Jedwabne nici, odcinek 47, „Męski klub”

II Jedwabny świat,

Rozdział 9 Ucieczka, dziennik Aleksandra Hamptona,

Co w tym odcinku: W Nowym Jorku, mieście, które pulsuje szybciej niż serce młodego architekta, bohater wkracza w dorosłość nie przez drzwi kampusu, lecz przez ukryte wejście do Paradou — miejsca, gdzie jedwabne tapety tłumią krzyk moralności, a mężczyźni z jego rodziny zrzucają maski pobożności. W blasku lamp Tiffany’ego rodzi się jego podwójne życie: między wykładami a burdelowym różem, między herbatką u mamy a wyuzdaną namiętnością Cori. To opowieść o inicjacji, która nie jest romantyczna — jest brutalnie prawdziwa, lepka od pożądania i podszyta wstydem. A każdy kolejny krok prowadzi go dalej od siebie… i bliżej tajemnicy, która zaczyna go definiować.

 

3 czerwca 1933 roku

Hurra! Jestem świeżo upieczonym absolwentem college’u! Moja aplikacja na studia została przyjęta na Uniwersytecie Nowego Jorku. Żegnaj, Greenville! Witaj, Nowy Jorku!

25 października 1933 roku

Od ponad miesiąca mieszkam na kampusie uniwersytetu. To znakomite miejsce. Spotykam młodych ludzi, którzy tak jak ja kochają sztukę, literaturę. Studiowanie architektury nie jest łatwe, ale podoba mi się. To jest dla mnie prawdziwe wyzwolenie od zatęchłej atmosfery Greenville. Mama niestety wpadła na pomysł, żeby się przenieść do mieszkania w Nowym Jorku. Całe szczęście udało mi się z poparciem ojca wynegocjować, że zostanę na kampusie, a nie razem z mamą. Nasze mieszkanie jest na Park Avenue i musiałbym codziennie pokonywać cały Manhattan, żeby dotrzeć na uniwersytet i z powrotem. Chcę mieć wreszcie czas, żeby wieczorem swobodnie zajrzeć z kolegami do jakiegoś nielegalnego klubu i napić się piwa.

30 listopada 1933 roku

Znowu, jak co roku, Święto Dziękczynienia. Tym razem cała rodzina spędzała je w Nowym Jorku. Mama coś naopowiadała o mnie i o Fionie, bo cały czas wszyscy pytali mnie, jak się czuje Fiona. Nie widziałem jej jakieś trzy miesiące. Nie mam pojęcia, co się z nią dzieje. Zwykle po deserze siadałem razem z Kathy. Tym razem nie mogłem z nią porozmawiać, bo była zajęta swoją kilkumiesięczną córeczką albo była otoczona przez mamę i szwagierki. Poszedłem do gabinetu ojca. Wszedłem niezauważony. Ojciec, George, Robert i Wolfinger żywo rozmawiali, dusząc się w oparach cygar i popijając whisky. Opowiadali o jakiejś kobiecie. Na mój widok umilkli. Zrobiło mi się nieswojo. Przeprosiłem i chciałem, wyjść, kiedy ojciec objął mnie ramieniem i powiedział, że prowadzą męskie rozmowy, a ja jako mężczyzna oczywiście też mogę brać w nich udział. Jako wyraz uznania mojej dorosłości zaproponował mi kieliszek alkoholu.

Whisky smakowała ohydnie. Nie miałem odwagi tego przyznać. Nie chciałem zwracać uwagi, tak naprawdę chciałem posłuchać ich rozmowy. Po chwili zaczęli znowu opowiadać sobie o jakiejś Mimi. Zrozumiałem, że musiała to być panienka lekkich obyczajów. Zorientowałem się, że pierwszy przespał się z nią Wolfinger, potem ojciec, w końcu George i Robert. Wymieniali się uwagami na temat jej nóg, tyłka, piersi. Przekazywali sobie w ordynarny sposób, w jakiej pozycji uprawiali z nią seks. Z trudem zapanowałem nad sobą, żeby nie wzdrygnąć się ze wstrętem. Jeszcze godzinę temu modlili się przy jedzeniu i prosili Boga o błogosławieństwo, a teraz z wywalonym językiem i nabrzmiałym prąciem opowiadali sobie sprośne historyjki. Nagle Wolfinger, jakby zgadując moje myśli, zapytał mnie, czy jestem zgorszony. Naturalnie zaprzeczyłem, nie miałem odwagi przyznać się przed nimi, co myślę. Kiedy stwierdziłem, że nie znam tej Mimi, o której opowiadali, wybuchli śmiechem, jakbym opowiedział dobry dowcip. Ojciec uznał, że nic nie stoi na przeszkodzie, żebym ją poznał i że to się da zaaranżować.

Zdrętwiałem ze strachu. Nie chciałem mieć nic wspólnego z prostytutką, z którą na dodatek przespał się mój ojciec, bracia i szwagier. Odpowiedziałem niepewnie, a ojciec przerwał mi, mówiąc, że nie muszę się krygować, to są normalne męskie sprawy, tyle że mama, siostry i szwagierki nie powinny o tym wiedzieć.

25 stycznia 1934 roku

Umówiłem się z Robertem, że zabierze mnie z kampusu. Kazał mi się wyjściowo ubrać. Czekałem na niego na zewnątrz, przyjechał spóźniony taksówką. Przemarznięty wsiadłem do samochodu i chciałem wiedzieć, dokąd jedziemy. Wyjaśnił, że do interesującego klubu. Przestraszyłem się, że Robert chce mi przedstawić tę Mimi, o której panowie sobie opowiadali. Brat przejrzał moje myśli i próbował mnie uspokoić, mówiąc, że o seksie z takimi kobietami jak Mimi trzeba myśleć jak o sporcie. Poza tym fakt, że oni wszyscy spali z tą samą kobietą, to pewien rodzaj frajdy. Mogą się wymienić doświadczeniami. No i takie przeżycie zbliża, daje poczucie przynależności do tego samego klubu.

Dojechaliśmy do domu stojącego lekko na uboczu. Wydawał się wymarły. Żadnych świateł w oknach. Podeszliśmy do drzwi i zauważyłem, że to okiennice we wszystkich oknach były zamknięte. Przez szpary przeciskały się dyskretne smugi światła. Robert zadzwonił i drzwi lekko się uchyliły. Po krótkiej wymianie zdań z odźwiernym mogliśmy wejść do środka. Moim oczom ukazał się burdel, tak jak opisuje go dziewiętnastowieczna literatura francuska. Byliśmy w dużym salonie wyłożonym jedwabnymi tapetami o misternych wzorach w kolorze burgunda. W oknach wisiały ciężkie, bordowe firany. Kandelabry na ścianach użyczały przyćmionego światła. Na fotelach w stylu któregoś francuskiego Ludwika siedziały półnagie kobiety w towarzystwie elegancko ubranych mężczyzn. Powitała nas burdelmama. Wyglądała jak postać z literatury. Podstarzała, niewątpliwie nosząca ślady minionej urody, z mocnym makijażem i ogromnym dekoltem ukazującym przywiędłą bujność damskiego biustu.

Maman przyglądała mi się taksującym wzrokiem. Zagadnęła Roberta grubym głosem zdradzającym duże ilości wypalonych papierosów i wypitej whisky, pytając jak w sklepie, czy mamy jakieś specjalne życzenia, albo czy może coś zaproponować. Brat objaśnił, że życzy sobie dla mnie pełen program – cokolwiek to oznaczało – żebym sobie wyrobił pogląd, co najbardziej lubię. Burdelmama oddaliła się od nas. Półnaga hostessa wskazała nam miejsca w salonie i podała drinki. Wściekły robiłem Robertowi wyrzuty, że traktuje mnie jak idiotę i że denerwuje mnie to, jak traktuje tę wizytę. To w końcu jest coś intymnego i zakazanego, a on zachowuje się, jakbyśmy byli w pralni.

Naszą rozmowę przerwała burdelmama, pojawiając się przed nami z aniołem. Corinne była uosobieniem biblijnej pokusy. Subtelna twarz otoczona lokami spadającymi na ramiona i wzbudzające pożądanie ciało. Kształtne piersi, zarysowana talia i długie nogi otulone przezroczystym szlafrokiem. Robert kazał się jej obrócić. Klepnął ją z uznaniem po szczupłych pośladkach. Posłałem mu karcące spojrzenie. Anioł i burdelmama uśmiechnęły się z wyrozumiałością.

Corinne wzięła mnie za rękę i lekko pociągnęła za sobą. Weszliśmy na piętro i dotarliśmy do bladoróżowego pokoju. Wszystko było tutaj w tym samym kolorze – ściany, meble, dywan, nawet pościel. W kącie i na komodzie stały lampy Tiffany’ego, modele Wisteria. Nie spodziewałem się, że w burdelu można znaleźć takie drogie rzeczy. Zbliżyłem się do mojego anioła i chciałem ją pocałować, ale ona zręcznie się wywinęła, mówiąc: „Nas się nie całuje”. Zbiła mnie tym lekko z tropu i zapytałem niepewnie, od czego zaczniemy. Mój anioł w odpowiedzi postawił mi tak dużo pytań, że mnie zatkało. Jak mogłem skalkulować, ile razy chcę mieć wytrysk? Ona dalej opisywała niewzruszona, jakie techniki może zastosować. Na koniec zapytała mnie wprost, od czego ma zacząć.

Czułem się niepewnie, nie wiedziałem, co jestem w stanie wytrzymać i czy po pierwszym wytrysku będę miał siłę na dalszą akcję. Nie chciałem się jednak zbłaźnić przed tą piękną dziewczyną i założyłem, że chcę dwa razy z opcją na więcej. Kiwnęła potakująco.

Kazała mi się rozebrać i kiedy tak siedziałem na łóżku, przyniosła małą miednicę wypełnioną pianą. Przystawiła mały taboret i postawiła na nim miskę. Delikatnie rozsunęła moje uda, ujęła genitalia i zanurzyła w wodzie. Myła je powolnymi, masującymi ruchami. Mój najlepszy przyjaciel tak nabrzmiał, że stało się jasne, że długo tego nie wytrzymam. Położyłem jej myjącą rękę na ręczniku.

Opadłem na łóżko, wydając z siebie krzyk ekstazy. Leżałem chwilę z zamkniętymi oczyma obezwładniony własnym wytryskiem, kiedy poczułem ponownie lekki ucisk penisa. Otworzyłem oczy i spojrzałem w tę stronę. Cori wzięła go do ust. Znowu masowała go, tym razem ustami i językiem. Było to dla mnie absolutnie nowe doświadczenie. Znowu nie byłem w stanie się nim delektować. Po kilku ruchach musiałem ejakulować. Byłem wyczerpany i poprosiłem o coś do picia.

Podała mi kieliszek szampana i wzniosła toast za trzeci wytrysk. Rozluźniła mnie tym, zaśmiałem się serdecznie. Piliśmy szampana i opowiadaliśmy sobie jakieś historie. Nagle mój nieodłączny towarzysz znowu dał o sobie znać. Poczułem w sobie jakąś zwierzęcą siłę i chciałem to pokazać Cori. Wszedłem w nią z całą siłą. Znowu poczułem, że nie wytrzymam. Ona też to odczuła i zatrzymała mnie. Wywinęła się spode mnie i odwróciła się do mnie plecami. Zmiana pozycji dała mi chwilę wytchnienia. Zapanowałem nad moim podnieceniem. Niewiele to jednak dało. Tak seksownie poruszała pośladkami, że ponownie rozsiałem plemniki po okolicy. Obiecałem jej, że znowu do niej przyjdę.

Schodząc na dół do salonu, spojrzałem na zegarek. Było prawie wpół do trzeciej. Myślałem, że nie zastanę Roberta, na dole zobaczyłem go jednak tańczącego z półnagą panienką. Dojrzał mnie i machnął do mnie, żebym usiadł. Poza nami nie było już żadnych klientów. Od razu przysiadła się do mnie jakaś inna rozrywkowa panna. Muzyka stawała się coraz głośniejsza i wszyscy zaczęliśmy szaleńczo tańczyć charlestona. Tę wspaniałą zabawę przerwała burdelmama, wysyłając swoje panienki do łóżek, a nas wepchnęła do taksówki.

Taniec w Paradou

26 stycznia 1934 roku

Otworzyłem oczy późnym popołudniem i poczułem, że głowę mam jak balon, w którym wszystko huczy. Wygramoliłem się z łóżka w poszukiwaniu środka na kaca. Spojrzałem na mizerne oblicze w lustrze i przypomniałem sobie z przerażeniem, że mama urządza dzisiaj przyjęcie. Musiałem się tam pojawić. Gorączkowo zacząłem przygotowywać się do wyjścia.

Pojawiłem się spóźniony i mama od razu przywitała mnie wyrzutami. Tłumaczyłem się głupio, ale zostawiła mnie w końcu w spokoju. Dopadłem wodopoju, żeby zaspokoić kaca. Piłem łapczywie lemoniadę, kiedy zobaczyłem Roberta rozmawiającego z panem Warrenem. Uśmiechnąłem się w duchu – też nie wyglądał najlepiej. Czekałem na moment, kiedy będzie sam, żeby podejść do niego i porozmawiać o ostatniej nocy.

Nagle wyrosła przede mną jak spod ziemi Fiona Warren, próbując mnie namówić na taniec. Wykręciłem się, udając, że jestem przeziębiony. Coś jeszcze jej marudziłem, kiedy spostrzegłem, że Robert jest sam. Zostawiłem w środku rozmowy oniemiałą Fionę i ruszyłem w jego stronę. Robert z lekko wymiętym wyrazem twarzy opowiedział mi, że po powrocie do domu przydarzyła mu się awantura z Helene, bo rozpoznała, w jakim stanie wrócił do domu. Ale naturalnie nie dopytywała, gdzie się tak wstawił. Zapytał mnie, jak mi się podobało, i oczywiście przyznałem, że wieczór był bez dwóch zdań udany. Zażartowałem, mówiąc, że nie wiedziałem, że jest takim wytrawnym tancerzem. Popatrzył na mnie wielkimi oczami. Opowiedziałem mu o naszym dzikim charlestonie z panienkami, a Robert z żalem stwierdził, że nic nie pamięta. Nieśmiało zapytałem, ile to wszystko kosztowało. Obawiałem się, że taka wyprawa kosztuje i potencjalnie może to też oznaczać kłopoty. Robert bez żenady wyjaśnił, że on podpisał rachunek, a ojciec go zapłaci. Wpadłem w popłoch, że będzie z tego afera. Brat zapewnił mnie, że nie ma się czym przejmować. To ojciec wprowadził jego i George’a do Paradou. Teraz była moja kolej. Krępował się iść ze mną osobiście, bo jest już w pewnym wieku, ale to jego pomysł; dodał jeszcze, że ojciec zna dobrze Elwirę, burdelmamę, bo chodził do niej jeszcze kiedy była młodą dziewczyną. Chciałem go wypytać o Mimi, ale naszą rozmowę przerwała Helene, zapowiadając Robertowi z groźną miną, że zważywszy na jego stan, powinni już pójść do domu. Brat mrugnął do mnie porozumiewawczo i bez słowa protestu podążył za małżonką.

Schowałem się w kącie, żeby nie dopadły mnie ani mama, ani Fiona. Poczułem się jak prawdziwy mężczyzna, obserwując to towarzystwo. Dlaczego? Chyba dlatego, że miałem teraz swoją tajemnicę. Myślę, że Robert miał rację, mówiąc, że wspólne męskie sekrety dają poczucie przynależności do klubu. Męskiego klubu. Dawało mi to poczucie siły i pewności siebie.

5 maja 1934 roku

Moje wizyty w Paradou stały się dość regularne. Lubię te luźne seanse seksualne z Cori. Ona jest taka kochana. Od czasu do czasu umawiamy się też poza klubem. Śmiesznie się czuję, kiedy zachodzę do mamy na herbatkę, prowadzę sztywne rozmowy – najczęściej z Fioną – żeby godzinę później zapaść w ramiona Cori i oddawać się wyuzdanym przyjemnościom. Tym „herbacianym” damom nie mógłbym nawet słówkiem wspomnieć o tym, co robię z Cori. Bawi mnie to podwójne życie. To jak szpryca adrenaliny, żeby nie było nudno.

12 listopada 1934 roku

Miałem nieprzyjemną rozmowę z ojcem. Stwierdził, że moje rachunki z Paradou są zbyt częste i za wysokie. Elwira doniosła mu, że spotykam się z Cori poza klubem i zrobił mi wykład, że dziewczyny z Paradou pieprzy się tylko w klubie. Poza nim są tabu, przysparzają kłopotów i rujnują reputację. Powiedziałem mu, że nie mam nic do stracenia. Mam dopiero dziewiętnaście lat, nie jestem przecież żonaty czy nawet zaręczony. On mówił mi coś o zasadach, o tym, że nawet będąc wolnym, nie mogę przy naszej pozycji społecznej pokazywać się publicznie z dziewczyną z nocnego klubu. Nie chciałem dyskutować na temat hipokryzji, żeby nie popaść z nim w konflikt, ale pomyślałem, że będę żył tak, jak mi się podoba.

31 stycznia 1935 roku

Już minął ponad rok, jak po raz pierwszy poszedłem z Robertem do Paradou. Już ponad rok znam Cori. Uwielbiam się z nią spotykać, ale robię to trochę potajemnie. Nie chcę, żeby rodzice i koledzy w kampusie się zorientowali. Cori jest kurwą w łóżku, ale nie jest damą na parkiecie. To utrudnia trochę życie. Nie mogę się z nią pokazywać w miejscach, gdzie bywa rodzina czy znajomi. Cori za bardzo odróżnia się strojem, fryzurą i głośnym śmiechem. Nie chcę tego mówić, bo pewnie by ją to uraziło. Postanowiłem się z nią publicznie nie pokazywać. Myślę, że jestem takim samym mieszczańskim hipokrytą jak reszta mojej rodziny. Nie mam odwagi żyć tak, jak chcę, za bardzo interesuje mnie, co sądzą o mnie inni. Czyżbym zdradził swoje wolnościowe ideały?

1 marca 1935 roku

Cori pewnie przejrzała moją strategię. Ciągle ode mnie wymaga, żebyśmy poszli gdzieś do restauracji, chce poznać moich przyjaciół, znajomych, rodzinę. Ona chce wejść w moje życie, ale ja chcę od niej tylko seksu.

30 maja 1935 roku

Ojciec wybawił mnie z opresji. Załatwił mi praktykę w biurze architektonicznym swojego przyjaciela w Los Angeles. Hurra! Wyjeżdżam do Kalifornii przynajmniej na rok. Mam doskonały powód, żeby się pozbyć Cori, no i oczywiście poznać Kalifornię.

 

Co w następnym odcinku: Kiedy wydaje się, że Paradou stało się rutyną, a Cori — niebezpiecznym nawykiem, pojawia się wybawienie w postaci wyjazdu do Kalifornii. Ale czy od pragnień można uciec tak łatwo, jak od dziewczyny z burdelu? Czy od męskiego klubu da się odejść bez konsekwencji? Bohater pakuje walizkę, nie wiedząc, że to dopiero początek — a Paradou, choć zostaje w Nowym Jorku, wcale nie zamierza wypuścić go ze swoich różowych, jedwabnych ścian.

 

Inne odcinki powieści i teksty Katarzyny Poznakow znajdziesz tutaj

Książka „Jedwabne nici” tutaj

E-book „Jedwabne nici” tutaj 

Zarejestruj się i opisuj swoje podróże

Powiązane Artykuły

Komentarze

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *