkownik nie zaprosił na przykład Czong Lu czy Malajów, którzy dostarczają nam warzywa? – interesowała się Madeleine.
– Powinnaś zapytać pułkownika, a nie mnie. Dzielnie mu pomagałaś w przygotowaniach i widziałaś, kto jest zaproszony, a kto nie. Mogłaś go zapytać – stwierdził.
– Po tej historii z opium nie miałam odwagi z nim rozmawiać na takie tematy – przyznała.
– Zwycięstwo w Europie ma znaczenie tylko dla nas, Europejczyków, i dla Amerykanów. Dla Malajów nic się nie zmieniło. Ich rola ogranicza się ciągle jedynie do obsługi, a my pozostajemy ich kolonizatorami, dlatego to nie jest dla nich żaden powód do świętowania. Poza tym, Mady, mam wrażenie, że ty ciągle nie rozumiesz jednego. My mamy prawo do nich chodzić na przyjęcia, tak jak do Czong Lu, jednak nie otrzyma on zaproszenia zwrotnego, bo nie jest jednym z nas. Jego rodzina ma tylko dużo pieniędzy, nie ma jednak pozycji, która jest równa brytyjskiej.
– Nie uważasz, że jest to rasistowskie podejście? – Madeleine próbowała go ściągnąć z piedestału samozadowolenia.
– Być może, ale nasz wyższy poziom rozwoju cywilizacyjnego usprawiedliwia to nastawienie – odparł pewny swojej racji.
– Wiesz, Robert, nigdy nie zrozumiem was, Brytyjczyków. Raz Grant zrugał mnie za uwagi o konfucjanizmie, wychodząc w moich oczach na światowego, tolerancyjnego dżentelmena. Ty, wykształcony człowiek, prezentujesz się jako rasista pierwszej klasy…
– Mady, nie ma w tym sprzeczności! – przerwał jej. – Okazywać tolerancję i uprzejmość wobec Chińczyków czy Malajów to nasz obowiązek jako przedstawicieli bardziej rozwiniętej cywilizacji. To nieetyczne źle traktować słabszych. Ujawniać swoje prawdziwe myśli mogę tylko komuś równemu sobie, z białej cywilizacji, na przykład tobie.
Madeleine wykrzywiła twarz, okazując niezrozumienie.
– Podejrzewam, że trudno ci to zrozumieć. Polacy nigdy nie byli wielkimi kolonizatorami, stąd ten typ myślenia jest ci pewnie obcy. Sama jednak widziałaś, Czong Lu akceptuje tę sytuację – zaśmiał się uprzejmie.
– Nie jestem tego taka pewna – opowiedziała skwaszona.
– Czego nie jest pani pewna, miss Mady? – przyłączył się nagle do rozmowy pułkownik Grant.
– Nie jestem pewna, jak długo muszę jeszcze czekać na ekspres do Bangkoku – błyskawicznie zmieniła temat.
– Informacje z Europy wpłyną na pozycję Japończyków w Azji. Myślę, że już niedługo będzie pani mogła wyjechać do Bangkoku.
– To samo mówił pan na początku, a jestem tutaj już trzy miesiące – stwierdziła z przekąsem.
– Niech mi pani wierzy, tym razem to naprawdę nie potrwa długo.
Co w następnym odcinku: Obietnica wyjazdu do Bangkoku brzmi jak wybawienie, ale w powietrzu wisi coś ciężkiego, czego nikt nie wypowiada na głos. W hotelu świętują zwycięstwo Europy, lecz w tropikach wojna ma inne reguły. Czy naprawdę Magdalena będzie mogła wyjechać, zanim George Town wciągnie ją tak samo jak Kate?

Inne odcinki powieści i teksty Katarzyny Poznakow znajdziesz tutaj
Książka „Jedwabne nici” tutaj
E-book „Jedwabne nici” tutaj
Zarejestruj się i opisuj swoje podróże

Komentarze