Zwykły trekking zamienił się w tragedię. Tragiczna historia turystki z Brazylii
Trzeba mieć naprawdę kosmicznego pecha, żeby podczas zwykłej górskiej wędrówki skończyć w taki sposób. 26-letnia Brazylijka Juliana Marins, która samotnie podróżowała po Azji Południowo-Wschodniej, w drugiej połowie czerwca 2025 roku wybrała się na trekking na Mount Rinjani – drugi najwyższy wulkan Indonezji, znajdujący się na wyspie Lombok. Szła w grupie z przewodnikiem i kilkoma innymi turystami.

W pewnym momencie, wyraźnie zmęczona, poprosiła o krótką przerwę i została nieco z tyłu. Niedługo później poślizgnęła się i spadła kilkaset metrów w dół, w stromy i wyjątkowo niebezpieczny teren w pobliżu krateru.
Zarejestruj się i opisuj swoje podróże
Co szokujące – przeżyła upadek. Nagrania z drona wykonane jeszcze tego samego dnia pokazały, że poruszała się i wołała o pomoc. Była widoczna na zboczu, żywa i świadoma. Niestety, miejsce, w którym utknęła, było ekstremalnie trudne: strome ściany, luźny piach i żwir sprawiały, że każdy ruch powodował kolejne osuwanie się ziemi.
Akcja ratunkowa ruszyła, ale niemal od początku napotykała poważne przeszkody. Gęsta mgła ograniczała widoczność, grunt był niestabilny, a ryzyko kolejnych osuwisk bardzo wysokie. Ratownicy nie byli w stanie szybko dotrzeć do niej pieszo, a warunki pogodowe utrudniały użycie helikoptera i skuteczną pomoc z powietrza. Przez kilka dni trwały próby jej zlokalizowania i ewakuacji, w które zaangażowano liczne służby ratownicze.
Ciało Juliany odnaleziono kilka dni później. Autopsja przeprowadzona w Indonezji, a następnie potwierdzona przez brazylijskich lekarzy, wykazała, że przyczyną śmierci były rozległe obrażenia po upadku – liczne złamania, uszkodzenia narządów wewnętrznych i masywny krwotok. Lekarze uznali, że zgon nastąpił krótko po wypadku, a nie z powodu odwodnienia czy wychłodzenia.
Sprawa wywołała ogromne emocje, szczególnie w Brazylii. Rodzina Juliany ostro krytykowała przebieg akcji ratunkowej, zarzucając opóźnienia i brak odpowiedniego sprzętu. Przewodnik bronił się, twierdząc, że nie porzucił jej celowo. Z kolei indonezyjskie władze podkreślały, że warunki pogodowe i terenowe realnie uniemożliwiały szybszą interwencję.
To jedna z tych tragedii, które przypominają, jak nieprzewidywalna i bezlitosna potrafi być natura w górach wulkanicznych – zwłaszcza gdy zmęczenie, mgła i luźny grunt łączą się w jedną fatalną chwilę. Rinjani jest popularny wśród turystów, ale wymaga ogromnego szacunku i ostrożności. Juliana Marins miała pecha, którego trudno sobie nawet wyobrazić.
Zarejestruj się i opisuj swoje podróże

Komentarze