Jedwabne nici, odcinek 37, „Bangkok o świcie: gesty, które znaczą więcej”
II Jedwabny świat,
Rozdział 6 Ambasada,
Co w tym odcinku: W dusznym, porannym świetle Bangkoku Madeleine wciąż uczy się kraju, który jednocześnie ją zachwyca i onieśmiela. Gesty i słowa, których nie rozumie. A potem salon Mister Jerry, jak wyrwany z jej warszawskiego dzieciństwa, gdzie jedwab potrafi rozpalić konflikt i zmienić hierarchię. Dni przesuwają się leniwie, aż do momentu, gdy o świcie sylwetki mnichów stoją na drodze między klasztorem a świątynią. I nagle wszystko nabiera znaczenia. To opowieść o patrzeniu. O uczeniu się świata od nowa.
Madeleine weszła do jadalni i zastała tam tylko Anne-Marie.
– Dzień dobry – powitała ją.
– Dzień dobry. Jak się spało?
– Wyśmienicie! Prawie żadnych ukąszeń – powiedziała Madeleine, wskazując na swoje ramiona.
– To zasługa mojego ojca. Nie wiem, skąd on wytrzasnął te moskitiery. One są na prawdę znakomite – oznajmiła ze śmiechem.
– Słuchaj, czy z tym klękaniem służących przed nami to normalne? – Madeleine zmieniła nagle ton i wątek. – Zagadnęłam Yanga na ten temat i mówił o szacunku…
– Tak – przerwała jej Anne-Marie – to jest normalne i Tajowie traktują to poważnie, chociaż Syjam nigdy nie był kolonią i nikt ich do tego nie zmusił.
– Czuję się nieswojo, kiedy służba pada przede mną na kolana – wyznała Madeleine.
– Musisz się to tego przyzwyczaić – poradziła Francuzka. – Ojciec mówi, że należy zostawić Tajów z ich przekonaniami w spokoju. W ten sposób powinniśmy okazywać tolerancję w stosunku do nich; nawet jeśli nam kojarzy się to z niewolniczym poddaństwem, to dla nich ma zupełnie inne znaczenie.
– Ciekawe – zastanowiła się Madeleine. – Czy wiesz, dlaczego Yang mówi, że „to nie jest dobre dla Syjamu”? – próbowała przy tej okazji rozwiązać następna zagadkę.
– Ach, to jest taka formułka grzecznościowa, kiedy nie mają ochoty tłumaczyć nam powodów swojego zachowania – wyjaśniała Anne-Marie.
– Nie wpadłam na to. Ale chodzi mi o coś innego. Dlaczego on mówi o Syjamie, a twój ojciec o Tajlandii?
– Syjam to pierwsza nazwa tego kraju. Obecnie nazywa się Tajlandia, co znaczy „kraj Tajów”, którzy są tutaj większością etniczną. Prawdę mówiąc, wszyscy używają zamiennie obydwu określeń. Tę wymienność znajdziesz nawet w gazetach. No ale gdybyś została zaproszona na przyjęcie do króla czy premiera rządu, to musiałabyś rozmawiać o Tajlandii. Wystarczy? Czy coś jeszcze cię gnębi? – Anne-Marie dała znać, że lekcja wiedzy o kulturze lokalnej została zakończona.
– Czy twoi rodzice już jedli śniadanie? – Madeleine wyczuła sytuację i wróciła do porannej niezobowiązującej konwersacji.
– Tak, ojciec od rana pracuje w biurze ambasady. Matka najczęściej je razem z ojcem, po czym znika w swoim pokoju. Wychodzi do miasta dopiero około południa. Dzisiaj w programie dnia jest wizyta u krawca. Idziesz z nami – zakomenderowała.
– Nie wiem, czy to wypada – wymówiła się Madeleine. Nie była pewna, czy wyniosła Clotilde de Bouvre nie okazywałaby jej przy tej okazji swojej wyższości.
– Ależ, co tam wypada! Czy masz coś lepszego do roboty? Poza tym ojciec powiedział, że trzeba cię traktować jak członka rodziny, więc ty też musisz się zachowywać jak członek rodziny – skonstatowała prostolinijnie Anne-Marie.
Wizyta u krawca przeniosła Madeleine z powrotem w czas dzieciństwa. Salon Mister Jerry przypominał atelier krawieckie madame Sobniewskiej w Warszawie, więc miała wrażenie, jakby czas cofnął się o kilkanaście lat. Uprzejmy Hindus – sam Mister Jerry – powitał je wylewnie i poprowadził do salonu, gdzie usiadły przy stoliku na niskich fotelikach. W rogach pomieszczenia stały lampy jak u madame Sobniewskiej, nawet wyglądały podobnie. Młody Taj od razu podał lemoniadę, klękając przed nimi. Madeleine patrzyła gdzieś w bok, żeby nie okazywać zakłopotania. Ten gest ciągle wydawał się jej niepotrzebną uniżonością. Mister Jerry, wyraźnie rozdrażniony, wydawał podirytowanym głosem polecenia, a pracownicy, wyłącznie mężczyźni, nerwowo biegali po salonie albo coś z nim konsultowali, po czym znikali na zapleczu. Madeleine obserwowała z upodobaniem tę krzątaninę, tak jak wtedy jako dziecko. W końcu Clotilde de Bouvre została poproszona do przymiarki. Kiedy wyszła z przebieralni, Madeleine z trudem powstrzymała śmiech. Suknia była tak obficie zdobiona, że Clotilde wyglądała jak kolorowy, egzotyczny ptak. Nic z dyskretnej elegancji pani ambasadorowej.
– Jak się wam podobam? – zakręciła się z dumą wokół własnej osi.
– Twoja suknia pasuje do orientalnego otoczenia – stwierdziła obojętnie Anne-Marie.
– Znakomity materiał. Co to jest? – chciała wiedzieć Madeleine.
– Jedwab – odpowiedziała Clotilde de Bourvre.
Madeleine była tak zaskoczona innością materiału, że podeszła do niej i dotknęła tkaniny, zapominając o dystansie, jaki chciała zachować w stosunku do żony ambasadora.
– W Europie jest znany tylko cienki jedwab, używany przede wszystkim na bluzki albo ekskluzywną bieliznę. Taki jedwab o grubej fakturze to dla mnie coś nowego – stwierdziła, badając opuszkami palców sploty tkaniny.
– Ale czy ci się podoba? – nalegała Clotilde.
– Madame de Bouvre – zaczęła oficjalnym tonem – niech mi pani wybaczy, ale sądzę, że pani suknia przypomina raczej orientalny strój ludowy niż europejską suknię wieczorową.
Clotilde de Bouvre pobladła ze złości. Nie mieściło się jej w głowie, że osoba, którą właściwie z łaski – na prośbę męża – dobrze traktuje, odważa się wygłaszać taką opinię.
– Madeleine, skąd u ciebie taka pewność siebie w wydawaniu sądów? – wycedziła z zaciśniętymi zębami.
– Moja matka, Jeanine Gaudet, prowadziła w Paryżu przed wojną salon krawiecki. Jej klientką była Bernadette de Mauvoisan, matka ministra rządu francuskiego – wyjaśniła Madeleine. Celowo użyła nazwiska de Mauvoisan. Żona ambasadora należała do osób, na których kontakty ze znanymi ludźmi robią wrażenie.
– Bernadette de Mauvoisan? To znana mi osoba. Co ty masz z tym wspólnego? – Clotilde zdawała się łaskawsza, jakby dźwięk tego nazwiska ujął jej trochę złości.
– Pomagałam matce w projektowaniu i szyciu.
– Znasz się na krawiectwie? – ta informacja wyraźnie ją zainteresowała.
– Tak, trochę.
– Więc co twoim zdaniem należy tutaj zmienić? – ambasadorowa postanowiła sprawdzić, co kryje się za zuchwałą wypowiedzią dziewczyny. Kreacje Mister Jerry’ego już od jakiegoś czasu też budziły jej wątpliwości, lecz nie miała wokół siebie zaufanej i szczerej osoby, która by je potwierdziła. Nie chciała robić krawcowi bezpodstawnych wymówek i popaść z nim w konflikt, a przez to być zmuszona do poszukiwania nowego.
– Przede wszystkim usunęłabym draperie przy rękawach. One tylko poszerzają ramiona. Poza tym… – Clotilde de Bouvre przywołała Mister Jerry’ego i uprzejmie poprosiła, żeby zanotował poprawki, które podała mu Madeleine.
W drodze powrotnej Clotilde wypytywała ją na temat salonu w Paryżu. Madeleine opowiadała o szyciu na miarę, o standardowej konfekcji, o tym, że moda się zmieniła. Clotilde, zachwycona tym, że Madeleine zna się na modzie, narzekała, że od czasu zajęcia Bangkoku przez Japończyków znikli europejscy krawcy, tylko Hindusi albo Chińczycy zajmują się tym interesem, w konsekwencji szyją ubrania, które w Europie są niemodne, bo skąd mają znać kontynentalną modę? Była zdania, że pierwszy krawiec, który będzie szyć modne europejskie ubiory, będzie miał u siebie klientelę ze wszystkich ambasad w Bangkoku.
Po powrocie Madeleine usiadła do niedokończonego listu. Opisała wydarzenia w salonie Mister Jerry i poprosiła ciotkę o przysłanie magazynów mody. Na koniec zadała jeszcze jedno dręczące ją pytanie – co to oznacza, że w Polsce jest komunistyczny rząd? Czy może jeszcze kiedyś wrócić do kraju? Odłożyła pióro, zakleiła kopertę i oddała służącemu do wysłania.
Dni ciągnęły się niemiłosiernie powoli. Przed południem zawsze odbywały się zakupy w ciągle tych samych sklepach albo wizyty u przyjaciółek Clotilde de Bouvre. Po lunchu Madeleine najczęściej siedziała z Anne-Marie w chłodnym salonie, gdzie grały w domino. Czasami dla odmiany brała książkę z biblioteki ambasadora i czytała do zmierzchu. Wieczory spędzała z Anne-Marie w Orientalu w towarzystwie Aleksa Hamptona i Jima Wilsona. Dziwiło ją, że matka Anne-Marie codziennie wyrażała niezadowolenie z powodu tego, że obie panny chodzą do Orientalu, nie podejmowała jednak żadnych kroków, żeby im definitywnie tego zabronić. Z czasem zaczęły umawiać się z Amerykanami na wyprawy po Bangkoku i okolicach. Amerykanie nazywali je Any i Mady. We czwórkę stanowili znakomitą grupę, doskonale się rozumieli, mieli to samo poczucie humoru. Jeździli samochodem Aleksa i oglądali świątynie buddyjskie, pałac królewski. Amerykanin pokazał im rynek, na którym można było kupić przeszmuglowane z Europy towary. Któregoś razu wymknęły się wczesnym rankiem z ambasady, żeby dotrzeć z nimi na „pływający rynek”, gdzie handlarze wyłącznie na łodziach sprzedawali codziennie świeże jarzyny, ryby, wszelkiego rodzaju kraby i mięso.
Innym razem Jim opowiedział, że widział na przedmieściach Bangkoku rytuał codziennego zbierania datków przez mnichów buddyjskich. Zdecydowali wspólnie, że muszą to zobaczyć. Znowu trzeba było zerwać się wcześnie. Krótko przed piątą rano Jim i Alex zabrali dziewczyny spod ambasady i ruszyli w stronę klasztoru buddyjskiego, gdzie miała się odbyć ceremonia. Po drodze Jim wyjaśnił, że obowiązkiem każdego buddysty płci męskiej jest czasowy pobyt w klasztorze i przeżycie ascezy, która ma pomóc w lepszym zrozumieniu religii. Wielu młodych chłopców idzie do klasztoru i po pewnym czasie go opuszcza albo też zostaje, by całkowicie poświęcić się studiowaniu buddyzmu. Mówił, że obowiązkiem społeczności jest łożenie datków na utrzymanie klasztoru buddyjskiego. Madeleine zauważyła, że darowizny związane z utrzymaniem kultu to nic nowego, znała to z tradycji katolickiej. Jim potwierdził to, mówiąc, że jako protestant również brał w tym udział, zapewnił jednak, że tutaj wygląda to inaczej.
Kiedy dojechali przed klasztor, było jeszcze ciemno i pusto, nigdzie żywej duszy. Jim uspokoił ich, że za kilka minut wszystko się zmieni. Wysiedli z samochodu i zgodnie z poleceniem Jima obserwowali wyjście z klasztoru i drogę prowadzącą do pobliskiej świątyni buddyjskiej. Nic się nie działo. Alex poparty przez dziewczyny zapowiedział, że Jim musi zapłacić za śniadanie w Orientalu, jeżeli w przeciągu kilku następnych minut nic się nie wydarzy. Nagle zamilkli. Na drodze między klasztorem i świątynią zaczęli się gęsto ustawiać ludzie, jeden obok drugiego. Każdy z nich miał ze sobą wypełniony koszyk przykryty kawałkiem białego materiału. Usiedli w kucki wzdłuż drogi i pozdrawiali się wzajemnie. Widać było, że się znają, jakkolwiek ich ubranie wskazywało na to, że są to ludzie o różnym statusie. Ich wesoły gwar przerwało głuche bicie buddyjskiego dzwonu oznajmiającego godzinę szóstą. Jak tylko dudnienie ucichło, z klasztoru w kierunku świątyni ruszył szereg mnichów. Szli gęsiego jeden za drugim owinięci w kaszaje i z daleka wyglądali jak kokony jedwabnika morwowego, z których wyglądały ogolone głowy i bose stopy. Każdy z nich niósł przed sobą okrągły koszyk, który – zbliżywszy się do klęczących ludzi – wystawiał w ich stronę, by wypełniali go owocami albo porcją ryżu owiniętą w liść bananowca. Madeleine zauważyła, że rozdawanie jedzenia przebiegało sprawnie, żaden z mnichów nie został pominięty. Nastoletni chłopcy odbierali datki, skłaniając tylko w podzięce głowę. Wszyscy obdarowujący mnichów robili to na klęczkach. Zrobił na niej wrażenie widok pomarszczonej babuleńki na kolanach darującej porcję ryżu małoletniemu mnichowi. Pomyślała, że jeszcze dużo musi się nauczyć o tym kraju, żeby rozumieć jego mieszkańców.
Co w następnym odcinku: Madeleine patrzyła na pomarszczoną staruszkę klęczącą przed chłopcem-mnichem i poczuła, że coś w niej pęka – jakby dotąd widziała tylko powierzchnię tego kraju.
Zanim zdążyła to nazwać, dźwięk dzwonu ponownie przeciął powietrze. Mnisi zatrzymali się. Ludzie zamilkli.

Inne odcinki powieści i teksty Katarzyny Poznakow znajdziesz tutaj
Książka „Jedwabne nici” tutaj
E-book „Jedwabne nici” tutaj
Zarejestruj się i opisuj swoje podróże

Komentarze