Jedwabne nici, odcinek 48, „Między Hollywood a Nowym Jorkiem”
II Jedwabny świat,
Rozdział 9 Ucieczka, dziennik Aleksandra Hamptona,
Co w tym odcinku: W blasku kalifornijskiego słońca rodzą się tekturowe imperia — Koloseum z dykty, rzymskie wille w kolorze, którego Rzym nigdy nie widział. W Hollywood wszystko jest możliwe, nawet życie, które na chwilę wydaje się prostsze: gwiazdeczki, whisky, scenografie większe niż rzeczywistość.
Ale gdy Alex wraca do Nowego Jorku, miasto wita go jak utracony ojciec — solidne, chłodne, prawdziwe. A w domu czeka matka, której miłość jest cięższa niż kamień. W Paradou odnajduje dawne pragnienia, w rozmowie z matką dawne winy. A Fiona, niegdyś nudna, przeradza się w kobietę, która mogłaby odmienić jego życie… gdyby tylko chciał.
To opowieść o mężczyźnie rozdwojonym między światami: tym, który buduje i tym, który burzy. Między iluzją Hollywood a prawdą Nowego Jorku. Między pragnieniem wolności a ciężarem rodziny.
14 sierpnia 1935 roku
Niech żyje Kalifornia! Niech żyje Los Angeles i Hollywood! To był wspaniały pomysł, żeby tutaj przyjechać! Praca w biurze architektonicznym Wharton & Wharton nie odpowiada co prawda temu, co robi się w takim biurze w Nowym Jorku, ale nie jest przez to mniej zajmująca. Właściciele, bracia Whartonowie, i nasza czwórka architektów robimy projekty budynków, nawet całych miast z różnych okresów historycznych. Odbiorcami naszych projektów są studia filmowe w Hollywood. Normalny klient „hollywoodzki” to dwóch facetów. Jeden z nich, scenograf, mówi, czego potrzebuje. Drugi, producent, rozmawia o pieniądzach i podpisuje kontrakt. Zacząłem od projektu areny w kształcie Koloseum i do tego willi rzymskiej z czasów cesarza Nerona. Wymarzone zadanie, żeby studiować styl budowli rzymskich. W Nowym Jorku nikt nie przyszedłby do architekta z takim zleceniem. W najlepszym przypadku byłaby to willa w stylu klasycystycznym. Przejrzałem wszystko o architekturze rzymskiej. Przygotowuję dwa warianty budowli. Za miesiąc przyjdą znowu ci dwaj, żeby wybrać jeden z nich do filmu.
30 września 1935 roku
Przyszło ich pięcioro. Oglądali makiety projektów. Generalnie im się podobały, ale mieli zastrzeżenia do kolorów. Chcieli, żeby willa była utrzymana w intensywnej żółci. Powiedziałem, że Rzymianie na pewno nie malowali w ten sposób domów. Z bezczelnością kompletnych ignorantów stwierdzili, że nie obchodzi ich, w jakim kolorze były wille. Ważne jest, że żółty będzie na ekranie wyglądał na ochrę i będzie pasował do białych strojów obsady. Szef dał mi znak, żebym się nie upierał. Wybrali jeden z wariantów, który osobiście uważałem za słabszy. Podali swoje uwagi co do kolorów i zażądali, żebym za dwa dni przyszedł z poprawioną makietą do studia. Moje Koloseum i rzymska willa będą budowane, naturalnie tylko z dykty. Ale na początek zawsze to coś.
22 stycznia 1936 roku
Wydawało mi się, że budowa tekturowej willi i Koloseum zajmie mi najwyżej tydzień. Okazało się, że musieliśmy budować osobno najpierw całe Koloseum, potem poszczególne części, które pasowały do planowanych scen. Moją willę też wybudowaliśmy w kilku ujęciach. Willa widziana z zewnątrz, ogród z willą w tle, hol wejściowy, sypialnia. Przyzwyczaiłem się do tego, że muszę luźno podchodzić do sprawy i planować im to, czego chcą. Prawda historyczna stylu jest mniej ważna. Scenograf zawsze mówi, że ludzie nie przychodzą do kina, żeby studiować style architektoniczne, tylko żeby coś przeżyć. Ładna architektura wzmacnia pozytywne przeżycia wyniesione z seansu. Jak ktoś mówi o „ładnej” architekturze, to robi mi się niedobrze, ale muszę przyznać, że praca jest interesująca i dobrze płatna. Przestałem się przejmować tym barbarzyńskim podejściem do sztuki. Od kilku dni zaczęły się zdjęcia do filmu. Sądziłem, że od tego momentu definitywnie skończy się moja praca przy tym projekcie. Nic z tego. Teraz reżyser ma coraz to nowe pomysły, nie co do budowli, ale co do scen. Ciągle potrzebne są nowe rekwizyty. Stałem się asystentem scenografa. Projektuję detale – rzymskie wazony, kielichy, naszyjniki – albo wyszukuję coś odpowiedniego w sklepach ze starociami. Niewątpliwie dobrą stroną tej pracy jest kontakt z gwiazdami, a przede wszystkim z gwiazdeczkami. Kontakt z gwiazdami polega właściwie na tym, że można się im przyglądać z pewnej odległości. Są otoczone chmarą różnych asystentów, nie ma szans na zbliżenie się do takiej osoby. Natomiast gwiazdeczki to młode aktorki szukające swojej szansy. Są na ogół otwarte na zawieranie znajomości. Poza tym cała ekipa pracująca przy filmie to luźni ludzie. Spędzam z nimi dużo czasu.
14 grudnia 1936 roku
Jak ten czas leci! Już prawie koniec roku. Po raz pierwszy w życiu spędziłem Święto Dziękczynienia poza domem. Znana aktorka, prawdziwa gwiazda Hollywood, Barbara Stanwyck, urządziła przyjęcie z okazji Święta Dziękczynienia dla całej ekipy filmowej w swojej willi na Sunset Boulevard. Jak mogłem odmówić? Wysłałem telegram do domu, że pracuję do późnego wieczora w przeddzień święta i nie zdążę punktualnie dojechać. U mamy pewnie znowu rozmowy toczyłyby się o dzieciach albo o nowych przepisach kulinarnych. Party u Stanwyck było znacznie bardziej interesujące. Whisky lało się strumieniami. Poznałem kilka wschodzących aktoreczek, potrzebuję pewnie z pół roku, żeby się z nimi wszystkimi spotkać.
Dzisiaj nastrój zatruł mi list od mamy z wyrzutami, że lekceważę rodzinę, że jestem niewdzięcznikiem. Na Święto Dziękczynienia zaproszeni byli państwo Warrenowie z Fioną. Jakie szczęście, że mnie tam nie było! Nie mam nic przeciwko Fionie, ale mam wrażenie, że mama chce mnie na siłę wyswatać. Mam już naprawdę dosyć opowieści o tym, jaka to z Fiony ładna kobieta, jak dobrze zna się gotowaniu i na prowadzeniu domu. Nie potrzebuję kobiety, żeby mi gotowała. Do tego można zatrudnić kucharkę. Chcę mieć taką partnerkę, o jakiej mówiła Kathy – kurwę w łóżku i damę na parkiecie, do tego ładną i interesującą. Fiona jest nudna. Ciągle potakuje, ma zawsze to samo zdanie. Jest może i ładna, ale ani z niej kurwa, ani dama, raczej niepewna siebie prowincjuszka.
14 września 1937 roku
Praca zabiera mi dużo czasu, nie mam kiedy pisać. Muszę przyznać, że jak tylko znajduję wolną chwilę, to spędzam ją ze słodkimi gwiazdeczkami. Poza tym mam nowe wspaniałe zlecenie. Tym razem jest to szwedzki zamek z późnego średniowiecza do filmu z Gretą Garbo. Pracuję nad zamówieniem z dwoma kolegami. Nasz zamek wygląda raczej na kwadratowy kamienny kloc, ale jak znam upodobania hollywoodzkich scenografów, to pewnie wystarczy. Nie mogę jednak narzekać. Przez te dwa lata zaprojektowałem do filmu więcej modeli niż kiedykolwiek udałoby mi się w rzeczywistości. Któż chciałby wybudować sobie pałac w stylu dożów weneckich, barokowy kościół, klasycystyczny zameczek czy nowojorski drapacz chmur?
7 października 1937 roku
Dostałem list od ojca. Mama jest poważnie chora. Mam przyjechać do domu.

15 listopada 1937 roku
Nowy Jork, dwa lata nie widziałem tego miasta! Ameryka jest wspaniała, bo ma Nowy Jork. To miasto posiada taką siłę i promieniuje jakąś solidnością, rozsądkiem. Rozpiera mnie duma, że jestem nowojorczykiem. Los Angeles też mi się podoba, ma łagodniejszy klimat, ale jest bardziej powierzchowne i dekadenckie, nie budzi zaufania tak jak Nowy Jork. Trzeba pomieszkać trochę w Los Angeles, żeby docenić to, co się ma w Nowym Jorku. Mimo chłodnej pogody chodziłem po Central Parku, jakbym był tu pierwszy raz.
Choroba mamy okazała się reumatycznym schorzeniem, które nęka ją już od lat. Tym razem sprowokowane listopadowym chłodem dało się we znaki bardziej niż zazwyczaj. Nie ominął mnie wykład na temat braku serdecznych uczuć i wdzięczności. Mama prawiła mi kazania, jak to się dla mnie poświęciła. Powiedziała mi, że gdybym się nie urodził, to pewnie napisałaby książkę o historii Greenville. Latami gromadziła materiały i czekała na to, aż dzieci będą duże, żeby móc się zająć swoim hobby. Teraz z kolei my jesteśmy poza domem, a ojciec zajmuje się ciągle interesem i też nie ma dla niej czasu. Zapytałem ją w dobrej wierze, dlaczego teraz, kiedy jest sama i ma więcej czasu dla siebie, nie pisze w końcu tej książki o Greenville. W odpowiedzi wybuchła płaczem i stwierdziła, że takie pytania są z mojej strony impertynencją. Miałem wyrzuty sumienia. Mama ma rację, jestem nikczemnym niewdzięcznikiem. Całe szczęście pojawiła się kucharka, żeby omówić potrawy na Święto Dziękczynienia i mogłem się bezszelestnie wymknąć.
Zdecydowałem wybrać się do Paradou i spotkać Cori. Ten przybytek uciech nie zmienił się ani trochę. Ta sama atmosfera, te same aksamitne, bordowe, ciężkie firany. Nawet ta sama burdelmama powitała mnie serdecznie. Dowiadywała się, co robię, gdzie się podziewam. Zapytałem o Cori. Kazała mi zaczekać. Po chwili pojawił się mój anioł. Trochę się zmieniła. Było w niej jakby mniej dziewczęcej niewinności, którą zastąpiła dojrzewająca kobiecność, ciągle mi się jednak podobała. Nie byłem pewien, jak mnie przyjmie. Miałem nadzieję, że nie obrzuci mnie wyrzutami z powodu nagłego rozstania sprzed dwóch lat. Cori nie zawiodła. Ucałowała mnie serdecznie jak dawno niewidzianego przyjaciela. Rozpytywała o to, jak potoczyło się moje życie. Opowiadałem o pracy architekta tekturowych budowli dla filmu, a ona zaśmiewała się, rozbawiona moimi opowieściami. Poszliśmy do różowego pokoju. Seks z nią był upajający. Ach, jaka to była przyjemność być z kimś, kto się interesuje tym, co mówię, śmieje się ze mną, nie robi mi żadnych wyrzutów. Wychodząc, zapytałem burdelmamę o rachunek. Elwira poinformowała mnie, że jutro przyjdzie ojciec, to za moją wizytę też zapłaci. Próbując tanim żartem tuszować własne zaskoczenie, rzuciłem, że męska część rodziny Hamptonów ma pewnie u niej wykupiony abonament. Potwierdziła to ze śmiechem, dodając, że wysokość rabatu negocjuje Hampton senior.
17 listopada 1937 roku
Siedziałem z mamą przy śniadaniu i rozmawialiśmy o moim życiu w Los Angeles i jej obecnym w Nowym Jorku. Żaliła się, że jest sama. Synowie i córki z rodzinami odwiedzają ją tylko od święta, nie zapraszają do siebie. Mimo swojego wieku ojciec też jest ciągle zajęty interesami. W niespodziewanym przypływie odwagi zapytałem – bez obawy o jej reakcję – czy przypadkiem dzieci i mąż nie unikają jej celowo, a praca, którą się zasłaniają, jest tylko eleganckim usprawiedliwieniem. Ku mojemu zdziwieniu nie wybuchła płaczem ani nie obrzuciła mnie wyrzutami, tylko zamilkła w zastanowieniu. W końcu zapytała mnie, jak ja to odbieram. Przyznała, że widzi, że ja też nienajchętniej przyjeżdżam do domu. Gdyby nie list, że jest chora, to pewnie bym się nie pojawił.
Postanowiłem powiedzieć to, co myślę. Na początek mojej przemowy musiałem ją solennie zapewnić, że ją kocham i szanuję. Potem powiedziałem wprost, że uważam ją za nadmiernie opiekuńczą, że za bardzo interesuje się naszym życiem. Zdawała się nadal mnie słuchać, więc ciągnąłem dalej, mówiąc, że kiedy prawi kazania Helene i Kathy na temat tego, jak muszą wychowywać dzieci, one pewnie myślą sobie: „Raz w roku to wytrzymam, ale nie więcej”. Stwierdziłem, że ciągle kogoś poucza albo, jak w moim przypadku, chce wywołać wyrzuty sumienia, że postępuję niewłaściwie w stosunku do niej, że jestem niewdzięczną kanalią. Zapytałem, czy nie zastanawia jej, dlaczego ojca nie ma w domu. Robert i George od dawna są w stanie samodzielnie prowadzić interesy. W jego wieku siedzi się w domu, pali fajkę przed kominkiem i czyta interesującą książkę. Zwróciłem jej uwagę, że kiedy jest w domu, jego również nieustannie poucza. Jak się ich oboje słucha, to ma się wrażenie, że mama jest wielkim moralnym autorytetem, a ojciec niemalże lumpenproletariackim kryminalistą.
To była stanowczo za duża porcja prawdy. Łzy popłynęły jej po policzkach. Kiedy zapytała, czy naprawdę tak to widzę, potwierdziłem z ciężkim sercem. Znowu zaczęła mówić o swoim poświęceniu, lecz jej łzy tym razem mnie nie zmiękczyły. Byłem zdecydowanie gotowy wyrzucić z siebie wszystko. Naturalnie przyszła mi na myśl Kathy. Wyrzuciłem mamie, że prawdopodobnie chciała z niej zrobić nowoczesną, niezależną kobietę, a co z tego wyszło? Kura domowa w znakomitym amerykańskim stylu. Mama, chlipiąc, zapewniała mnie, że Kathy sama podjęła tę decyzję. Nikt nie zmuszał jej do zamążpójścia. Odpaliłem jej, że to nieprawda. Kathy podjęła taką decyzję, bo na nic innego nie mogła liczyć. Zarzuciłem jej, że rozmawiała z nią o niezależności, a w tym samym czasie kazała ojcu rozglądać się za odpowiednim kandydatem na męża.
Widziałem, że było to dla niej za dużo. Zarzuciła mi niesprawiedliwy osąd sytuacji, tłumaczyła, że przecież robię, co chcę. Potwierdziłem to, dodając, że mogę to robić, bo jestem osobnikiem płci męskiej, do tego najmłodszym. Rozwój dynastyczny Hamptonów jest już zapewniony, dlatego pozwolono mi na studiowanie architektury. Mama nie miała więcej siły ani ochoty mnie słuchać. Wstała z krzesła i ze słowami: „Jak wychowasz pięcioro dzieci, to porozmawiamy” opuściła jadalnię.

21 listopada 1937 roku
Po naszej rozmowie mama się do mnie nie odzywała. Czułem się podle. Nie miałem zamiaru jej zranić, chciałem jedynie uwolnić się od towarzyszących mi wyrzutów sumienia, że nie wspieram jej w samotności i nie spełniam oczekiwań. Gdyby do tego wiedziała, że chodzę do Paradou, notabene z polecenia ojca, to pewnie padłaby na zawał. Przeszkadzało mi to podwójne życie – dobrego syna, którym chciałem być mimo wszystko, i frajera z Paradou – nie znałem jednak sposobu, jak się z niego uwolnić.
Na wieczór byli zaproszeni Warrenowie z córką. Przyrzekłem sobie, że będę kurtuazyjny w stosunku do Fiony i w ten sposób załagodzę gniew mamy. Fiona ułatwiła mi to zadanie. W ciągu dwóch lat, od kiedy ją ostatni raz widziałem, przeobraziła się w atrakcyjną młodą kobietę. Będąc panną z dobrego domu, zajmowała się jedynie życiem towarzyskim Nowego Jorku. Znała nowości w teatrze, kinie i w okolicznych galeriach. Moje opowieści o Hollywood i pracy na planie chłonęła z ogromnym zainteresowaniem. Zaproponowałem, żebyśmy razem wybrali się do restauracji i jakiegoś klubu. Zgodziła się natychmiast, wspaniałomyślnie puszczając w niepamięć moje przeszłe uchybienia. Uszczęśliwiłem tym mamę. Po wyjściu Warrenów powiedziała mi, że zawsze wiedziała, iż może na mnie liczyć, a poza tym wybacza mi naszą rozmową. Ojciec za to poprosił mnie do gabinetu i zakomunikował krótko, że jeżeli chcę nadal chodzić do Paradou, to muszę zacząć sam za siebie płacić.
Co w następnym odcinku: A jednak to nie Hollywood, nie Paradou i nie Fiona decydują o jego losie. O wszystkim przesądza jedno zdanie ojca, wypowiedziane jak wyrok: „Jeżeli chcesz nadal chodzić do Paradou, musisz zacząć sam za siebie płacić.” W tej chwili Alex po raz pierwszy widzi, że jego życie — dotąd lekkie, improwizowane, pełne ucieczek — właśnie przestaje być tekturową scenografią. Co zrobi? Czy wróci do Los Angeles, gdzie wszystko jest łatwiejsze? Czy zostanie w Nowym Jorku, gdzie wszystko jest bardziej prawdziwe? Czy wybierze Fionę, czy Cori? A może po raz pierwszy wybierze… siebie?

Inne odcinki powieści i teksty Katarzyny Poznakow znajdziesz tutaj
Książka „Jedwabne nici” tutaj
E-book „Jedwabne nici” tutaj
Zarejestruj się i opisuj swoje podróże

Komentarze