Jedwabne nici, odcinek 29, „Cisza po wybuchu”

I Pożegnanie z Europą,

Rozdział 4 Pożegnanie z Europą,

Co w tym odcinku: Powrót na statek, którym Magdalena płynie do Azji. Noc na Morzu Śródziemnym powinna być spokojna. A jednak Magdalenę budzi coś, czego nie potrafi nazwać — wstrząs, cisza i niepokój, który wypełnia każdy centymetr statku. Dlaczego kapitan kłamie? Okazuje się, że na morzu prawda tonie szybciej niż statek. A w dali czeka Port Said.

Madeleine obudził silny wstrząs. W ostatnim momencie przytrzymała się poręczy, żeby nie wypaść z łóżka. Co to było? Nasłuchiwała w ciemności. Morze kołysało równomiernie, więc nie był to sztorm. Uspokojona obróciła się na drugi bok i zasnęła. Następny wstrząs znów wyrwał ją ze snu. Usiadła i w bezruchu wsłuchiwała się w odgłosy na statku. Żadnego ruchu, głuchy spokój. Podeszła do okna, żeby sprawdzić, czy coś dzieje się na pokładzie. Głęboka noc nie pozwalała niczego dostrzec. Ponowny wstrząs był tak silny, że odrzuciło ją od okna. I nic. Count of Essex był jak wymarły; żadnej bieganiny załogi, kompletna cisza. Ciche pukanie do drzwi przestraszyło ją.

−     Kto tam?

−     To ja, Jerome. Kapitan pyta, czy nic się mademoiselle nie stało – usłyszała zatroskany głos marynarza. Zarzuciła sweter na koszulę nocną i otworzyła mu.

−     Nie, u mnie wszystko w porządku. Ale co się dzieje? Co to są za odgłosy?

−     Powiem prawdę, ale niech mademoiselle nie wpadnie w panikę i nie krzyczy – wyszeptał konspiracyjnie.

−     Mów, Jerome, mów!

−     Niemiecka łódź podwodna zlokalizowała nas i próbowała wysadzić w powietrze − powiedział szybko.

−     Co ty mówisz? – krzyknęła przerażona.

−     Prosiłem, niech mademoiselle nie krzyczy – znowu zniżył głos do szeptu.

−     Skąd tutaj niemiecka łódź podwodna? Przecież Morze Śródziemne opanowali Amerykanie! – przez myśl przebiegł jej pan Amiguet. Czyżby miał rację, że kapitan nie ocenił odpowiednio ryzyka, na jakie zostali narażeni?

−     To są jakieś niedobitki.

−     Czy już po wszystkim?

−     Tak, kapitan mówi, że tak. Trzeba sprawdzić, czy kilka urządzeń pracuje nadal bez szwanku. Zawiniemy nad ranem do Port Saidu i tam zbadamy stan statku – odpowiedział rzeczowo.

−     To znaczy, że statek nie ma żadnej dziury i nie zatoniemy – odetchnęła z ulgą.

−     Może być mademoiselle spokojna, z kapitanem Smithsonem nie pójdziemy na dno. Proszę, niech mademoiselle się położy. Jutro przy śniadaniu kapitan powie, na jak długo zatrzymamy się w Port Saidzie. Dobranoc.

Zamknęła za nim drzwi i rzuciła się na łóżko. Leżała wpatrzona w ciemność, czując niemiły ucisk w żołądku. Tyle razy myślała o wojnie, o zagrożeniu, ale dopiero teraz poczuła, co to znaczy. Przeprowadzka z Paryża do Aix, zamknięcie salonu ciotki − to były niemiłe zmiany, ale nie decydowały o życiu i śmierci. Rodzina w Polsce przypłaciła wojnę życiem, tam ludzie bronili swego kraju i dlatego ginęli. Ich śmierć miała sens. A ona mogła zginąć jako ofiara wojny, nie biorąc w niej udziału, będąc jedynie przypadkową pasażerką statku handlowego.

Rano przy śniadaniu panowała grobowa cisza. Madeleine nie pojmowała, dlaczego nikt nie chciał rozmawiać na temat wydarzeń ostatniej nocy. Skrępowana milczeniem też nie miała odwagi podjąć tematu. Próbowała wzrokiem nawiązać kontakt z kimkolwiek, jednak wszyscy byli zajęci jajecznicą. W końcu Joseph Howard przerwał zalegającą ciszę.

−     Jakie są pańskie dyspozycje dla pasażerów, kapitanie?

−     Masz na myśli Port Said, Joseph? – zapytał Smithson tonem, jakby chodziło o informację o pogodzie. Pierwszy oficer skinął zakłopotany na potwierdzenie. Wyczuwał oczekiwanie pasażerów i nie mógł pojąć, dlaczego kapitan ociągał się z podaniem jakiejkolwiek wiadomości.

−     Dotrzemy tam za jakąś godzinę – odpowiedział krótko Smithson.

−     Czy otrzymał pan już potwierdzenie z portu, kiedy możemy wpłynąć do kanału? – Howard nadal nieugięcie starał się z niego wyciągnąć informacje użyteczne dla pasażerów.

−     Nie, na razie nie mam terminu przepływu kanału. Najpierw muszę sprawdzić, jaki jest stan statku i jak długo potrwa naprawa.

−     A więc statek jest uszkodzony − stwierdził cierpko pan Amiguet.

−     Ale to pewnie nic poważnego, skoro dalej płyniemy – wtrąciła szybko pani Amiguet, próbując złagodzić narastające napięcie.

−     Proszę państwa, żebyśmy się tutaj ponownie spotkali w południe. Będę wtedy wiedział więcej – zakończył kapitan i niezdecydowanie popatrzył na swoją jajecznicę. Postanowił nie kończyć śniadania i w pośpiechu opuścił salon.

−     Czy kapitana dręczy nieczyste sumienie, Joseph? – zapytał badawczo pan Amiguet.

−     Dlaczego nieczyste sumienie? – pierwszy oficer udał, że zachowanie kapitana absolutnie mu nie przeszkadza i że nie rozumie, do czego nawiązuje Szwajcar.

−     Kapitan wiedział przecież, że przed Kanałem Sueskim ciągle czyhają niedobitki niemieckie i ostrzeliwują wszystko, co się porusza po wodzie. Świadomie narażał nas na niebezpieczeństwo.

Dlaczego kapitan kłamie?

Wypowiedź pana Amigueta zabrzmiała jak oskarżenie. W salonie znowu zapadła krępująca cisza. Madeleine słuchała Szwajcara z otwartymi ustami. Obcy był jej ten rodzaj potyczek słownych z obcymi ludźmi. Była nauczona, że w rozmowie należy być uprzejmym i nie atakować drugiej strony nieprzyjemnymi wypowiedziami. Niechby pan Amiguet miał nawet rację – czy wolno mu tak napadać na kapitana? Przecież wszyscy widzieli, że było mu niezręcznie. Z drugiej jednak strony być może zachowanie kapitana potwierdzało zarzuty pana Amigueta? Madeleine nie potrafiła zająć stanowiska, nie wiedziała, kto ma rację.

−     Przecież to niegodne angielskiego dżentelmena – kontynuował Szwajcar.

−     Monsieur Amiguet, kapitan nigdy nie zrobił niczego, co byłoby niegodne angielskiego dżentelmena – Howard nadal lojalnie bronił kapitana. Madeleine miała wrażenie, że Joseph, nawet jeśli nie podzielał zdania Smithsona, nigdy nie pozwoliłby sobie na okazanie nielojalności wobec przełożonego. Takie zachowanie najwidoczniej było uznawane przez Anglików za niehonorowe.

−     Joseph, ty też zachowujesz się niegodnie, kłamiąc – zarzucił mu Szwajcar.

Howard westchnął głęboko i zacisnął zęby.

−     Monsieur Amiguet, jestem, podobnie jak kapitan, angielskim dżentelmenem i nigdy nie kłamię. Stanowczo wypraszam sobie takie stwierdzenia w imieniu kapitana i moim własnym – wycedził.

−     W porządku – uspokoił się nagle pan Amiguet, wyczuwając w tonie pierwszego oficera, że dalsza rozmowa grozi werbalną konfrontacją. − Nie chcę więcej drążyć tej sprawy, niczego nie mogę wam udowodnić, ale wiedz jedno: ani twoje żałosne wystąpienie, ani milczenie kapitana nie zmienią mojego zdania.

Joseph urażony opuścił pomieszczenie, demonstracyjnie trzaskając drzwiami. Za to Madeleine wstała od stołu i zbliżyła się do pani Amiguet, żeby wypytać ją, co sądzi o tej sytuacji. Ta, nie dostrzegając zamiaru dziewczyny, wstała z miejsca i stanowczo ujmując męża za łokieć, prawie siłą wyprowadziła go z salonu. Madeleine została sama z Jeromem, który zbierał naczynia.

−     Jerome, czy to prawda, co mówił pan Amiguet?

−     Nie wiem, mademoiselle – opowiedział machinalnie.

−     Czy to cię nie przeraża? – chciała wiedzieć, jakie odczucia budziła w nim ta historia. Ale Jerome zbył ją krótkim: − Nie wiem, mademoiselle.

−     Jerome, przestań robić z siebie idiotę. Musisz mieć przecież zdanie na ten temat! – próbowała za wszelką cenę wydusić z niego jakąś konkretną wypowiedź.

−     Należę do załogi statku i nie wolno mi wypowiadać się inaczej niż to podaje kapitan – mężczyzna nabrał wody w usta. Rozmowa z Madeleine była mu wyraźnie nie na rękę. Dziewczyna wyczuła, że najchętniej czmychnąłby czym prędzej do kuchni.

−     Ach, nie ma sensu ta dyskusja z tobą – żachnęła się zrezygnowana.

Port Said, Egipt

Statek powoli płynął w stronę portu. W oddali widniała sylwetka miasta. Madeleine przechadzała się po pokładzie, obserwując przygotowania do zawinięcia. Od morza powiewała lekka śródziemnomorska bryza. Zrobiło się znacznie cieplej, zdjęła sweter i zarzuciła go na ramiona. Zbliżyła się do mostku kapitańskiego, drzwi były otwarte i dobiegły ją odgłosy kłótni kapitana i pana Amigueta. Chciała podejść bliżej, żeby usłyszeć pojedyncze słowa, lecz drogę zastąpił jej Joseph Howard.

−     Czy mogę w czymś pomóc, mademoiselle? – zapytał słodkim głosem, zupełnie nietypowym dla niego.

−     Tak, Joseph. Czy możesz mi wyjaśnić, co się tutaj dzieje?

−     Co mademoiselle ma na myśli? – Howard pozorował, że jej nie rozumie.

−     Proszę cię, nie udawaj głupiego. Czy to prawda, co mówił pan Amiguet? – Madeleine kontynuowała bez ogródek. Miała już dosyć niedomówień i insynuacji, które wisiały w powietrzu. Chciała wiedzieć, co ich czeka, nawet jeśli podejrzenia Szwajcara miałyby się potwierdzić.

−     Madeleine, wiesz, że nigdy nie naraziłbym cię na niebezpieczeństwo − Howard zmienił nagle ton i popatrzył jej głęboko w oczy.

Poczuła się nieswojo, przygwożdżona jego spojrzeniem. „Co chciał przez to wyrazić?” − zastanawiała się poirytowana. Byli przecież tylko dobrymi kolegami. Joseph był dla niej znakomitym nauczycielem angielskiego i nic ponadto. Czy swoim zachowaniem dawała mu podstawy, żeby mógł oczekiwać czegoś więcej niż tylko koleżeństwa?

−     Ale to nie chodzi o ciebie, tylko o kapitana! – odpowiedziała nagle ze śmiechem, pozornie nie dostrzegając drugiego dna jego wypowiedzi.

−     Nie widzę powodu, dla którego kapitan miałby nas narażać – odpowiedział poważnie.

−     To dlaczego pan Amiguet go tak atakuje? Na początku podróży też go o to pytał – drążyła uparcie, mając nadzieję, że swoimi pytaniami uda się jej skoncentrować jego uwagę na temacie niemieckich łodzi podwodnych i stanowisku kapitana.

−     Nie wiem, dlaczego on to robi. Ale jego zarzuty są nielogiczne, nie uważasz? – odparł, tym razem uśmiechając się po szelmowsku.

Onieśmielił ją swoim zachowaniem. Nie była pewna, czy te zmiany w głosie są z jego strony niezobowiązującą koleżeńską grą, czy też rzeczywiście oznaką jego zainteresowania.

−     Joseph, odpowiadasz pytaniem na pytanie, a na dodatek tak je formułujesz, że muszę ci przyznać rację, bo inaczej sama wyjdę na idiotkę – próbowała nadać swojej replice jak najbardziej kumpelski ton i nawrócić konwersację na niezobowiązujące tory.

Spodobała mu się jej odpowiedź i zaśmiał się krótko. Nie potrafił być tak otwarty jak ona, podobało mu się, że zwracała się do niego na „ty”, kiedy byli sami. Fascynowało go, że tak błyskotliwie potrafiła zmieniać dystans między nimi. W obecności kapitana odgrywała rolę mademoiselle i była oficjalnie sztywna. Na lekcji angielskiego była kumplem, z którym można było znakomicie pożartować. Nie potrafił jednak znaleźć drogi, żeby zbliżyć się do niej jako do kobiety. Próbował jej okazać swoje zainteresowanie, ale nie był pewien, czy ona to dostrzega.

−     Widzisz, wszystko znakomicie zrozumiałaś – zakończył.

Co w następnym odcinku: Wyprawa do orientalnego Port Said. Magdalena dostaje szansę, by pokazać, co naprawdę potrafi. Szybko okazuje się, że jej determinacja potrafi zaskoczyć nie tylko ją samą, ale nawet kapitana i towarzyszy podróży.

Inne odcinki powieści i teksty Katarzyny Poznakow znajdziesz tutaj

Książka „Jedwabne nici” tutaj

E-book „Jedwabne nici” tutaj 

Zarejestruj się i opisuj swoje podróże

Powiązane Artykuły

Komentarze

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *