Jedwabne nici, odcinek 33, „Pod ciężarem tropików”

II Jedwabny świat,

Rozdział 5 Ekspres do Bangkoku,

Co w tym odcinku: Tropikalna wilgoć wdziera się do pokoju jak nieproszony gość. Kurz unosi się w powietrzu, bębny dudnią, a czerwony smok z innego świata przecina hotelowy hol. Magdalena wkracza w Azję, gdzie wśród kadzideł, komarów i filozofii Konfucjusza rozpoczyna się jej podróż, znacznie trudniejsza niż ta, którą odbyła statkiem.

 

Jak tylko weszła do pokoju, od razu zrozumiała, dlaczego pułkownik Grant, rozmawiając z nią, podkreślił, że otrzyma osobny pokój. Jej kwatera była jedną z niewielu, która nie była używana jako sala szpitalna. Był to apartament hotelowy. Niewielki salon z widokiem na morze łączył się przez rozsuwane drzwi z sypialnią, skąd prowadziło wejście do łazienki z marmurową wanną. Mahoniowa podłoga, mahoniowe meble, gruby perski dywan − był to prawdziwy luksus, ale pokryty grubą warstwą kurzu. Szybkim ruchem odsunęła firankę, żeby otworzyć okno, i chmura kurzu opadła jej na twarz. Zakaszlała, zakrztuszona pyłem. Do tego z otwartego okna buchnęła gorąca tropikalna wilgoć, która natychmiast przylepiła pył do twarzy. Dotknęła policzka i poczuła błotnistą maź. Ruszyła do łazienki, żeby zmyć brud. Odkręciła kran, a z niego poleciała żółtobrunatna woda. Nabrała jej w dłonie i poczuła, że ma dziwny, nieprzyjemny zapach. Ogarnęło ją obrzydzenie. Poszła z powrotem do pokoju, żeby w walizce odszukać chusteczkę do nosa. Przetarła nią twarz, spojrzała na pozostawione na niej czarne smugi i w lot pojęła zadanie, jakie powierzył jej pułkownik Grant.

Z rozrzewnieniem popatrzyła na ustawioną w kącie salonu maszynę do szycia. Kapitan Smithson twierdził, że gwarantuje ona w Azji przetrwanie. Tutaj potrzebna była najpierw czysta woda, a dopiero później można było pomyśleć o czystej bluzce. Z rozmyślań wyrwał ją hałas. Ogłuszające walenie w bęben przeszywało tropikalne powietrze. Wyszła z pokoju, żeby zobaczyć, skąd dochodzi ta wrzawa. Przechyliła się przez balustradę i zobaczyła ogromnego czerwonego węża. Zainteresowana maskaradą, zbiegła do holu. Wąż z głową smoka ziejącego ogniem poruszał się w takt wystukiwany na wielkim bębnie. Kilku mężczyzn, których nogi widać było pod przebraniem, przesuwało się zygzakiem. Widzowie tego przedstawienia klaskali miarowo. Po jakimś czasie przebrani mężczyźni zaczęli chodzić wśród zebranych i zbierać datki. Jeden z nich podszedł do pułkownika Granta i skłonił się przed nim jak przed królem. Grant wrzucił coś do miseczki, Chińczyk skłonił się jeszcze dwa razy, po czym rzucił coś do swoich kolegów i zgiełk stał się jeszcze głośniejszy. Odurzona hałasem Madeleine zauważyła, że młoda kobieta stojąca przy recepcji uporczywie machała, dając znaki, żeby do niej podeszła.

–     Jestem Kate – krzyknęła na powitanie, próbując zagłuszyć zgiełk.

–     Nazywam się Madeleine Gaudet – wykrzyczała w odpowiedzi.

–          Tak, tak, wiem, nasza francuska mademoiselle – Kate pociągnęła Madeleine za recepcję, gdzie hałas nie był tak dokuczliwy.

–     Skąd jesteś?

–     Z Filadelfii.

–     Z Ameryki? Co cię pognało w te strony?

–     Pracowałam dla Czerwonego Krzyża, razem z Maggie – wskazała na koleżankę opodal. − Byłyśmy w Singapurze, Kuala Lumpur i w Bangkoku. Teraz jesteśmy tutaj i pomagamy jako sanitariuszki.

–     Co to za maskarada?

–     Chiński nowy rok.

–     Aha, rok koguta. Słyszałam.

–     To mój rok. Jestem spod znaku koguta – stwierdziła z dumą Kate.

–     A kiedy się urodziłaś według naszego kalendarza? – Madeleine próbowała dociec, jak ten chiński kalendarz pasuje do tego, który znała.

–     Piętnastego czerwca tysiąc dziewięćset dwudziestego pierwszego roku – Kate rzucała odpowiedzi z szybkością karabinu maszynowego.

–     Aha, jesteś spod znaku bliźniąt.

–     A ty? Kiedy się dokładnie urodziłaś?

–     Jestem o rok młodsza. Ale też z czerwca, tysiąc dziewięćset dwudziestego drugiego roku.

–     Myślę, że jesteś spod znaku psa – Kate błyskawicznie postawiła diagnozę. – Najlepiej zapytaj pułkownika. Chiński kalendarz i horoskop to jego pasja.

–     Pierwszy raz o tym słyszę – przyznała Madeleine – w Europie jest nieznany. Czy Chińczycy liczą czas według tego kalendarza?

–     Nie, to jest już tylko ich tradycja. Tak jak ten taniec ze smokiem. Ma przynieść szczęście w nowym roku – Kate poinformowała ją ze znawstwem.

–     Smok? Myślałam, że to wąż – Madeleine przyłapała się na tym, że zaczęła mówić tak szybko jak Kate. – Byłaś w Bangkoku, prawda? Jaki jest Bangkok? – zahaczyła o znajomy temat.

–     Fascynujący, a ludzie, Tajowie, to najserdeczniejsi Azjaci, jakich znam – Kate pociągnęła ją w stronę fotelików za recepcją. Widać było, że zna każde sekretne miejsce w hotelu.

– Moim celem jest Bangkok – Madeleine była uszczęśliwiona, że nareszcie znalazł się ktoś, kto mógł jej coś o tym miejscu opowiedzieć.

–     A co ciebie tam ciągnie?

–     Rodzina mnie tam wysłała – odpowiedziała zdawkowo.

–     Będziesz sama? – zapytała zaciekawiona Amerykanka, zapalając małą damską fajkę.

–     Nie, będę u przyjaciela ojca w ambasadzie francuskiej. Moi rodzice dojadą, jak tylko uregulują sprawy majątkowe we Francji – Madeleine, wypowiadając te słowa, poczuła się nieswojo. Nie chciała więcej rozmawiać na ten temat.

–     Kate, czy ty jesteś chora? – zmieniła temat.

–     Chora? – jej oczy zrobiły się okrągłe ze zdziwienia.

–     Masz dziwną wysypkę, zauważyłam ją też u Maggie i kilku żołnierzy.

–     Wiesz, jak nazywa się ta choroba? – zaśmiała się Kate. – Komary!

–     Komary?

–     Tak. Najważniejsza w tropikach jest siatka przeciwko komarom, którą wieszasz nad łóżkiem jak baldachim – poinformowała Amerykanka.

–     Dlaczego nad łóżkiem?

–     Bo te wampiry atakują nocą. Sęk w tym, że nie mamy siatek, dlatego wszyscy wyglądamy, jakbyśmy mieli ospę wietrzną – dokończyła.

–     Nie ma tu jakiegoś środka na komary?

–     Kupujemy u Chińczyków jakąś miksturę, ale tak śmierdzi, że jak się nią posmarujesz, to nie możesz spać od bólu głowy. Smarujemy się następnego dnia, bo ona łagodzi też swędzenie i opuchliznę – wyjaśniła Amerykanka.

–     Nie mam nic na komary – stwierdziła Madeleine bezradnie.

–     Nie martw się, dam ci trochę tej maści – pocieszyła ją.

Chińczycy zakończyli swój taniec ze smokiem i opuścili hol. Hałas zelżał i Kate pociągnęła za sobą Madeleine, żeby przedstawić ją Maggie i Robertowi.

Okazało się, że Maggie też jest Amerykanką i pochodzi z Filadelfii. Robert był angielskim lekarzem, który krótko przed wojną ukończył medycynę i zdecydował się pierwsze doświadczenia zawodowe zdobyć jako lekarz wojskowy. Był raczej powściągliwy w swoich opowiadaniach, za to Maggie z werwą relacjonowała przeżycia z Singapuru, wspominając przy tym o Japończykach, o konieczności dyslokacji na północ Półwyspu Malajskiego, o opatrywaniu rannych żołnierzy. Madeleine słuchała tego jak opowieści przygodowych. Podobał się jej styl obydwu Amerykanek. Swobodnie, ze swadą opowiadały jedna przez drugą coraz to nowe anegdoty. Przyłapała się na tym, że czuje się z nimi tak, jakby znała je już od lat, mimo że upłynęło dopiero kilka godzin, od kiedy się spotkały.

Powitanie w Azji

Zgodnie z umową Madeleine rano udała się do biura pułkownika Granta, żeby omówić, co jest do zrobienia. Jak tylko weszła do pomieszczenia, Anglik zlustrował ją od góry do dołu.

–     Czy coś jest nie w porządku? – zapytała skrępowana jego natarczywym spojrzeniem i automatycznie wygładziła na sobie ubranie.

–     Miss Mady, pani nie jest pogryziona przez komary! – wykrzyknął pułkownik, zaskoczony swoim odkryciem.

–     Pułkowniku Grant, nazywam się mademoiselle Madeleine Gaudet… – stwierdziła urażona, że Grant zwraca się do niej jakimś skrótem.

–     To jest za trudne do wymówienia – przerwał jej krótko. – Czy pani się czymś posmarowała?

Pojęła, że dalsza dyskusja na temat imienia nie ma sensu. Musiała zaakceptować manierę, w jakiej zwracał się do niej Grant.

–     Nie, niczym się nie posmarowałam, tylko Kate uprzedziła mnie, że komary mogą w nocy kąsać. Jeden z żołnierzy znalazł gwoździe, a ja z jego pomocą zamontowałam firankę w oknie jako moskitierę. Ale i tak mam kilka bąbli… – spokojnie wyjaśniła mu, jak uniknęła ataku komarów.

–     Miss Mady, to jest pani pierwsze zadanie! – zakomenderował. – Zamontować coś w pokojach, gdzie są zakwaterowani ranni i żołnierze, co uchroni ludzi przed komarami.

–     Czy ma pan jakiś cienki materiał? – zapytała rzeczowo.

–     Idziemy do składu – Grant wydał rozkaz.

Ogromne pomieszczenie w północnej części budynku było magazynem różnych rzeczy. Madeleine i pułkownik przeglądali zawartość kartonów. W tej masie towaru trudno było jednak znaleźć coś, co nadawało się do klimatu tropikalnego. Przeglądała zwoje grubego materiału na mundury wojskowe, przerzucała sterty ciepłych swetrów i butów. Pułkownik zrzędził na dostawy z Europy, które nie nadają się do niczego i zabierają tylko miejsce w magazynie. Na koniec Madeleine znalazła kartony przywalone swetrami.

–     To też na nic, Miss Mady. To są spadochrony, też niestety już nieprzydatne – oznajmił rozczarowany Grant.

Wyciągnęła jeden z nich z pudła.

–     Jaki ładny materiał, taki lekki i przejrzysty! – stwierdziła, oglądając tkaninę.

Grant przyglądał się chwilę w milczeniu, jak zachwycała się spadochronem.

–     Miss Mady, oto nasze moskitiery! – wykrzyknął uradowany.

–     Ale czy nie szkoda takiego materiału? Z tego można byłoby uszyć sukienkę – wtrąciła trochę zmartwiona.

–     Jak coś zostanie po zamontowaniu siatek, to może pani sobie uszyć z tego nawet dziesięć sukienek – zawołał zadowolony. – Ach, te kobiety! Tylko fatałaszki im w głowie! – mruknął po nosem.

Przed rozpoczęciem masowej produkcji moskitier pułkownik, z wykształcenia inżynier budowy mostów, zażyczył sobie obejrzeć konstrukcję w pokoju Madeleine. Stwierdził, że listewki, które utrzymywały firankę w otwartym oknie, to doskonały pomysł. Niestety nie miał wystarczającej ich liczby w magazynie, więc zarządził, że muszą natychmiast pojechać na chiński targ.

Pojechali jeepem na plac targowy, który rozciągał się przed pagodą. Świątynia na pierwszy rzut oka przypominała Madeleine bardziej teatr niż miejsce modlitw. Przysadzisty budynek ozdobiony pod dachem złotymi tablicami o czarnych literach nie miał w sobie nic z powagi strzelistego europejskiego kościoła. Owionął ją podmuch przeróżnych zapachów, z pagody snuł się błękitny dymek kadzideł. Ze stoisk dolatywały słodkie kwiatowe zapachy podszyte ostrym nieprzyjemnym zapachem ryb. Wdychając tę mieszankę, poczuła lekkie torsje, zasłoniła więc nos i usta chustką. Pułkownik i dwaj asystujący żołnierze zdawali się niewzruszeni smrodem. Było widać, że Grant dobrze zna rynek, swobodnie poruszał się wśród handlarzy.

W pewnym momencie kazał im zaczekać i sam udał się w głąb domu za straganem. Madeleine oddaliła się, żeby pooglądać inne stoiska. Można tu było znaleźć wszystko – egzotyczne, nieznane Europejce warzywa, ryż, złote pierścionki czy duży silnik do jakiejś maszyny. Panował ogromny hałas, handlarze i klienci przekrzykiwali się i gestykulowali. Madeleine miała wrażenie, że wszyscy się kłócą. Ze zdziwieniem konstatowała, że dochodziło do zakupu i zapłaty. Na pożegnanie handlarz i klient nawet uśmiechali się do siebie. Weszła do pagody, żeby na chwilę odgrodzić się od wrzaskliwego otoczenia. Na ołtarzu tronowała wielka postać mężczyzny o solidnej tuszy, zaokrąglonej twarzy i surowym spojrzeniu. Atmosfera w świątyni nie miała w sobie nic z nabożeństwa, jakie znała z katolickiego Kościoła. Było tu głośno i radośnie jak na targu. Chińczycy rozmawiali i śmiali się, zapalając kolejne kadzidełka. Obok zauważyła miseczki pełne popiołu, w których tliły się resztki spalonego papieru. Nagle odkryła, że to strzępy spalonych banknotów. Chciała się dokładniej przyjrzeć palonym pieniądzom, kiedy poczuła lekkie uszczypnięcie i rozejrzała się wkoło. Była otoczona Chińczykami, którzy nachalnie się w nią wpatrywali. Strach przed obcymi zamurował ją. Przyglądający się jej ludzie wydali się jej brzydcy i ordynarni. Miała w głowie tylko jedną myśl – jak najszybciej stąd uciec. W końcu odzyskała siły i pospiesznie ruszyła w stronę wyjścia. Przedzierając się z trudem przez tłuszczę, miała obrzydliwe wrażenie, że jest znowu muskana i szczypana. Na zewnątrz po chwili nerwowych poszukiwań odnalazła swoich towarzyszy i odetchnęła z ulgą.

Wśród Chińczyków

–     Pułkowniku Grant, w pagodzie widziałam resztki spalonych banknotów – zagadnęła na pozór spokojnie, jakby zajście sprzed chwili wcale się nie wydarzyło.

–     To nie są prawdziwe pieniądze. Chińczycy wierzą, że palenie fałszywych banknotów przyniesie im szczęście.

–     Ależ to niedorzeczne! – oburzyła się Madeleine.

–     Miss Mady, my też wierzymy, że czarny kot przebiegający nam drogę przynosi pecha – pułkownik poczuł się poirytowany jej komentarzem.

–     Ale to nie to samo. Czarny kot to zabobon – dowodziła zawzięcie.

–     Miss Mady, jakie to ma znaczenie? Jeżeli zabobon pomaga ludziom w życiu i nikomu nie przeszkadza, to w porządku. Chrześcijanie czczą na przykład relikwie: włosy, kości czy zęby świętych. Modlą się do nich, wierząc, że to im pomoże. Czy widzi pani jakąś różnicę między tym a paleniem fałszywych pieniędzy? Przecież tu chodzi o to samo. O wiarę, że ten przedmiot coś pomoże – Grant mówił spokojnie, próbując zapanować nad własną irytacją.

Zawsze denerwowało go, kiedy słyszał opinie wywyższające jakąś religię. Jego wieloletni pobyt w koloniach imperium brytyjskiego udowodnił mu, że wszędzie na świecie ludzie szukają w religii tego samego – wsparcia, życiowych wskazówek i obietnicy lepszego bytu po śmierci jako wynagrodzenia za trudy na ziemskim padole. W związku z tym nabrał pewnej tolerancji dla różnych religii i ich praktyk.

–     A ten gruby święty w pagodzie? – zapytała Madeleine, jakby nie usłyszała odpowiedzi pułkownika.

–     To nie jest święty tylko Konfucjusz, twórca filozofii konfucjańskiej. Chińczycy traktują jednak ten system filozoficzny tak, jakby to była religia. Budują świątynie ku czci Konfucjusza i modlą się do niego – odpowiedział już prawie całkowicie uspokojony.

–     Nie znam tego, jestem katoliczką. Ale dlaczego on jest taki gruby?

–     Bo Chińczycy wierzą, że tusza to symbol powodzenia i bogactwa.

–     Taka wiara to zabobon! – Madeleine nie rozumiała, jak to wszystko miało pasować do poważnej religii.

Anglicy spojrzeli po sobie zdegustowani.

–     Miss Mady, kto dał pani prawo osądzać, co jest lepsze katolicyzm czy konfucjanizm? Czy wiara w piekło i niebo to nie zabobon? – pułkownik nagle stracił wyrozumiałość i podniósł głos.

–     Pułkowniku Grant, jak pan śmie coś takiego mówić? – Madeleine poczuła się urażona.

–     Miss Mady, nie mam nic przeciwko katolicyzmowi – syknął Grant, który dał wyraźnie upust swojej stłumionej irytacji. – Musi się pani jednak nauczyć tolerancji dla czegoś, co jest inne. Chińczycy wynaleźli papier i jedwab. Poza tym rozwinęli wysoką kulturę w okresie, kiedy my, Europejczycy, tkwiliśmy w zabobonnym średniowieczu. Bez zrozumienia dla wiary tych ludzi ciężko będzie pani żyć w Azji. Katolicy są tutaj nic nieznaczącą mniejszością. Proszę o tym pamiętać!

Madeleine, pułkownik i towarzyszący żołnierze wsiedli do samochodu i ruszyli do hotelu. Jechali w milczeniu zakłopotani wymianą zdań. Madeleine czuła się fatalnie. Wiedziała, że poza katolicyzmem istnieją też inne wyznania, nie spodziewała się jednak, że zetknięcie z inną religią spowoduje takie nieporozumienie. Czuła się zobowiązana bronić własnej religii, lecz było jej głupio, że wyszła przy tym na nietolerancyjną prostaczkę. Przyrzekła sobie, że następnym razem będzie bardziej powściągliwa w wyrażaniu swoich opinii.

 

Co w następnym odcinku: Gdy jeep zatrzymał się przed hotelem, Magdalena wciąż czuła na skórze tamte uszczypnięcia — realne czy wyobrażone, nie potrafiła już odróżnić. Jednego była pewna – w Azji nic nie jest takie, jakim wydaje się na pierwszy rzut oka.

 

Inne odcinki powieści i teksty Katarzyny Poznakow znajdziesz tutaj

Książka „Jedwabne nici” tutaj

E-book „Jedwabne nici” tutaj 

Zarejestruj się i opisuj swoje podróże

Powiązane Artykuły

Komentarze

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *