Jedwabne nici, odcinek 43, „Jedwab, opium i komunizm: niebezpieczne nici rozmów”
II Jedwabny świat,
Rozdział 7 Oriental,
Co w tym odcinku: Bangkok budzi się w dusznym, powietrzu, a w hotelu Oriental nic nie jest już takie jak wczoraj. W cieniu białych orchidei, które jeszcze pamiętają galowy blask, rodzą się oskarżenia, pretensje i lęki. Madeleine próbuje utrzymać równowagę między lojalnością a własną godnością, podczas gdy Micheline Scholl coraz mocniej zaciska na niej swój emocjonalny uchwyt. W parku Lumpini pojawia się Rosjanin mówiący po polsku i wraz z nim wkracza coś jeszcze: ideologia, podejrzenie, obietnica i groźba. Madeleine musi zdecydować, komu zaufać a komu nie…
Madeleine weszła rano do biura Scholl, żeby jak zwykle omówić sprawy do załatwienia. Wydarzenia poprzedniego wieczoru jeszcze nie ułożyły się w jej głowie w jakąś logiczną całość. Zastała dyrektorkę hotelu pilnie studiującą „Bangkok Post”.
– Co piszą w gazecie? – zapytała zdawkowo.
– Naturalnie o zabójstwie króla – prychnęla Scholl, nie odrywając wzroku od szpalt.
– Coś o naszym przyjęciu?
– Tak, tak… Piszą, że „udany wieczór galowy w hotelu Oriental. Kulinarne przeżycie światowej klasy zostało podkreślone iście królewskim wystrojem w białym kolorze z białymi orchideami. Kierownictwo hotelu nie szczędziło wysiłku, żeby ten wieczór pozostał we wspomnieniach gości jako niezapomniany. Na wiadomość o śmierci jego królewskiej mości króla Panandy w geście szacunku zrezygnowano z fajerwerków. Hotel Oriental potwierdził w ten sposób, że jest nie tylko miejscem znakomitych przyjęć. Jest także instytucją, która szanuje tajlandzkie wartości” – zacytowała Micheline.
– Nieźle napisane. Kto jest autorem?
– Jeden z koleżków Aleksa, ale widać wyraźnie rękę naczelnego – stwierdziła sarkastycznie Scholl.
– Micheline, o co ci chodzi? Lepszej prasy nie potrzebujemy. Dlaczego sądzisz, że Thompson się mieszał? – Madeleine poczuła się jeszcze bardziej zdezorientowana, próbując zrozumieć, o co tutaj właściwie chodzi.
– Bo przecież nic nie mówi się o aresztowaniu – odburknęła Scholl.
– Po co o tym pisać? To na pewno jakieś nieporozumienie. Jeżeli uważasz, że to wpływ Thompsona, to się opłaciło. Jeff i Alex nie mogą mieć nic wspólnego z zabójstwem króla. Wiesz, jacy są Azjaci. W nadzwyczajnych wypadkach reagują nadzwyczajnie, zupełnie nie po buddyjsku – przedstawiła swój pogląd na temat wczorajszych wydarzeń.
– Jeff ma przecież kontakty z laotańskimi komunistami. Słyszałaś, co premier powiedział. Laotańczyk z otoczenia króla też jest podejrzany – rzuciła ostro.
– Jacy komuniści? Jeff ma kontakty z Laotańczykami, bo oni mają dojścia do przędzalni jedwabiu w północnej Tajlandii i Laosie. To u nich mogliśmy zamówić jedwab w kolorze łososiowym. Pamiętasz te problemy? – Madeleine nadal usiłowała zrozumieć, co to za historia o laotańskich komunistach.
– Madeleine, jesteś naiwna. Ten jedwab to tylko przykrywka.
– Micheline, nie jestem naiwna. Dziwi mnie, że pozwalasz sobie na takie poważne oskarżenia wobec Jeffa, nie mając na to żadnych dowodów – wytknęła jej wprost Madeleine.
– A ty masz dowody na to, co mówisz? – odpaliła ostro Scholl
– Owszem, byłam z Jeffem i jednym Laotańczykiem w przędzalni. Widziałam, jak prządki mieszały różne barwniki, żeby otrzymać nasz przesławny łososiowy kolor. Widziałam też przygotowane transporty jedwabiu do Ameryki. Myślisz, że laotańscy komuniści wysyłają jedwab amerykańskim komunistom?
– Lepiej rozumiem, co się dzieje na świecie i jacy są ludzie. Mogłabym być twoją matką… – wycedziła zdenerwowana Scholl.
– Mimo że jestem młodsza i głupsza od ciebie… – przerwała Madeleine – to widzę, że ciągle chcesz pozbyć się Jeffa, a wczorajsze zajście jest ci na rękę.
– Tak. Dobra opinia hotelu ucierpi, jeżeli jeden z dyrektorów jest komunistą. Poza tym te amerykańskie maniery. Nasi goście muszą nas odbierać jako elitę.
– Jeśli mowa o manierach, sama palisz papierosy i pociągasz z fajki opiumowej. Tyle że robisz to, kiedy inni cię nie widzą – zdemaskowała ją Madeleine. – Ale twój pokój śmierdzi papierosami na odległość i cały personel się domyśla.
– Nic mnie to nie obchodzi. Mogą się domyślać, ale mają milczeć. Tak jak ty.
– Nie widzisz, że ludzie przychodzą do hotelu, a nie do ciebie – ciągnęła Madeleine wyraźnie sprowokowana jej nieumiejętnością równej rozmowy.
– Ale to ja stworzyłam ten hotel.
– Raczej sprytnie wykorzystałaś sytuację – Madeleine usiłowała swoimi argumentami osłabić jej pewność siebie.
– Co ty możesz o tym wiedzieć? – Micheline zapytała zaczepnie.
– Nigdy nie będziesz odbierana jako dama – wypaliła Madeleine.
– Nie wzrusza mnie twoja bezczelność.
– To nie jest moje zdanie, tylko gości.
– Kogo?
Madeleine zauważyła w drżącym tonie jej głosu, że opinia innych jednak ją interesuje.
– Na przykład ambasadora Charlesa de Bouvre. Dla niego jesteś nikim, osobą bez pochodzenia – rzuciła bezlitośnie.
– De Bouvre nie ma prawa nic mówić o mnie, skoro jego córka rzuca się w obronie Aleksa, tego typa spod ciemnej gwiazdy.
– Czy jest ktoś poza tobą, kogo uważasz za równego sobie?
– Wiem, że Anne-Marie i Alex to twoi przyjaciele, dlatego to cię rani. Nie potrafię jednak zrozumieć, że się przyjaźnisz z taką pustą dziewczyną. Alex to też amerykański prostak, który udaje dżentelmena – Scholl nareszcie udało się odwrócić rozmowę od swojej osoby.
– Jak to jest możliwe, że wytrzymujesz ze mną? – teraz Madeleine poczuła się dotknięta.
– Co mnie u ciebie denerwuje, to tendencja do zadawania się z nieodpowiednimi ludźmi. De Mauvoisan we Francji, teraz Anne-Marie i Alex. Nie wiesz, gdzie jest twoje miejsce – zawyrokowała Scholl.
– Z tego wynika, że ty jesteś odpowiednią osobą dla mnie – wyciągnęła wniosek dziewczyna, ironicznie wykrzywiając usta.
– Oczywiście. Za każdym razem ci pomagałam. We Francji i tutaj też. Beze mnie nic nie znaczysz. Masz talent do projektowania, ale nie potrafisz tego wykorzystać.
– Muszę ci przyznać rację, Micheline – popatrzyła na nią. – Być może nadszedł wreszcie czas, żebym pomyślała o życiu niezależnym od ciebie – przyrzekła sobie w myślach, że to ostatnie poniżenie, jakiego doznała od Scholl.
– Spróbuj. Może ci się uda – zaśmiała się sarkastycznie Micheline.
Wieczorem Madeleine odpracowywała swoją zmianę w hotelu. Jej obowiązkiem było jak zwykle doglądanie tego, co się dzieje w recepcji, restauracji i barze. Rozmowa z Scholl wytrąciła ją z równowagi, w głowie ciągle rozbrzmiewał śmiech Micheline. Zastanawiała się, czy faktycznie nie nadszedł czas, żeby się od niej uwolnić. Takie przepełnione żółcią rozmowy kosztowały ją dużo energii. W gruncie rzeczy szukała harmonijnych stosunków z innymi ludźmi. Nie należała do osób, które najpierw się kłócą, że aż krew tryska, a potem wracają do normalności jakby nie padło żadne złe słowo. Kiedy przechodziła przez hol, Pen przywołała ją do recepcji. Jakiś klient domagał się pokoju, nie posiadając rezerwacji. Był wieczór i poszukiwanie innego noclegu w mieście było zadaniem skazanym na niepowodzenie. W trakcie dyskusji spostrzegła w przejściu z holu do baru Karkina, który dawał jej jakieś znaki. W oka mgnieniu przystała na zakwaterowanie gościa w pokoju, który był żelazną rezerwą na wypadek, gdyby jakiś znamienity gość bez rezerwacji pojawił się w hotelu, po czym podążyła w stronę Karkina, zostawiając osłupiałą Pen z klientem.
– Dobry wieczór – powitała go po polsku. – To nie jest dobre miejsce na spotkanie. Personel nam się przygląda – pociągnęła go w stronę, gdzie byli mniej widoczni dla recepcjonistki.
– Tak, zgadzam się. Proponuję, żebyśmy się spotkali w parku Lumpini, zaraz przy wejściu – przyznał bez słowa protestu.
– Kiedy?
– Jutro o drugiej.
– Dobrze – potwierdziła. – Muszę już iść – dodała i ruszyła z powrotem do Pen.
– Miss Mady, pani wie, że zakwaterowałam gościa w rezerwowym pokoju – recepcjonistka nadal nie mogła pojąć powodów decyzji Madeleine.
– Tak, Pen. Wszystko w porządku. W razie czego biorę to na siebie.
– Czego chciał ten Rosjanin? – zapytała nagle bez ogródek Pen.
– Skąd wiesz, że to Rosjanin? – Madeleine spojrzała badawczo na Tajlandkę.
– Rosjanie to jedyni biali w Bangkoku, którzy nie zatrudniają tajskiej służby. Ten mężczyzna od jakiegoś czasu przychodzi do baru. Miss Mady, czy pani sobie to wyobraża? On sam przyjeżdża samochodem.
– Nie rozumiem, Pen.
– No, on sam prowadzi samochód, bez szofera – odpowiedziała oburzona Pen.
– Alex Hampton też sam prowadzi samochód – odpowiedziała Madeleine.
– Pan Hampton to co innego. Poza tym zatrudnia tajską praczkę i sprzątaczkę. Ten Rosjanin pracuje w ambasadzie. Oni tam nie mają tajskich szoferów. Na wieczór galowy też przyjechali bez szofera – wyjaśniała dalej Pen, widząc wciąż niezrozumienie w oczach Madeleine.
– Pewnie jakiś Rosjanin prowadził samochód.
– No właśnie mówię, to muszą być biedni ludzie w tej ambasadzie. Pani wie, że jego ekscelencja ambasador de Bouvre przejeżdża sto metrów dzielące go od nas samochodem z tutejszym szoferem. Inni też tak robią. Tylko Rosjanie nie – Pen dokończyła objaśnianie swojego poglądu na świat.
– Pewnie mają swoje powody – skwitowała Madeleine i ruszyła do baru.

Wyszła z hotelu i podążyła w kierunku głównej ulicy, żeby dopiero tam złapać rikszę. Nie chciała, żeby którykolwiek z odźwiernych czy bagażowych z hotelu usłyszał, dokąd się wybiera. Szybko znalazła wolny przejazd, który zawiózł ją do celu. Rikszarz zatrzymał się przed bramą parku. Madeleine była trochę za wcześnie. Wolno podążyła w stronę pobliskiej ławki i usiadła w cieniu. Upłynęło już sporo czasu, odkąd ostatni raz miała okazję wyjść z hotelu. Rozejrzała się wkoło. Park Lumpini prezentował się okazale – zadbane, równo przystrzyżone drzewa i krzewy oferowały cieniste schronienie przed prażącym słońcem Bangkoku. Zamknęła oczy. „Właściwie to absurd umawiać się o drugiej po południu w mieście. Upał jest nie do wytrzymania” – pomyślała.
– Zmęczona? – wyrwał ją z zamyślenia Karkin.
– Nie, nie. To tylko to gorące powietrze – otworzyła szybko oczy.
– Cieszę się, że znalazła pani dla mnie czas – usiadł obok.
– Zaintrygował mnie pan. Rosjanin, który mówi po polsku, i do tego w Bangkoku – chciała się czegoś więcej o nim dowiedzieć.
– Pani też mi się od razu spodobała. To pewnie nasza słowiańska krew ciągnie nas do siebie – odrzekł szarmancko.
– Nie wiem, czy można wyciągać takie wnioski, ale rzeczywiście coś w tym jest – uśmiechnęła się w odpowiedzi.
– Mam niedaleko hotelu apartament. Niewielki, ale wygodny i klimatyzowany. Czy odwiedziłaby mnie pani?
– Nie wiem, czy wypada.
– Nie musi się pani niczego obawiać. Jestem mężczyzną z zasadami.
– Nie wątpię. Nęci mnie fakt, że apartament jest klimatyzowany i chroni przed skwarem – przyznała uczciwie.
– Jesteśmy zatem umówieni?
– Tak, zgadzam się – kiwnęła głową na potwierdzenie.
– Nie przestaję o pani myśleć, od kiedy spotkałem panią z pakunkiem tam w holu.
– Widziałam pana w niedzielę u nas na przyjęciu i myślałam, że pan też mnie zauważył – zagadnęła.
– Byłem tam przypadkowo z moim przełożonym i kolegami. Nie widziałem pani. Bywam w Orientalu bardzo rzadko – skwitował krótko.
– Nasz miejscowy personel widuje pana w Bambusowym Barze – dodała.
– Personel hotelu? – Karkin przyjrzał się jej uważnie.
– Tak, ci Tajlandczycy widzą wszystko. Wczoraj nasza recepcjonistka opowiadała mi, że pana ambasada nie zatrudnia tajlandzkich szoferów – opowiedziała ze śmiechem historyjkę usłyszaną od Pen.
– To nieprawda. Ale skąd oni to wiedzą? – Karkin zmienił się na twarzy. – To wygląda na szpiegowanie.
Zaskoczył ją swoim zmienionym, nieprzyjemnym głosem.
– Ach, nie należy tego brać poważnie – próbowała rozładować sytuację. – Oni są tylko ciekawscy. Jesteśmy jedynie wdzięcznym obiektem ich obserwacji. Trzeba się do tego przyzwyczaić.
– Takich rzeczy nie wolno lekceważyć. Wróg jest czujny.
– Wróg? – zapytała zdziwiona.
– Tak, nie zastanawiała się pani, jaki cel ma ta obserwacja? – ciągnął.
Zrozumiała, że musi zmienić kierunek rozmowy. Karkin był wyraźnie przewrażliwiony na punkcie własnej osoby.
– Cieszę się, że mogę po tylu latach znowu rozmawiać po polsku – wtrąciła do rozmowy inny wątek.
– Czy personel w hotelu wie, że rozmawiamy po polsku? – drążył dalej Karkin.
– Nie, nikt w hotelu nie wie o moim polskim pochodzeniu i nie chcę, żeby ktokolwiek nas usłyszał.
Temat jeszcze bardziej zainteresował Karkina.
– Dlaczego nie przyznaje się pani do swojego pochodzenia? – zapytał, lekko mrużąc oczy, jakby oczekiwał przyznania się Madeleine do jakiegoś wielkiego przestępstwa.
– Słyszałam, że w Polsce rządzą teraz komuniści. W Tajlandii za podejrzenie o komunizm idzie się do więzienia.
– Czy wie pani, co to jest komunizm? – jego pytanie zabrzmiało jak wezwanie do dyskusji.
– Biedni zabierają bogatym ich własność i robią z tego wspólne dobro – oznajmiła.
– Czy coś w tym złego?
– Nie chciałabym, żeby ktoś mi zabrał dom, na który ciężko pracowałam – przyznała z przekonaniem.
– A co z biednymi, którzy nie mają domu?
– Trzeba dać im szansę się bogacić, wówczas wybudują sobie własny.
– To kapitalistyczne gadanie. „Dać szansę” – przedrzeźniał ją Karkin. – Społeczeństwo trzeba pozbawić własności, to zacznie inaczej myśleć. Bez prywatnej własności wszyscy będą równi.
– Ale to zaprzecza naturze człowieka. Każdy myśli najpierw o sobie i chce się bogacić, zdobyć jak najwięcej dla siebie – Madeleine nie była gotowa się z nim zgodzić.
– Jakże jestem rozczarowany! Czy doprawdy jest pani taką prymitywną, imperialistyczną egoistką? Zupełnie inaczej panią odbierałem.
Poczuła się nieswojo – jak prymitywna, imperialistyczna egoistka. „Co to wszystko znaczy?” – myślała gorączkowo.
– Myślę, że moje zdanie odpowiada temu, co myśli większość – próbowała nieśmiało bronić swojego zdania.
– Właśnie, na tym polega problem. Większość społeczeństwa utraciła czujność. Nie widzi dla siebie nowej szansy na horyzoncie – Karkin perorował jak na wiecu politycznym.
– Jakiej szansy? – ciągle nie pojmowała, co chce osiągnąć tą rozmową.
– Szansy komunistycznego społeczeństwa. Droga Magdaleno, pomogę pani zrozumieć, jakie nowe możliwości stoją przed panią, bo widzę, że jest ich pani absolutnie nieświadoma – prawie wykrzyczał swoją obietnicę.
Zrozumiała, że dalsza rozmowa jest bez sensu. Dyskutować o komunizmie – tego definitywnie nie chciała. Do tego jego impulsywny sposób wyrażania zwrócił uwagę nielicznych o tej porze gości spacerujących po parku.
– Muszę wracać do hotelu – skłamała, chcąc się jak najszybciej od niego uwolnić. – Proszę się nie fatygować. Lepiej sama wezmę rikszę.
– To jesteśmy umówieni – pożegnał ją miłym głosem, jakby wykładu o komunizmie w ogóle nie było.
Przytaknęła na odczepnego i pospiesznie skierowała się do wyjścia.
Wracając do hotelu, z żalem myślała o tym, że nie będzie mogła więcej rozmawiać po polsku. Postanowiła zerwać kontakt z Karkinem.
Co w następnym odcinku: Madeleine wraca do hotelu z uczuciem, które nie daje jej spokoju — jakby ktoś właśnie uchylił drzwi do świata, którego nie chce znać. Słowa Karkina wciąż rezonują, jego spojrzenie nie znika z pamięci, a obietnica „nowych możliwości” brzmi bardziej jak ostrzeżenie niż zaproszenie. Wie, że musi zerwać kontakt. Ale w Bangkoku nic nie znika naprawdę. A ludzie, którzy mówią o „wrogu”, rzadko pozwalają odejść w spokoju.

Inne odcinki powieści i teksty Katarzyny Poznakow znajdziesz tutaj
Książka „Jedwabne nici” tutaj
E-book „Jedwabne nici” tutaj
Zarejestruj się i opisuj swoje podróże

Komentarze